New York
70°
Mostly Cloudy
6:47 am6:46 pm EDT
5mph
46%
29.74
TueWedThu
73°F
72°F
68°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Wywiady
Warto przeczytać

Integrujemy Polaków na Słowacji

28.08.2022
Małgorzata Wojcieszyńska i Stano oglądają w redakcji archiwalne wydania „Nowego Dziennika“ FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

„Wizyta w redakcji ‚Nowego Dziennika‘ po latach sprawiła, że odrodziły się moje dobre wspomnienia. Mam nadzieję, że nawiążemy miłą współpracę“ – mówi Małgorzata Wojcieszyńska, redaktor naczelna miesięcznika „Monitor Polonijny“ na Słowacji.

Jestem tym szczęśliwcem, który powitał Ciebie i Twojego męża Stano na lotnisku JFK. Co sprawiło, że przylecieliście do Stanów Zjednoczonych?

Sentymenty. Od dawna marzyłam o tym, aby ponownie odwiedzić Nowy Jork.

Pojeździliście trochę po Nowym Jorku, byliście w kilku stanach. Odwiedziliście też redakcję „Nowego Dziennika“ w Clark, NJ. Czy to było właśnie spełnienie marzeń?

Jak najbardziej. Z „Nowym Dziennikiem“ byłam od dawna mocno związana. W 1998 roku po raz pierwszy przyleciałam z mężem na dwa tygodnie do Nowego Jorku. Mieszkaliśmy u pewnego Polaka, który był wiernym czytelnikiem „Nowego Dziennika“. To on nam zaproponował, abyśmy pojechali do redakcji, która mieściła się wtedy na Manhattanie przy 38 Street, pomiędzy 8 a 9 Avenue. Jeden z dziennikarzy zajął się nami (przepraszam, nie pamiętam nazwiska), pokazał nam całą redakcję. Przy okazji poznaliśmy sporą część załogi. Nieśmiało zaproponowałam, że mogę od czasu do czasu napisać coś o Polakach na Słowacji. Zostało to entuzjastycznie przyjęte. Osobą wyznaczoną do kontaktów ze mną był Tomasz Deptuła. Pamiętam, że niedługo potem ukazał się w „Nowym Dzienniku“ mój pierwszy tekst – wywiad ze słowackim prezydentem. Współpraca z gazetą trwała ponad cztery lata. Bardzo dobrze wspominam ten czas, bo była to dla mnie swoista nobilitacja. Chwaliłam się tym, że współpracuję z największym polskim dziennikiem poza granicami Polski.

Wizyta w redakcji „Nowego Dziennika“ po latach sprawiła, że odrodziły się dobre wspomnienia. Poznałam redaktor naczelną Jolantę Wysocką, podzieliłyśmy się refleksjami na temat prowadzenia polskiej gazety poza Polską w czasach współczesnych. Mam nadzieję, że nawiążemy miłą współpracę.

Dziennikarstwo jest Twoją pracą i pasją, czego zresztą nie kryjesz. Jesteś redaktor naczelną miesięcznika „Monitor Polonijny“ na Słowacji. Jak to się stało, że związałaś się z tym pismem i jesteś jego szefową?

Jestem trzecią z kolei szefową tego pisma. Ja należę do „emigracji serca“, która przed laty na Słowacji była zjawiskiem powszechnym. Właśnie za głosem serca w 1995 r. przeprowadziłam się z Wrocławia do Bratysławy. Któregoś dnia wybrałam się na spotkanie, na którym był polski minister kultury i sporo przedstawicieli Klubu Polskiego – Stowarzyszenia Polaków i ich Przyjaciół na Słowacji w Bratysławie na spotkanie z polskim ministrem kultury. Za mną siedziało kilka osób i usłyszałam, jak dzielą się informacjami, że Klub Polski przygotowuje się do wydawania „Monitora Polonijnego“. I wtedy pomyślałam, że fajnie by było pisać do tej gazety.

