Zarazić lekturą innych

497
Założycielką i koordynatorką Polonijnego Klubu Książki jest Weronika Kwiatkowska / ARCHIWUM WERONIKI KWIATKOWSKIEJ

"Spełniamy po części rolę edukacyjną i na pewno przyczyniamy się do promocji polskiej literatury, ale trzeba wielkiego ego, by myśleć, że tak skromną działalnością możemy wpłynąć na poziom czytelnictwa Polonii nowojorskiej" – mówi Weronika Kwiatkowska, pomysłodawczyni, założycielka i koordynatorka działającego od połowy stycznia 2015 roku Polonijnego Klubu Książki – Ridgewoodteka.

Minęło pięć lat od czasu, gdy zorganizowałaś pierwsze spotkanie miłośników książek. Czy wówczas przewidywałaś, że pomysł ten zakorzeni się tak mocno wśród Polonii i Ridgewoodteka przetrwa tyle lat?
Absolutnie nie. Fenomen Ridgewoodteki nie przestaje mnie zdumiewać! Z perspektywy czasu pomysł, by skrzyknąć grupę entuzjastów i rozmawiać o literaturze, wydaje się jeszcze bardziej niedorzeczny niż na początku. Biorąc pod uwagę niewielki odsetek czytających Polaków projekt miał niewielkie szanse powodzenia. Tymczasem minęło pięć lat. Odbyło się ponad 60 spotkań. I ciągle przybywa chętnych, by dzielić wspólną pasję. Niebywałe…

Co skłoniło cię do zainicjowania Polonijnego Klubu Książki?
Jak mawia Mariusz Szczygieł: „Co może nas wyzwolić z nędzy bytowania? Drugi człowiek, rozmowa”. U źródła zatem leży potrzeba spotkania ludzi o podobnej wrażliwości. Na słowo. Myśl. Szczególnie, że nędza imigranckiego bytowania potrafi dotkliwie kąsać. I muszą upłynąć lata, żeby zbudować trwałe i satysfakcjonujące relacje. Wśród moich znajomych nie było właściwie nikogo, kto żyłby literaturą i chciał o niej rozmawiać. Pomyślałam, że stworzę sobie grupę (intelektualnego) wsparcia. Z pomocą przyszła Marta Kustek, która szukała osoby do prowadzenia spotkań z artystami w ramach jednego z projektów skierowanych do Polonii. Zaproponowała mi współpracę. Zdążyłyśmy zorganizować jedno wydarzenie w lokalnej bibliotece i okazało się, że na więcej nie ma środków i możliwości lokalowych. Ale to właśnie wtedy zakiełkował pomysł, by powołać do życia klub książki. Kiedy spacerując po okolicy trafiłam przypadkiem na dopiero co otwartą księgarnię, wiedziałam już, że mam idealne miejsce na spotkania przy książce. Przed laty namiętnie oglądałam „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, więc wizualizowałam sobie wieczorne schadzki na wspólne czytanie poezji, burzliwe dyskusje do rana, atmosferę intelektualnego fermentu. Topos Bookstore, ze starą maszyną do kawy i regałami książek, dopełnił obrazu. Znalazłam dom dla Ridgewoodteki. I wtedy wiedziałam już, że musi się udać.

Spotkania miłośników książek odbywają się w Topos Bookstore Cafe na Ridgewood. Na zdjęciu: Weronika Kwiatkowska (pierwsza z prawej) z uczestniczkami Ridgewoodteki / ARCHIWUM WERONIKI KWIATKOWSKIEJ

Jak wyglądają wasze spotkania?
Spotkania dzielimy na tzw. robocze i specjalne. W przypadku pierwszych ustalamy temat, np. „Sztuka reportażu”, „Dzienniki”, „Nałogowe pisanie”, „Intymistyka: Listy”, „Wywiad rzeka” czy „Wielkie żarcie” i rozmawiamy o książkach, które w mniejszym lub większym stopniu dotykają tematu. Czytamy najciekawsze fragmenty. Recenzujemy. Dyskutujemy. Polecamy wybrane tytuły. Nie ma zadawanych lektur i odpytywania. Jeśli ktoś woli się przysłuchiwać, nie chce zabierać głosu, ma do tego prawo. Pełna dowolność. Do kategorii „specjalnych” natomiast zaliczają się spotkania z autorami.

