Życie kołem się toczy

214
Zosia Żeleska-Bobrowski (z lewej) z mężem Eugeniuszem oraz kuratorką wystawy Jagodą Przybylak / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Drogę życia, od narodzin aż do miejsca wiecznego spoczynku, którym kiedyś będzie rodzinny grobowiec Zosi Żeleskiej-Bobrowski, znajdujący się na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, można zobaczyć na wystawie zorganizowanej w galerii "Kuriera Plus" na Greenpoincie. Ekspozycja zawiera pamiątkowe, rodzinne zdjęcia tej znanej polonijnej fotograficzki oraz jej męża Eugeniusza.

„Przedstawiamy tu fotograficzny życiorys. Nasze życie biegło równolegle, lecz odlegle. Rodzice Eugeniusza i moi wywiezieni byli z różnych miast w czasie wojny na roboty do Niemiec. Po wojnie wrócili do Polski i zamieszkali na ulicy Daszyńskiego, tylko Eugeniusza rodzice w Legnicy, a moi w Krakowie – mówiła podczas wernisażu wystawy „Panta Rei” Zosia Żeleska-Bobrowski. – Pomimo różnic i podobieństw po wielu latach nasze drogi skrzyżowały się w Nowym Jorku, i Bóg jeden wie, kiedy dotrzemy do wspólnego miejsca na Rakowickiej w Krakowie. A ponieważ życie kołem się toczy, spotkamy się w naszym domku na Rakowicach z moją babcią i rodzicami. Można ich wszystkich zobaczyć na pierwszej planszy” – wyjaśniała polonijna fotograficzka. Dodała, że zdaje sobie sprawę z tego, że być może większość osób, które przyszły na wernisaż, spodziewała się na nim kolorowych fotografii, typowych dla jej dotychczasowej pracy artystycznej.

Zosia Żeleska-Bobrowski jest znaną polonijną fotograficzką / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

„Życie nie zawsze bywa wyłącznie kolorowe, ale te zdjęcia przedstawiają radosne momenty naszego życia” – mówiła zachęcając zebranych do oglądania wystawy, której kuratorem była Jagoda Przybylak, również znana artystka fotografik. Faktycznie forma tej ekspozycji była wielkim zaskoczeniem – z reguły bardzo pozytywnym – dla publiczności, która wypełniła galerię „Kuriera Plus” do maksimum.

Na wystawie Zosi Żeleskiej-Bobrowski i jej męża Eugeniusza pojawił się m.in. znany fotografik Fryderyk Dammont (z prawej) / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

RÓWNOLEGLE, LECZ W ODDALI
Na każdej z 18 plansz znajdujących się w galerii wyeksponowane są po dwa duże zdjęcia – jedno z archiwum Zosi, drugie z archiwum Eugeniusza – oraz dwa małe zbliżenia na ich twarze, przez co można zobaczyć, jak zmieniali się wraz z wiekiem.

Czarno-białe fotografie przedstawiają m.in.: ich babcie, dziadków i rodziców, chrzest oraz ich podobizny w towarzystwie zakopiańskiego misia, gołębi, psów, mam oraz szkolnych kolegów i koleżanek. Są fotografie, na których oboje są ubrani w rajtuzy i mają na głowie bereciki, uprawiają sport, siedzą w wózkach lub na płocie, itd.

Archiwalne fotografie były starannie dobrane, by pokazywały podobne sytuacje z życia Zosi i Eugeniusza / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Na starannie dobranych zdjęciach utrwalone są ich podobne sytuacje życiowe, więc można odnieść wrażenie, jakby ktoś przez całe życie robił je z myślą o tej wystawie. Mimo że dorastali nie znając się, i mieszkali w odległych miastach – Zosia w Krakowie, a Eugeniusz w Legnicy – to niektóre fotografie wyglądają jakby były zrobione w tym samym miejscu i czasie. Wielka w tym zasługa kuratorki wystawy Jagody Przybylak, która podczas przygotowywania ekspozycji zwracała uwagę na każdy szczegół.