Nigdy wcześniej w Polsce nie pracowałam w żadnej gazecie. Myślałam o podjęciu podyplomowych studiów dziennikarskich, ale wtedy jeszcze we Wrocławiu nie było takiej możliwości. Mogłam studiować na Uniwersytecie Warszawskim, ale… nie zdążyłam. Będąc już w Bratysławie, podjęłam współpracę jako dziennikarka z tamtejszą gazetą codzienną „SME“ („Jesteśmy“). Powstała w 1993 r. Jest to chętnie czytane, opiniotwórcze pismo liberalne. Była to i wciąż jest prestiżowa gazeta, jedna z największych na Słowacji. W ten sposób zrealizowałam swoje marzenia. Miałam dodatkową motywację, ponieważ mój mąż Stano pracował w tej gazecie jako grafik, a jego matka była korektorką. Stano był zresztą jednym z założycieli tej gazety. Zaproponowałam kilka tematów na początek. Pisałam po słowacku. Teksty poprawiała mi teściowa, no i uczyła mnie języka. Robiła mi dyktanda, umawiała się ze mną na lekcje języka słowackiego. Przy okazji ja uczyłam ją polskiego. Miałyśmy ze sobą świetny kontakt.

Pierwsza redaktor naczelna „Monitora Polonijnego“, Danuta Meyza-Marušiakova, przyciągała ludzi i mocno trzymała pismo w swych rękach. Zaproponowała mi, abym coś od czasu do czasu napisała. Od razu się zdecydowałam, a dodatkowym motywem był fakt, że Stano robił grafikę „Monitora“.

Drugą redaktor naczelną była Joanna Matloňová. Z nią też współpracowałam. Po pewnym czasie szefostwo Klubu Polskiego mnie zaproponowało objęcie kierownictwa pisma. Zgodziłam się. Opracowałam własną jego koncepcję, oczywiście bazując na dotychczasowych doświadczeniach. Zaprosiłam wiele osób do współpracy. Zmieniliśmy format. Wcześniej wydawane było w formacie A4, a ja zmniejszyłam go do A5; teraz jest to format nieco większy. Formalna siedziba redakcji jest… w naszym domu. Wydawcą pisma jest Klub Polski.

Jakie jest przesłanie tego pisma, komu i czemu ma służyć?

Kiedy „Monitor Polonijny“ powstawał, był jedyną polską gazetą na Słowacji. I tak jest do dziś. To łaknienie polskiego słowa było wtedy bardzo duże, ale środki i możliwości stworzenia pisma niewielkie. Jak się coś zaczyna robić, to trzeba wydeptać ścieżki, którymi można pójść do przodu, zdobyć sympatyków. Celem pisma od początku była integracja rodaków. Słowacja była wtedy młodym państwem. Powstała w roku 1993 po rozpadzie Czechosłowacji. Polonia musiała się jakoś odnaleźć, bo nie była w żaden sposób zorganizowana. Gazeta miała służyć wyszukiwaniu Polaków, inspirowaniu ich do działań, zbliżaniu do siebie. Pomagała nam w tym polska ambasada.

Małgorzata Wojcieszyńska i jej „Monitor Polonijny“   FOTO: STANO STEHLIK

W tej chwili najistotniejszym celem pisma jest pokazywanie Polaków, którzy mieszkają na Słowacji, oraz wydarzeń, w których uczestniczą i które ich dotyczą. My jesteśmy lokalnym pismem, które interesuje się tym, co robią Polacy, jak żyją, jak się bawią, co czytają, gdzie pracują. Przy okazji wyszukujemy nowych przybyszów z Polski, którzy chcą ułożyć sobie życie na Słowacji.

Mój mąż Stano, który jest profesjonalnym muzykiem, świetnie gra na flecie, niedawno, zupełnie przez przypadek, odnalazł na Facebooku i zaprosił do grona znajomych pana, który robi fujary. Fujara jest typowo słowackim instrumentem ludowym. Jej rozmiar sięga trzech metrów. Umówiliśmy się z tym panem na spotkanie. Okazało się, że jest Polakiem. Na początku lat 80. przyjechał z Mielca z grupą pracowników, aby pomagać w budowie elektrowni jądrowej. Został na Słowacji, niedaleko od Bratysławy, bo się zakochał. Jest więc „atomowym emigrantem serca“. 

Nie sprzedajecie pisma, nie zamieszczacie klasycznych reklam, jak zatem pozyskujecie środki, aby je wydawać? Czy macie prenumeratorów?

