New York
70°
Clear
6:47 am6:46 pm EDT
8mph
48%
29.76
TueWedThu
73°F
72°F
68°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Warto przeczytać
Opinie i Analizy

Pocztówka z wojny

23.08.2022

Pierwszego sierpnia Warszawa, jak co roku, staje. Wyją syreny. Gdzieniegdzie płyną łzy, gdzieniegdzie, choć w znikającej ilości, uruchamiają się osobiste wspomnienia dramatu powstania warszawskiego i wojny sprzed ponad 80 lat.

Ja nie staję. Gdy wybija godzina „W” jestem na szosie, wracam z sąsiedniego miasta, gdzie szukałam witamin dla chorej mamy. Mijam sielskie, skąpane w ciepłym, popołudniowym świetle pola. Jezdnia jest świeżo po remoncie, jedzie się więc bardzo przyjemnie, a towarzyszy mi radio, z którego też płyną jakieś lekkie, relaksujące rytmy. Te chwile podróży to cenna i świadomie przeżywana przerwa w codziennym harmonogramie tego lata. Momenty, gdy z premedytacją wyłączam myślenie i emocje, i ze wszech miar staram się jedynie być w bieżącej chwili. Z chwili na chwilę. Niezainteresowana absolutnie niczym i dająca sobie na tę mentalną i uczuciową pustkę przyzwolenie. Fachowcy nazywają takie działania „łapaniem oddechu” i przypominają o jego dobroczynnym wpływie na nasze życie i zdrowie. Bardzo słusznie. Bezdech spowodowany stresem i lękiem jest dla życia niebezpieczny. Nieważne wtedy co dzieje się wokół, ocalić może nas tylko pełne skupienie na sobie.

Na rogatkach miasta przełączam jednak stację i słucham wiadomości.  W Lesznie otwarto wyjątkową wystawę. Pokaz prac dzieci z Ukrainy na temat wojny wykonanych w ostatnich miesiącach, a między nimi archiwalne rysunki dzieci polskich z r. 1946 na ten sam temat. „To jest straszne. To się ogląda z krwawiącym sercem. Dzieci nigdy nie powinny takich rzeczy przeżywać” – oceniają wystawę ci, którzy już ją widzieli. Nie wiem, gdzie jest Leszno, wiem, że na pewno na tę wystawę nie dotrę. Jestem w momencie życia, gdy nie szukam dodatkowego smutku na okrasę codzienności.

Na klatce schodowej dziecięcy płacz. Wchodzę do mieszkania mamy. Brat tłumaczy, że to Nikita, dwulatek, od kilku miesięcy nowy sąsiad na piętrze. Z przerwami na sen i posiłki podobno płacze niemal non stop. Mieszkanie nad głową jest takie samo jak u mamy: dwa maleńkie pokoiki z mikrusową kuchnią i jeszcze mniejszą łazienką, a Nikita mieszka tam z rodzicami i czwórką innych dorosłych.  

– Nie wiesz skąd są? – Pytam.

– Nie. Trudno się z nimi rozmawia, bo słabo mówią po polsku. Są mili, ale nie sprawiają wrażenia, że zależy im na kontaktach sąsiedzkich.

– Kto wie, jakie piekło przeszli – wzdycham.

– Kto wie – wtóruje mi brat.

Telefoniczne rozmowy ze Starszą i mężem zaczynają mnie coraz bardziej irytować. Jak to, nie wiem, ile ukraińskich rodzin mieszka w bloku? Na osiedlu? Jak to, nie odwiedziłam jeszcze miejskiego centrum pomocy uchodźcom?  To co ja właściwie robię? Przecież wszystko się zmieniło!

W sklepie z najtańszymi produktami o wszystkomówiącej nazwie „Centrum chińskie” na pewno. Sprzedawczyni, która do tej pory siedziała ze znudzoną miną, na widok młodej kobiety z włosami zwiniętymi w gruby kok ożywia się. Wychodzi zza lady, zagaduje ją o pracę, o rodzinę, dopytuje, czego dokładnie potrzebuje.  Jest jasne, że znają się nie od dziś. Kobieta zaczyna tłumaczyć mieszanką polskiego i ukraińskiego. Reszta klientów popatruje na nie z życzliwymi uśmiechami. Ktoś rzuca, że to w dziale kuchennym. Ktoś inny potwierdza. Łapię się na tym, że też przystanęłam, zasłuchałam się, zapatrzyłam w tę scenę zwyczajnych, a przecież tak pięknych ludzkich odruchów pomocy i solidarności.

– Ale słyszysz wokół siebie ukraiński? Odczuwasz tę zmianę? – nie ustępuje Starsza.

Oczywiście. Ukraiński słyszę wszędzie. Na ulicy, na stacji benzynowej, także na dziedzińcu przed zamkową kawiarnią, gdzie kilka dni później czekam na Młodszą. Przyjechałam odebrać ją z obozu, obóz zakwaterowany był w przylegającym do zamku hotelu.

Młodsza się spóźnia, siedzę więc nad drugą kawą, podczas gdy przez otwarte okna wpadają strzępki zdań, nieznane mi słowa. Potrzebuję chwili, by przypomnieć sobie, że to ukraiński.

– Ja nic nie mówię, ale gdy my się tą wojną tak przejmujemy, oni tu sobie żyją jak pączki w maśle! – z drugiej strony nadlatuje niski tembr sprzedawczyni. Czyści szklanki i konwersuje z jakąś znajomą przy barze.