Wiem, że te spotkania cieszą się bardzo dużą popularnością i przyciągają sporo osób. Ridgewoodtekę w ciągu pięciu lat istnienia odwiedziło wielu gości, polskich pisarzy, dziennikarzy i reporterów. Które z tych spotkań uważasz za najważniejsze i najciekawsze? Kto najbardziej was zainspirował?
Każde spotkanie może być inspirujące, jeśli tylko ma się otwartą głowę. Pomyślałam teraz o najzabawniejszym wieczorze, podczas którego autor zachowywał się niczym komiwojażer i nie dopuszczał nikogo do głosu. Frekwencyjnym przebojem był wieczór z Ewą Winnicką, znakomitą reporterką, która pisze m.in. o emigracji, i Czesławem Karkowskim, którego nowojorskiej Polonii nie trzeba przedstawiać. Filip Springer, Magdalena Kicińska, Katarzyna Wężyk to nazwiska, które przyciągają dużą publiczność, ale ja równie mocno cenię kameralne spotkania z lokalnymi twórcami, podczas których uruchamia się zupełnie inna energia, wytwarza pewien rodzaj intymności, zaufania.

Wybiegając w przyszłość – bo wierzę, że przed Polonijnym Klubem Książki jeszcze wiele ciekawych spotkań – kogo chciałabyś zaprosić do odwiedzenia Ridgewoodteki?
Lista jest długa! Justyna Bargielska, Zyta Rudzka, Magdalena Grzebałkowska, Marcin Wicha, Szczepan Twardoch, Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł, Mikołaj Łoziński, Marcin Świetlicki i wielu, wielu innych. Oczywiście Olga Tokarczuk, ale po „tragedii sztokholmskiej” będzie to bardzo trudne.

Spotkanie z Ewą Winnicką cieszyło się bardzo dużym zainteresowaniem / Foto: DAGMARA WASILEWSKA

Jako założycielka Ridgewoodteki i koordynatorka spotkań masz największy wpływ na ich przebieg. Czym się kierujesz przy wyborze omawianych książek lub dyskutowanego tematu?
Osobistymi fascynacjami literackimi. Jeśli zapadam w książkę, zarywam noce, przegapiam przystanki metra, wtedy wiem, że muszę o niej opowiedzieć, zarazić lekturą innych. Generalnie jednak ustalamy tematy wspólnie i dzielimy się lekturami. Bywa też, że któraś z uczestniczek jest ekspertem od np. kryminałów (których ja unikam) albo wspinaczek wysokogórskich i przeczytała wszystko, co zostało opublikowane na temat polskiego himalaizmu, wtedy – jeśli ma ochotę – prowadzi spotkanie i dzieli się swoją wiedzą.

Uczestnicząc w kilku waszych spotkaniach odniosłem wrażenie, że jest pewna grupa stałych osób, które biorą w nich udział. Za każdym razem zauważałem również nowe twarze. Ty na pewno masz w tej kwestii lepsze rozeznanie.
Trzon Ridgewoodteki stanowi około 10 osób, które uczęszczają regularnie. Ostatnio jedna z koleżanek poinformowała mnie, że w ciągu pięciu lat opuściła tylko dwa wieczory. Imponujące! Jednak śmiało mogę powiedzieć, że każde spotkanie to inny skład. W zależności od tematu, terminu, gościa, a nawet pogody. Czasem jest tłoczno i brakuje krzeseł, innym razem mieścimy się przy dwóch stolikach. Co ciekawe, wiele osób dojeżdża z daleka: Long Island, Bronksu, dolnego Brooklynu. Niezmiennie wzrusza mnie ich poświęcenie.

Co twoim zdaniem przyciąga je do Polonijnego Klubu Książki?
Chciałabym myśleć, że atmosfera i nieodparty urok prowadzącej (śmiech).

Czytelnictwo w Polsce niestety nie wygląda najlepiej. Według raportu opublikowanego przez Bibliotekę Narodową za rok 2018, jedną książkę w całym roku przeczytało tylko 37 procent badanych. Jak myślisz, co jest tego przyczyną?
Nowe media. Zawłaszczające. Ogłupiające. I brak wzorców kulturowych.

A jak twoim zdaniem wygląda poziom czytelnictwa wśród Polonii?
Myślę, że podobnie jak w kraju.

Książki omawiane podczas spotkań w ramach Ridgewoodteki / ARCHIWUM WERONIKI KWIATKOWSKIEJ

Czy uważasz, że Ridgewoodteka i podobne spotkania, np. Przytulisko Literackie w Wallington, NJ, mogą zmienić coś w tej kwestii?
A czy koniecznie trzeba nawracać ludzi na czytelnictwo? Zawstydzać lub grozić palcem? Czy np. czytanie złej literatury jest lepsze od nieczytania w ogóle? Co roku, po ogłoszeniu raportu, przez polskie media przetacza się dyskusja na ten temat. I jak dotąd nikt nie znalazł recepty na to, jak poprawić statystyki. Jeśli chodzi o Ridgewoodtekę, to przychodzą głównie osoby, które dużo czytają. Choć zdarza się, że niektórzy dzięki naszym spotkaniom zmieniają preferencje literackie, poznają nowych autorów, zaczynają sięgać po nieco bardziej wymagające lektury. Myślę, że spełniamy po części rolę edukacyjną i na pewno przyczyniamy się do promocji polskiej literatury, ale trzeba wielkiego ego, by myśleć, że tak skromną działalnością możemy wpłynąć na poziom czytelnictwa Polonii nowojorskiej. Bardzo kibicuję Eli Kieszczyńskiej, która prowadzi spotkania w New Jersey, i wszystkim inicjatywom przybliżającym dobrą literaturę. Oby było jak najwięcej wydarzeń kulturalnych z książką w roli głównej.

Gdybyś miała polecić kilka najciekawszych, twoim zdaniem, książek minionego roku, jakie by to były tytuły?
„Przyjaciel” Sigrid Nunez to moja osobista książka roku. Bohaterka jest samotną, „niewidzialną”, czyli starzejącą się kobietą. Mieszka na Manhattanie, wykłada literaturę na uniwersytecie, prowadzi kursy kreatywnego pisania. Po samobójczej śmierci przyjaciela dostaje, niejako w testamencie, psa. I to nie byle jakiego. Dog arlekin jest wielki. Majestatyczny. I bardzo tęskni za poprzednim opiekunem. I jest jak u Rilkego: spotykają się „dwie samotności, które nawzajem się chronią i pozdrawiają”. Powieść Nunez można czytać na wielu płaszczyznach. To historia niespełnionej miłości. Głębokiej przyjaźni. Samotności. Autorka pisze o czasie żałoby, o niemożliwości pogodzenia się ze śmiercią najbliższych, ale sposób, w jaki to robi, jest zupełnie wyjątkowy. Książka jest dowcipna. I pełna czułości. Nunez dużo miejsca poświęca relacji ze zwierzętami. I choć pisze głównie o psach, a ja hołubię koty, to uważam, że jest to rzecz absolutnie wybitna.
W tym roku czytałam dużo poezji. I znowu – książka z psem na okładce, bez tytułu, bez autora, z przedziwnymi, hermetycznymi wierszami. Tzw. „Psia książka” Piotra Janickiego. Ewenement. „Dziecko z darów” Justyny Bargielskiej, „Anaglify” Krystyny Miłobędzkiej. Pięknie wydane, przedmioty doskonałe. Do poezji zawsze można zajrzeć. Choćby po jedno zdanie, które nada ton, rytm. Przydaje się bardzo przy pisaniu. Literatura faktu w Polsce ma się świetnie. Polecam „Nie ma” Mariusza Szczygła. Zbiór reportaży nagrodzony Nike. Duże wrażenie zrobiła na mnie ostatnia publikacja Wojciecha Tochmana o życiu w Kambodży po ludobójstwie, zatytułowana „Pianie kogutów, płacz psów”. Wstrząsająca. Miłośników biografii natomiast z pewnością zainteresuje opowieść o jednym z najbardziej kontrowersyjnych polskich artystów: „Żuławski. Szaman” Aleksandry Szarłat. Świetnie napisana. Skandaliczna. Hipnotyzująca. Uwodzicielska.

A chcąc zachęcić do czytania osobę, która nie zalicza się do tych wspomnianych wcześniej 37 procent Polaków, jaką książkę byś jej poleciła?
Ota Pavel „Śmierć pięknych saren”. Nie znam osoby, której by nie zachwyciła.