Początkowo, przez kilka lat, pismo docierało do czytelników za pośrednictwem prenumeraty. Jeden numer kosztował 10 koron słowackich, potem więcej, a po wejściu Słowacji do Unii Europejskiej i przyjęciu europejskiej waluty – 1 euro. Teraz otrzymujemy dotacje, więc jest nam łatwiej, ale musimy spełnić określone wymagania, dlatego zrezygnowaliśmy z prenumeraty. Pismo jest bezpłatne, dostępne dla każdego. Jeśli ktoś zechce wesprzeć nas finansowo, to oczywiście może to zrobić. Są osoby, które przysyłają od czasu do czasu dowolne kwoty, ale to nie jest warunkiem dostępu do pisma.

Polacy są uznani jako mniejszość narodowa na Słowacji i dlatego możemy się ubiegać o dotacje od władz krajowych. Na początku dotacje przyznawało nam słowackie Ministerstwo Kultury, potem Kancelaria Rady Ministrów, a aktualnie otrzymujemy je z Ministerstwa Kultury poprzez Fundację Wspierającą Kulturę Mniejszości Narodowych. Od początku istnienia czasopismo ubiega się też o dotacje z Polski. Początkowo otrzymywaliśmy wsparcie finansowe ze Stowarzyszenia Wspólnota Polska, a teraz z Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie. Otrzymujemy jeszcze niekiedy 2 procent od podatków odprowadzanych przez obywateli Słowacji, gdyż jesteśmy zarejestrowani jako organizacja niedochodowa.

Czy jest tyle osób chętnych do pracy, żeby „Monitor Polonijny“ mógł normalnie funkcjonować i zaspokajać oczekiwania czytelników?

Mamy grupę osób, dzięki czemu pismo może się normalnie ukazywać. Są osoby, które mają swoje stałe rubryki i piszą regularnie. Są też takie, które piszą od czasu do czasu. Oczywiście ta grupa piszących zmienia się, bo co jakiś czas staramy się zmieniać na przykład rubryki stałe. Gdy zajęłam się redagowaniem pisma, to trzecia strona od końca została przeznaczona dla słowackich dziennikarzy. Rubryka nazywała się „Polska oczami słowackich dziennikarzy“, a zamieszczane w niej teksty były pisane w języku słowackim. Z okazji 15. rocznicy „Monitora“ teksty publikowne w tej rubryce wydaliśmy w specjalnej książce. Była to – w moim przekonaniu – dobra promocja Polski.

Potem na jej miejsce pojawiła się rubryka „Rozsiani po świecie“. Zamieściłam w niej mnóstwo tekstów ludzi mieszkających w różnych krajach. Pamiętam, że pierwszy tekst napisał Tadeusz Urbański, dziennikarz mieszkający w Sztokholmie. Pisali też inni dziennikarze, których poznałam na Światowym Forum Mediów Polonijnych w Tarnowie. Zamieszczałam również teksty osób, ktore poznałam na Facebooku. Byli to Polacy mieszkający w Australii, Mongolii, Meksyku czy Argentynie. Dzięki tej rubryce wędrowaliśmy po całym świecie. Tę rubrykę, ukazującą się cały czas na trzeciej od końca stronie „Monitora“, zamieniłam potem na „Rozsiani po Polsce“. Zamieszczałam w niej historie Słowaków, którzy zamieszkali w Polsce.

Mamy rubrykę „Okienko językowe“. Redaguje ją Maria Magdalena Nowakowska, która jest naszą korektorką, wykładała też język polski na Uniwersytecie Komeńskiego w Bratysławie. Odpowiada na wiele pytań czytelników, na przykład czy powinno się pisać na Słowacji czy w Słowacji. Bardzo dokładnie to wyjaśniła i stwierdziła, że obie formy są dopuszczalne. Wiele osób zaczyna czytać „Monitor“ od końca, czyli od strony kulinarnej. Ma to swoje uzasadnienie, bowiem ciekawe przepisy na ogół przysłają nam właśnie czytelnicy.