Dowiaduję się mimochodem, że grupa Ukraińców, która jest zakwaterowana w części hotelu, co dzień zaopatruje się w pobliskiej wsi w piwo, i to wcale nie najtańsze. Czekoladek też sobie nie żałują ani rozmaitych innych przekąsek. – Ale co się dziwić – przewraca oczami sprzedawczyni – przecież ich tutaj na wszystko stać, przecież to my na nich tak hojnie łożymy. – My ich po zamkach gościmy, a oni w ojczyźnie mieszkania swoje za grubą forsę wynajmują. Kto wie komu? Kto ich tam wie, jak to naprawdę z tą wojną jest? Ja tu cały dzień stoję, chodzę, swoje słyszałam i widziałam. Z nas – sprzedawczyni zniża głos i teraz jej słowa niemal świszczą jak kule – to oni się tylko śmieją!

Koleżanka przytakuje gorliwie, po czym litania żalu i świętego oburzenia do wszystkich świętych płynie dalej.

Gdy Młodsza w końcu instaluje się w aucie, mam zamiar podpytać ją o ten ukraiński kwaterunek w zamku i jej własne obserwacje.  Ale dzwoni brat. Nie ma dobrych wieści, Mama znów wymknęła się z domu i zgubiła. Brat daje mi ją do telefonu. Mama płacze. Po co żyć, skoro tak się jej coś porobiło z głową, że już nawet do własnego domu wrócić nie potrafi? Jej rozpacz oplata mnie jak chmura, rozrasta się w galaktykę, w cały kosmos. Obcy ludzie dotknięci wojną i niewracający na razie do swoich domów oddalają się z każdym uderzeniem kół o drogę i znikają jak we mgle.

Myślę o tym cały czas.  Myślę, gdy myję okna, robię zakupy. Gdy przymykam drzwi do pokoju, w którym mama przysypia przy huczącym telewizorze. Myślę, gdy wychodzę wieczorem na spacer i wpatrując się w czerwony reflektor zachodzącego słońca obieram kierunek na cmentarz. Myślę, gdy zawracam w połowie drogi. Czego się spodziewałam? Że leżący pod granitową płytą ojciec udzieli mi jakichkolwiek odpowiedzi, rad?

W obliczu największych nieszczęść – o ile nie dotyczą one nas samych – człowiek zawsze przede wszystkim zajęty jest własnymi sprawami i nieszczęściami. Stany zbrodni i niesprawiedliwości, jeśli rozciągają się na tygodnie i miesiące, powszednieją, a umysł oswaja je jak zwierzęta. Z biegiem czasu woła do aportu tylko wtedy, gdy wchodzą w zasięg wzroku lub słuchu. Dlaczego? Dziecinne pytanie. Bo tak działa instynkt przetrwania. Tak działa życie. Tak zachowywały się pokolenia przed nami, tak teraz robimy my i dokładnie te same postawy będą przyjmować pokolenia po nas.

W wieczornych wiadomościach 1 sierpnia fotorelacja z marszu narodowców. Zdaniem jego lidera, otoczonego przez obecne polskie władze szczególną opieką, każda okazja jest dobra, by Polska podnosiła się z kolan, co dopiero powstanie warszawskie, na którym – tak to w każdym razie wygląda z zewnątrz! – skupia się obecnie już chyba 99 procent całej polskiej polityki historycznej. Z kolei ta polityka w 99 procentach skupia się na walce z pomówieniami, jakoby to nie wszyscy Polacy byli podczas wojny wyłącznie bohaterami. Kij pomówicieli wsadzany w rzekę historii i usiłujący ją zawrócić ma wyryte na trzonku, że niektórzy zamiast walczyć i ratować stali z boku: nieobecni, niedostępni, zajęci jakimiś własnymi sprawami. Inni jawnie kolaborowali. Całe zaś rzesze stawiały po prostu na przeczekanie, to w porywach współczując, to wcale. Pewne jest także, że wieczorami ludzie siadywali na ławkach, chodzili na spacery, podziwiali zachody słońca, a zniedołężniałymi rodzicami i dziećmi opiekowali się dokładnie tak samo jak w czasie pokoju. Sposób, w jaki wyzwania codzienności odciągały ich serca i umysły od okrucieństw wojny, był identyczny jak dzisiaj. Lider narodowców na pewno się na to nie zgodzi, a mnie chodzi po głowie, że gdybyśmy zrobili referendum i uczciwie odpowiedzieli na pytanie o to, jak wojna w Ukrainie nas dotyka, może wreszcie wyleczylibyśmy z martyrologicznego nadęcia, które nas niszczy jako naród, a zobaczyli w sobie zwyczajnych ludzi zdolnych do bohaterstwa, ale i wszystkich innych postaw z całej skali reakcji, po jakie człowiek sięga w chwilach kryzysu i zagrożenia. Kto wie z jak dalekosiężnym skutkiem dla polityki historycznej.

Wyłączam telewizor, mama natychmiast się budzi.  Nikita nad naszymi głowami płacze.

– Jakieś dziecko płacze? – interesuje się mama.

– Tak. Malutki ukraiński chłopczyk. Mieszkają tu teraz, bo u nich wojna – odpowiadam. Odpowiadałam na to pytanie już tyle razy, że i odpowiedź jest ta sama co do słowa.  

– Och, Boże – załamuje ręce mama.  

– A my mamy jakieś zapasy porobione na tę wojnę? – uprzedzam w myślach pytanie, które mi zada za chwilę.

– Kiedy ten Putin się opamięta? – zaskakuje mnie jednak mama. – Wiesz, mówią, że on się nie opamięta, dlatego najprawdopodobniej to się skończy tak, że sprzątną go sami swoi. Też tak uważam. W końcu Rosja ma w takich czystkach wielką wprawę. I długą historię.

Otwieram szerzej oczy. W oczach mamy nieoczekiwane skupienie, pełna świadomość. Celebruję tę chwilę. Świadomie uciekając myślami od wojny jeszcze dalej.  

Eliza Sarnacka-Mahoney   

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

CO GDZIE KIEDY