Generał, miś i Monte Cassino

147
FOTO: PEXELS.COM

Gdy wymienia się sławnych polskich wojskowych z czasów II wojny światowej, zawsze pada nazwisko Władysław Anders. Nasz bohater urodził się i wychowywał na Błoniach. Jego przygoda z wojskiem zaczęła się, gdy chodził do warszawskiego gimnazjum realnego. Zgłosił się tam jako ochotnik. Miał końskie zdrowie, co pozwoliło mu ukończyć służbę w rok i zapisać się do rosyjskiej szkoły oficerskiej. Jak to do rosyjskiej? Tak, ponieważ Anders urodził się w zaborze rosyjskim. Po skończeniu szkoły w zaborze rosyjskim, a później w Paryżu zaczął karierę wojskową.

Przenieśmy się do pierwszego września 1939 r., kiedy Władysław Anders dowodził już polską jednostką. Dowodził on Nowogródzką Brygadą Kawalerii w bitwie pod Mławą. Kolejną bitwą Andersa miało być starcie zbrojne nad Bzurą. Miał bronić brzegu Puszczy Kampinoskiej, ale odmówił ze względu na zbyt małą liczebność jego oddziałów. Największym sukcesem generała była bitwa pod Mińskiem Mazowieckim i Tomaszowem Lubelskim. Po zwycięstwie udał się do Lwowa, by stawić czoło Armii Czerwonej. Niestety, został ranny i dostał się do niewoli.
Generał Anders był przetrzymywany na Łubiance. Później został przeniesiony do łagru. Lecz nie był jedynym żołnierzem, który przebywał w sowieckich łagrach. W 1941 r., po ataku III Rzeszy na Związek Radziecki, Rosjanie po porozumieniu z polskim rządem na uchodźstwie zmienili stosunek wobec polskich jeńców wojennych. Miała powstać polska armia na wschodzie do walki od tej chwili ze wspólnym, niemieckim wrogiem. Na czele formowanych sił zbrojnych stanął Władysław Anders już w stopniu generała. Plany te udało się częściowo zrealizować, Stalin nie chciał niezależnej od Moskwy armii polskiej. Zaczęto ograniczać aprowizację, armii i cywilom groził głód. W końcu, po długich namowach Stalin, zgodził się na ewakuację polskich sił zbrojnych i cywilów do Iranu. Polacy spotkali tam gościnnych Irańczyków i zaadoptowali niedźwiadka, któremu nadali imię Wojtek. Stamtąd gen. Anders i jego armia przeszli przez Bliski Wschód i trafili do Włoch, oczywiście z niedźwiadkiem.
Tam walczyli z wycofującymi się Niemcami. Wojtek był uwielbiany przez żołnierzy, nie bał się wybuchów i świstu kul. Dodawał odwagi naszym wojakom. Jednak włochaty przyjaciel miał jedną słabość – nie przepadał za kąpielami. Lecz z czasem zaczął się kąpać ze swoimi przyjaciółmi i nawet nauczył się jak używać prysznica. W końcu tak polubił te prysznice, że trzeba było je było ograniczyć – bo armii zabrakłoby wody.
W kampanii włoskiej najważniejsza była bitwa o Monte Cassino. Wzgórze Monte Cassino z majestatycznym klasztorem było wtedy bramą do Rzymu od strony południowej. Trzeba zaznaczyć, że na początku walki nie trwały w klasztorze tylko wokół niego. Po pomyłce Amerykanów, czyli zbombardowaniu klasztoru, walki przeniosły się do ruin budynku, które dla Niemców stworzyły świetne warunki do stawiania zaciekłej obrony. Trzeba wspomnieć też, że Niemcy wybijali amerykańskich żołnierzy jak kaczki. Po pierwszej fazie bitwy postanowiono sprowadzić Polaków, gdyż wiedziano, że tylko oni poradzą sobie ze zdobyciem wzgórza i jego ruin. Nie pomylono się, Polacy ostrzelali wzgórze z artylerii i wysłali piechotę. Po długiej walce o Monte Cassino polscy żołnierze zdobyli wzgórze i otworzyli drogę na Rzym.
Bohaterstwo i poświęcenie polskich żołnierzy, gen. Andersa i misia Wojtka, który nosił skrzynki z amunicją, są piękną i wzruszającą historią, o której nie powinny zapomnieć kolejne pokolenia Polaków.

Czerwone maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły polską krew.
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz od śmierci silniejszy był gniew.
Przejdą lata i wieki przeminą.
Pozostaną ślady dawnych dni
I tylko maki na Monte Cassino
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosną krwi.

Dział „Młodzi piszą” ukazuje się co dwa tygodnie. Redaguje go Kaya Wald, uczennica 12 klasy w szkole Le Lycee Francais de New York.