Redagowanie i wydawanie „Monitora Polonijnego“ to jest Twój obowiązek numer 1. Wiem, że masz też i inne pasje, jak chociażby organizowanie wydarzeń kulturalnych. Podobno zainspirował Cię do tego Nowy Jork…

Tak było. W 1998 r., kiedy przyleciałam z mężem po raz pierwszy do Nowego Jorku, w butiku w SoHo kupiłam sobie balową sukienkę. Była niedroga i piękna. Kiedy wróciłam do Bratysławy, zaczęłam podkręcać Polaków w Klubie Polskim, w którym byłam świeżynką, aby zorganizowali bal. Chciałam pokazać się w tej właśnie sukience (śmiech). Nikt jednak nie miał ochoty się tym zająć, więc… sama zorganizowałam ten bal. Ludzie dopisali, doskonale się bawili. Potem zorganizowałam jeszcze siedem takich balów. Na drugi zaprosiłam słowackiego premiera Mikuláša Dzurindę z małżonką, którą poznałam wcześniej. Raczej nie zdarza się, aby na takie skromne bale, i to jeszcze mniejszości etnicznej, przybywał najwyższy rangą polityk w kraju. Bal rozpoczęliśmy polonezem. Premier obserwował, jak wszyscy tańczymy, i obiecał, że nauczy się go tańczyć.

Przez pewien czas byłam prezeską Klubu Polskiego w Bratysławie, a teraz jestem wiceprezeską Klubu Polskiego na całą Słowację. Parę wydarzeń wymyśliłam i z powodzeniem zorganizowałam. Co roku, w galerii w Instytucie Polskim przy polskiej ambasadzie, pokazujemy utalentowanych Polaków mieszkających na Słowacji. Cykl nazywa się „Sztuka z naszych szeregów“.

Ostatnim moim projektem jest cykl „Poznajmy się, proszę”. W Instytucie Polskim dwa razy w roku organizuję spotkania z ciekawymi Polakami w formie talk-shaw. Cykl ten ma na celu prezentację interesujących osobistości słowackiej Polonii czy Słowaków polskiego pochodzenia. O wszystkich pisaliśmy w „Monitorze“.

Twój mąż Stano jest nie tylko grafikiem „Monitora“, ale także fotografem. Poza tym świetnie gra na flecie i zaraził Cię muzyką. Niedawno wydaliście dwie płyty CD. Jaki jest Twój udział w stworzeniu tych płyt?

Ponieważ mieszkam w małym kraju i Polacy są niewielką mniejszością, staramy się wymyślać i organizować takie imprezy, aby salę wypełniali Polacy i Słowacy. Tak powstała również koncepcja płyt. Stano gra w zespole Jablco, złożonym z pięciu Słowaków. Nazwa ta oznacza „jazz blues company”. Napisał muzykę do kilkunastu utworów i zachęcił mnie, abym napisała teksty. Inspiracją były dla mnie między innymi relacje między Polakami i Słowakami, jak nas postrzegają Słowacy, a nawet potrawy charakterystyczne dla kuchni polskiej i słowackiej. Stano do swojego zespołu zaprosił polskich wokalistów, aby wykonywali te utwory. Wyjątkowo trafne okazało się połączenie polsko-słowackich tekstów, ale również słowackich muzyków, mających różne powiązania z Polską.

No i kiedy organizowaliśmy koncerty, utwory były wykonywane po polsku i słowacku, a sala była zawsze pełna. Jest to muzyka pop, zahaczająca o jazz i bluesa, a także motywy ludowe. Pierwszą wydaliśmy płytę „Za górami, za lasami, za Tatrami” w styczniu 2018 roku. Potem nagraliśmy drugą „Tu i tam“. Wkrótce chcemy wydać trzecią.

Zaczęłam też robić teledyski. Powstało ich już pięć. Zaprosiliśmy do współpracy Polaka, który zajmuje się animacją i do jednej z piosenek stworzył film animowany. Do statystowania zapraszamy też naszych rodaków. Pierwszy teledysk był w konwencji „Lata dwudzieste, lata trzydzieste“. Występowała w nim bardzo znana słowacka aktorka Dominika Morávková ze swoim mężem Jankiem. Pierwsze dwa teledyski powstały z udziałem zaprzyjaźnionej reżyserki z Austrii, Magdaleny Marszałkowskiej. W Wiedniu prowadzi polski teatr. U nas też przez pewien czas taki teatr prowadziła. Wykorzystała nasze płyty i stworzyła na ich podstawie musical. To było coś na kształt słynnego musicalu „Mamma Mia“.

Zawsze dajemy ogłoszenie w naszym piśmie, że nagrywamy płytę i poszukujemy utalentowanych osób, które mogą wziąć w tym udział. No i zgłaszają się ludzie i dzięki temu odkrywamy nowe talenty. Przy okazji opowiem niezwykłą historię pewnej rodziny. Natalia Konicz-Hamada na studiach muzycznych w Polsce specjalizowała się w śpiewie jazzowym. Wyszła za mąż za Słowaka. Mieszkają w Bratysławie, mają troje dzieci. Zareagowała na nasze ogłoszenie. Stwierdziła, że ma tremę, bo już kilka lat nie śpiewała, ale chciałaby wrócić do śpiewania. Potem się okazało, że jej córka i mąż też świetnie śpiewają. Stało się coś niesamowitego, bo obudziliśmy w nich to, co w nich drzemało. Wzięli udział w nagraniu naszej płyty „Tu i tam”. Mamy już wspólne plany na kolejną płytę.

Czy w dzisiejszych czasach wciąż można mówić o emigracji Polaków na Słowację?

Tak. Na Słowacji jest sporo fabryk, w których produkowane są samochody Volkswagen, Peugeot i Jaguar, ma być też produkowane Volvo. W tych fabrykach znajdują pracę. Są też korporacje międzynarodowe, jak IBM, w której pracują ludzie z różnych krajów, w tym spora grupa z Polski. Linie lotnicze British Airways mają na Słowacji swoją centralę zajmującą się obsługą klientów. Osoba dzwoniąca z jakimś zażaleniem nawet nie wie, że dodzwoniła się na Słowację. Centralę obsługują Polacy mieszkający w Bratysławie. Jest więcej takich firm, gdyż skorzystały z tego, że po wejściu do Unii Europejskiej Słowacja stwarzała im bardzo dogodne warunki.

Małgorzata i Stano na Manhattan Avenue na Greenpoincie   FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

Dzięki spisom ludności, które odbywają się co 10, lat wiemy, ile jest w USA osób polskiego pochodzenia. Czy wiadomo, ilu jest Polaków na Słowacji?

Nie jest to duża liczba, ale co roku jest nas coraz więcej. Polacy na Słowacji mieszkają głównie w dużych miastach, czyli w Bratysławie i Koszycach, ale także w górskich rejonach przygranicznych, a więc na Spiszu i Orawie. Według danych wynikających ze spisu powszechnego 2001 na Słowacji mieszkało 2602 Polaków. Dziesięć lat później liczba ta wzrosła do 3084. Dzisiaj wynosi ona 3771. Są to osoby, które wyjechały jeszcze w czasach komunizmu z potrzeby serca – za mężem lub żoną – oraz studenci i pracownicy międzynarodowych firm.

Wciąż trwa wojna w Ukrainie. Na Słowacji jest sporo uciekinierów z tego kraju. Czy odnajdują się u was, mogą liczyć na pomoc?

Podobnie jak w Polsce liczne grupy społeczników od razu zaczęły pomagać uchodźcom. Ludzi z dobrym sercem jest dużo. Przygotowując o tym materiał do „Monitora Polonijnego“ wyszukiwałam Polaków, którzy pomagają uchodźcom. Znalazłam takich, którzy udostępnili swoje mieszkania, jeździli z pomocą na granicę. My, jako Klub Polski, zorganizowaliśmy zbiórkę potrzebnych rzeczy i pieniędzy dla Ukrainy. Nasz prezes jeździł na granicę i przekazywał to wszystko Uraińcom. Ja i Stano też zaoferowaliśmy dla uchodźców mieszkanie w naszym domu. Najpierw miała to być rodzina z Nikolajewa z 6-letnią dziewczynką chorą na cukrzycę. Niestety, samochód, którym jechali, został ostrzelany. Dowiedziałam się potem, że przeżyli i postanowili pozostać na Ukrainie. Nie znam ludzi, ale bardzo mocno to przeżyłam.

Następnego dnia od znajomej dowiedziałam się, że przyjadą pociągiem dwie młode kobiety: jedna z 10-miesięczną córeczką, druga z 10-letnią. Była z nimi jeszcze jedna kobieta – babcia dzieci. Zamieszkały u nas w połowie marca. Na Ukrainie mieszkały koło Czernobyla. Nie wiadomo, kiedy będą mogły wrócić do domu. U nas mieszkały prawie trzy miesiące. Jedna z nich, wraz z córką, wróciła na Ukrainę, a pozostałe pojechały do Polski.

Rozmawiał Janusz M. Szlechta

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

CO GDZIE KIEDY