„Pani Jagoda jest perfekcjonistką. Musiałam tak robić odbitki, żeby wszystko do siebie pasowało pod względem wielkości oraz odcieni. Zbliżenia naszych głów znajdujące się powyżej dużych zdjęć musiały być tak dobrane, żeby ich proporcje się zgadzały. Nawet oczy musiały być na takim samym poziomie” – opowiada Zosia Żeleska-Bobrowski.

Zdjęcie z misiem należało do obowiązkowych pamiątek z wycieczek do Zakopanego. Wielu uczestników wernisażu twierdziło, że ma podobną fotografię w swojej kolekcji / Foto: ZOSIA ŻELESKA-BOBROWSKI

Są też dwie plansze z bardzo wymownymi fotografiami – pierwsza oraz ostatnia. Na jednej – dającej początek wystawie – znajdują się cztery zdjęcia przedstawiające babcie, dziadków i rodziców Zosi i Eugeniusza. Na drugiej, kończącej ekspozycję, jest rodzinny grobowiec rodziny Żeleskich na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, na którym widać przygotowaną tablicę z wygrawerowanym epitafium oraz imionami i nazwiskami bohaterów wernisażu, oczywiście bez daty śmierci.

„Dlatego na tej wystawie pokazaliśmy naszych przodków oraz rodzinny grobowiec, w którym kiedyś spoczniemy, żeby spiąć wystawę klamrą w jedną całość. Po prostu życie kołem się toczy. Zaczęło się od naszych przodków i skończy się spotkaniem z nimi po naszej śmierci w grobowcu na cmentarzu Rakowickim w Krakowie” – wyjaśnia Zosia Żeleska-Bobrowski.

Na archiwalnych fotografiach, których autorami były nikomu nieznane osoby, można jednak wypatrzyć Zosię z aparatem w ręku. To na zdjęciu, na którym upamiętniona jest jej studencka wycieczka do Łańcuta. Są także dwie fotografie zrobione przez nią i jedno wykonane przez jej męża Eugeniusza.

„Nasz weselny portret wykonałam sama” – wyjaśnia fotograficzka, która zrobiła go dzięki tzw. wężykowi spustowemu. Drugim zdjęciem jest portret jej męża znajdujący się na rodzinnym grobowcu, który również został pokazany na wystawie. Natomiast Eugeniusz jest autorem podobnego portreciku, lecz należącego do jego żony.

Przodkowie – dziadkowie i rodzice Zosi (z lewej strony) oraz Eugeniusza / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

KONCEPCJA WYSTAWY
Przygotowane tej ekspozycji nie było łatwe ani pod względem technicznym, ani koncepcyjnym. Kuratorka wystawy bardzo długo szukała formy i pomysłu, by odpowiednio wyeksponować pracę i osiągnięcia Zosi Żeleskiej-Bobrowski, która posiada bardzo duży zbiór zdjęć dotyczących różnej tematyki.

„Postanowiłam zrobić ciekawą wystawę, ponieważ Zosia o takiej marzyła. Chciała również, by w jakiś sposób włączyć w nią Gienia – podkreśla Jagoda Przybylak dodając, że niestety mimo różnych pomysłów, jakie rozważała, nic oryginalnego nie przychodziło jej do głowy.

„Zosia przez parę miesięcy przychodziła do mnie w odwiedziny do szpitala, w którym przebywałam, i dużo rozmawiałyśmy na temat tej wystawy. Niestety, nie mogłam wykluć nic ciekawego. Po powrocie do domu powiedziałam jej nawet, żeby może lepiej poszukała pomocy u kogoś innego – wspomina pani Jagoda, która – jak stwierdziła – nigdy wcześniej nie przejmowała się żadną swoją wystawą tak bardzo jak tą, której kuratorką miała zostać. Wszystko zmieniło się, gdy zobaczyła bardzo dużą ilość rodzinnych zdjęć Zosi.