Weronika Kwiatkowska prezentuje płytę Boba Dylana podczas spotkania dotyczącego książek biograficznych / ARCHIWUM WERONIKI KWIATKOWSKIEJ

Patrząc na Polonijny Klub Książki, który działa od pięciu lat zupełnie pro bono i cały czas cieszy się zainteresowaniem, można odnieść wrażenie, że nie napotykacie na żadne problemy. Czy faktycznie tak jest?
Ridgewoodteka przez lata była samowystarczalna. Na początku działalności dostaliśmy niewielki grant z MSZ, ale przez kolejne lata nie korzystaliśmy ze wsparcia finansowego żadnych instytucji. Działo się tak między innymi dlatego, że Ridgewoodteka nie generowała żadnych kosztów. Topos udostępniał miejsce za darmo. Tylko w przypadku wieczorów autorskich, kiedy na kilka godzin zamykano dla nas księgarnię, trzeba było opłacić salę. Ale wtedy szukaliśmy sponsora albo zwyczajnie płaciliśmy z własnej kieszeni. Prowadzenie spotkań, obsługa fotograficzna, graficzna, prowadzenie mediów społecznościowych, promocja, reklama – tym wszystkim zajmuję się sama, jak wspomniałeś – zupełnie pro bono. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłoby być inaczej. Niestety, ostatnio pojawiły się niewielkie przeszkody. Ponieważ na spotkania przychodzi coraz więcej osób, jest tłoczno, głośno i kawiarnia nie może funkcjonować, pojawiły się prośby ze strony nowych menedżerów, by wnosić opłaty za salę. Planuję więc zbiórkę wśród członków i sympatyków klubu książki, a także szukam mecenasów kultury, którzy chcieliby nas wesprzeć sutym datkiem.

A nie myślałaś przypadkiem, by pójść nieco z duchem czasu i zorganizować jakieś wirtualne spotkania z literaturą lub np. facebookową grupę dyskusyjną, przez co na pewno udałoby ci się dotrzeć do jeszcze większego grona osób zainteresowanych czytaniem książek.
Często słyszę prośby, by transmitować nasze spotkania online, robić tzw. streaming dla tych, którzy chcieliby uczestniczyć wirtualnie. Rozumiem, że z wielu powodów (praca do późna, odległość) nie wszyscy mogą brać udział w spotkaniach, ale obawiam się, że gdyby Ridgewoodtekę przenieść do internetu, wtedy już nikomu nie chciałoby się ruszyć sprzed ekranu komputera czy telefonu i stawić na spotkanie w realu. Dlatego pozostanę, przynajmniej na razie, przy analogowej wersji.

Osoby, które dużo czytają również często chętne piszą. Ty znana jesteś ze swoich felietonów, które publikujesz od wielu lat w polonijnej prasie. Czy prócz tego tworzysz może jakieś wiersze lub prozę? A może spełniasz się w jakiś inny sposób?
W czasach szumnej młodości pisałam wiersze, przyznaję się bez bicia. Ale teraz nie miałabym odwagi. W moim przypadku „oczytanie” działa raczej paraliżująco. Świadomość niemocy osiągnięcia równie wysokiego poziomu co autorzy, których podziwiam, skutecznie – mam nadzieję – chroni mnie przed uprawianiem grafomanii. Za to w felietonach oraz na moim blogu: www.stanywewnetrzne.com często cytuję ulubionych poetów i prozaików. Pracuję też nad tym, by w moich tekstach – jak mawiał Jacek Podsiadło- „dużo działo się w języku”. Czy to się udaje, pozostawiam ocenie czytelników.

Czy Ridgewoodteka spełniła twoje oczekiwania i założenia?
Nie miałam żadnych oczekiwań, tym bardziej założeń. Jednym z moich licznych deficytów jest absolutny brak umiejętności kalkulowania, planowania… wyznaczania celów i ich realizowania. To, co wydarzyło się przez te pięć lat, było niespodzianką. Prezentem. Czuję przede wszystkim radość i ogromną wdzięczność. I mam nadzieję, że jeszcze dużo dobrego przed nami.

Kolaż ze zdjęć zrobionych podczas Ridgewoodteki / Foto: WERONIKA KWIATKOWSKA