„Obejrzała wiele moich fotografii i długo się zastanawiała, co z nich wybrać na wystawę. Dopiero, gdy zobaczyła stare, rodzinne zdjęcia, wpadła na ten pomysł” – wspomina Zosia Żeleska-Bobrowski.

„Przeglądając te fotografie zauważyłam wiele wspólnych cech, jak np. podobne sytuacje i otoczenie na nich uwiecznione. Mimo że oboje dorastali w różnych miejscach, to przeżyli podobne życie. Pomyślałam, że pokazanie etapów ich dorastania, począwszy od dziecka aż do teraz, będzie także symbolizowało życie wielu Polaków i przywoła wspomnienia osobom oglądającym wystawę” – opowiada jej kuratorka, która była bardzo pozytywnie zaskoczona reakcją publiczności na wernisażu.

Zosia Żeleska-Bobrowski z mężem Eugeniuszem (z prawej) oraz swoim kuzynem Krzysztofem Zarębskim / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

PANTA REI – WSZYSTKO PŁYNIE
Pomysłodawcą nazwy ekspozycji jest Eugeniusz Bobrowski. „Bardzo lubię starożytną grecką mitologię i doszedłem do wniosku, że powiedzenie Heraklita – ‚Panta Rei’ – idealnie pasuje do tej wystawy. W tłumaczeniu oznacza to, że ‚wszystko płynie’, tak jak nasze całe życie, od początku, czyli od narodzin, aż do końca, czyli do śmierci i przyszłego pochówku na Rakowickiej” – wyjaśnia mąż Zosi Żeleskiej-Bobrowski dodając, że nazwa ta również bardzo przypadła do gustu kuratorce Jagodzie Przybylak.

„Zależało nam także na tym, żeby nazwa wystawy intrygowała, ale nie wyjawiała jej treści” – dodaje Zosia Żeleska-Bobrowski.

Ekspozycję można oglądać w galerii „Kuriera Plus” na Greenpoincie do piątku, 7 czerwca. Natomiast we wrześniu wystawa „Panta Rei” zostanie pokazana w Piwnicy pod Baranami w Krakowie.

Uczestnicy wernisażu długo dyskutowali na temat prezentowanych zdjęć / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

SYLWETKI BOHATERÓW WYSTAWY
Zosia Żeleska-Bobrowski z wykształcenia jest architektką, absolwentką Politechniki Krakowskiej.

„Zdradziłam ten zawód, gdyż nie dawał mi samodzielności, niezależności w twórczej pracy. Znalazłam ją w fotografii, która dała mi pełnię zadowolenia, a oko architekta pomaga mi patrzeć przez obiektyw aparatu” – mówi.

Znana polonijna fotograficzka mieszka w Nowym Jorku od 1987 roku. Od wielu lat współpracuje z różnymi gazetami i czasopismami zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami. Wśród nich są m.in. „Kurier Plus” oraz „Nowy Dziennik”.

Eugeniusz Bobrowski był pomysłodawcą nazwy wystawy – „Panta Rei” / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Eugeniusz Bobrowski jest z wykształcenia prawnikiem, a z fotografią nie ma nic wspólnego poza tym, że został uwieczniony na prezentowanych na wystawie zdjęciach. W Nowym Jorku mieszka od 1989 roku.

Jagoda Przybylak (kuratorka wystawy) jest znaną artystką i fotograficzką konceptualną oraz pedagogiem. Z wykształcenia – podobnie jak Zosia Żeleska-Bobrowski – jest architektką, przez co najprawdopodobniej obu paniom łatwo było się porozumieć. Charakterystyczne dla jej twórczości są eksperymenty fotograficzne związane z pracą nad starymi odbitkami. Pierwszą wystawę swoich prac pt. „Sto razy siatka” zorganizowała w 1969 roku.

Kuratorką wystawy była znana artystka fotografik Jagoda Przybylak / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK