Alkoholizm – choroba skrzętnie ukrywana. “Piję, ale to nie problem”

0
13

Na Greenpoincie czy Borough Parku można zauważyć – na przykład w piątek późnym popołudniem – w wielu sklepach spożywczych panów, którzy wracając z pracy kupują sobie obiad, a do tego kilka piw. Zdarza się też, że jedno lub dwa wypijają od razu przed sklepem. “Często się tak dzieje?” – pytam w jednym z polonijnych sklepów. “Może nie codziennie, ale kilka razy w tygodniu” – mówi jedna z ekspedientek. “Ja przyleciałam z Polski niedawno i u mnie na wsi też pod sklepem panowie pili. Nie ma chyba w tym nic dziwnego?” – zastanawia się sprzedawczyni. Pomijając nowojorskie prawo, zgodnie z którym spożywanie alkoholu w miejscach publicznych może skończyć się mandatem, a nawet więzieniem, to takie z pozoru niegroźne “picie po pracy” nie musi, ale może być już sygnałem uzależnienia. “A co tam pani opowiada, ile te piwa mają procent? Jak każda baba, musi pani szukać problemów” – skrzyczał mnie jeden z zaczepionych przy sklepie Polaków. Uzależniony, jak przekonuje, nie jest, bo do pracy chodzi, a kiedyś nawet nie pił cały miesiąc. Problem w tym, że takie “przerwy” o niczym nie świadczą – jest to raczej, jak tłumaczą terapeuci, takie uspokojenie swojego sumienia i pokazanie bliskim: panuję nad swoim piciem. Czasem jest to przerwa wyłącznie po to, by “wykurować się”, a po pewnym czasie wrócić do nałogu.

“NIKT NIE RODZI SIĘ ALKOHOLIKIEM” – mówi Katarzyna Fiorita, terapeutka pracująca w klinice Outreach na Greenpoincie, prowadząca terapię indywidualną i grupową dla osób wychodzących z uzależnienia oraz zajęcia dla członków rodzin osób dotkniętych tym problemem. – Do nałogu prowadzi wiele dróg, czasem krótszych, czasem dłuższych, ale co powoduje, że człowiek wpada w pułapkę? Jest to splot czynników biologicznych, psychologicznych i środowiskowych. Często słyszę od moich pacjentów, że w kościele przysięgali, że przez jakiś czas nie sięgną po alkohol, ale jak ten termin ustalonej abstynencji minął, to już następnego dnia nadrobili z nawiązką – stwierdza Katarzyna Fiorita. – Zanim przyznamy się sami przed sobą, że nie jesteśmy w stanie kontrolować swojego picia i że jesteśmy bezsilni wobec uzależnienia, często mijają długie lata. Nim otworzymy się na profesjonalną pomoc, próbujemy rozwiązać problem własnymi sposobami, które nie przynoszą rezultatów. Ważne jest zrozumienie, że alkoholizm jest chorobą taką jak rak, cukrzyca czy gruźlica, i – tak jak każda choroba – wymaga profesjonalnego leczenia. A ja staram się zawsze motywować pacjentów – mówię: nie traćmy ani dnia. Jeśli coś jest nie tak, proszę szukać wsparcia, przyjść do nas, udać się na spotkanie polskojęzycznych AA, które prężnie działają w Nowym Jorku. Proszę dać sobie szansę na pomoc. Porównuję to do awarii samochodu, też nie naprawiamy go byle jakimi narzędziami, tylko idziemy do kogoś, kto się na tym zna”.

Obecnie z pomocy terapeutów kliniki Outreach w polskiej dzielnicy korzysta ponad sto osób, ponad połowa z nich to nasi rodacy. “Alkoholizm to choroba emocji, a wódka, piwo czy wino stają się lekarstwem na smutek. Emigracja sprzyja uzależnieniu, bo wielu z nas dotyka coś takiego, co się nazywa ‘traumą imigracyjną’. Bywa, że nowa rzeczywistość wcale nie jest taka, jak nam się na początku wydawało. Na przykład jesteśmy wykształceni, w Polsce pracowaliśmy w biurze, urzędzie, a tymczasem musimy sprzątać czyjeś mieszkania, wynosić czyjeś śmieci. Do tego dochodzi bariera językowa, chcemy, ale nie potrafimy znaleźć przyjaciół, a te znajomości tuż obok są jakieś takie płytkie, czujemy się wyobcowani, jest nam źle i pocieszamy się na przykład drinkiem, później dwoma. Pijemy najpierw w weekendy i tak niepostrzeżenie bez alkoholu nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Ale ta choroba dotyka też i takie osoby, które pozornie mają wszystko, to znaczy dobrą pracę, rodzinę tutaj, niezłe zarobki. Są na przykład szefami firm. Z jakiegoś powodu jednak nie radzą sobie z emocjami i sięgają po butelkę“ – tłumaczy Katarzyna Fiorita.

TRUDNO JEST OSZACOWAĆ LICZBĘ POLAKÓW, KTÓRZY ZMAGAJĄ SIĘ Z TYM PROBLEMEM NA EMIGRACJI, także i dlatego, że są różne stopnie uzależnienia. W Polsce szacuje się, że co najmniej 12 proc. osób nadużywa alkoholu. W Stanach też jest to poważny problem, ale rzadko się o tym mówi. “Nie wiem, ile osób dziennie mija nasze drzwi i nie ma odwagi wejść do środka, mimo że potrzebuje pomocy. Mam jednak nadzieję, że się w końcu odważą. Na tych pierwszych spotkaniach bardzo się wstydzą, no bo jak tu się przyznać, że piję butelkę wódki dziennie, albo że mój 16-letni syn palił marihuanę w łazience, a ja tego nie zauważyłem, albo że mąż pije i bije. A ja zawsze odpowiadam, że to, iż jesteś tutaj na terapii, to była najlepsza decyzja twojego życia i dziękuję ci za to” – mówi Dorota Reynoso, terapeutka z kliniki Outreach. Wciąż wśród leczących się alkoholików więcej jest panów niż pań. Na przykład w 12-osobowej grupie terapeutycznej dziesięciu uzależnionych to panowie. “W domach, za zamkniętymi drzwiami, ta różnica maleje. Pamiętam jedną z pacjentek, którą przyprowadził do nas syn. W gabinecie, przy niej, powiedział, iż sądzi, że mama ma kłopoty z piciem. Ona oczywiście zaprzeczyła, ale zaraz jak syn wyszedł, przyznała, że tak, nadużywa alkoholu. Piła głównie wieczorami, gdy mąż zasypiał, jak opowiadała, na kanapie lub w łóżku, a ona wychodziła do kuchni i otwierała sobie butelkę wina. Tłumaczyła, że jest już na emeryturze, mąż też, dzieci się wyprowadziły, a ona się czuje bardzo samotna i znudzona. Rozwiązaniem miał być alkohol. Takie przypadki można mnożyć” – zapewnia Dorota Reynoso.

TERAPEUCI NIE MAJĄ ZŁUDZEŃ – DOSKONALE WIEDZĄ, ŻE NA TERAPIĘ BARDZO RZADKO ZGŁASZAJĄ SIĘ OSOBY, KTÓRE PODEJRZEWAJĄ, ŻE COŚ JEST NIE TAK. Bardzo charakterystyczny w tej chorobie jest tzw. mechanizm zaprzeczenia. Mimo że osoba uzależniona z powodu nałogu wpadła w poważne kłopoty, to sama nie chce tego zauważyć. Wśród pacjentów greenpoinckiej kliniki są kierowcy przyłapani na jeździe pod wpływem alkoholu albo sprawcy przemocy w rodzinie. Sędzia zaoferował im alternatywę: albo terapia, albo poważne konsekwencje prawne. Do kliniki przy Manhattan Avenue zgłaszają się też i takie osoby, którym alkohol zabrał wszystko: dom, rodzinę, przyjaciół, pieniądze, zdrowie. Przychodzą, bo wiedzą, że to jest ich ostatni ratunek. “Mamy wiele przykładów ludzi, którzy zgłosili się do nas po pomoc dosłownie z ulicy. Z czasem, kiedy postawili na trzeźwość i zaangażowali się w terapię, ich życie zaczęło się zmieniać na dobre. Patrząc na nich trudno uwierzyć, że kiedyś znaleźli się w tak trudnej sytuacji” – opowiada Katarzyna Fiorita. “Co sprawiło, że wyszli z nałogu?” – dopytuję. “Pili tak dużo, że już nie byli w stanie sięgnąć po kolejną butelkę. Zdrowie odmówiło im posłuszeństwa. Mieli już dosyć, albo widzieli, jak kolega z parku umiera z przepicia, i wystraszyli się, że mogą podzielić ten sam los. Zdarza się też, że jeden bezdomny przyprowadza do nas innego bezdomnego, i prosi: uratujcie mojego przyjaciela” – mówi Dorota Reynoso.

I RATUJĄ. KORZYSTAJĄC Z RÓŻNYCH KONTAKTÓW KIERUJĄ OSOBY MOCNO UZALEŻNIONE NA TZW. DETOKS. Kolejny etap leczenia jest w ośrodku zamkniętym i na końcu terapia u nich na Greenpoincie. „Nikomu nie odmawiamy pomocy. Nie ma dla nas znaczenia twój status imigracyjny – czy jesteś legalnie w USA, czy też nie, czy masz ubezpieczenie, czy mówisz po angielsku, czy też na przykład wyłącznie po polsku. Dla nas jest ważne, że zwróciłeś się po pomoc lub ktoś z twoich bliskich cię do nas przyprowadził. Reszta już należy do nas. Honorujemy większość ubezpieczeń albo – jeśli ktoś nie ma ubezpieczenia – koszty sesji dopasowujemy do możliwości finansowych pacjentów” – tłumaczy Jill Mastrandrea, dyrektorka kliniki Outreach na Greenpoincie. Dodaje, że to jedyne tego typu miejsce w metropolii, gdzie pracuje tak wielu polskich terapeutów. “Nie mówisz po angielsku? Żaden problem, jak będziesz do nas dzwonić, powiedz tylko 'polski' i przełączymy cię do odpowiedniej osoby” – zapewnia dyrektorka greenpoinckiej kliniki. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, w którym momencie należy zwrócić się po pomoc dla siebie lub bliskich, ale już samo podejrzenie, że może się dziać coś złego, powinno być dla nas taką czerwoną lampką.

“Często powtarzający się scenariusz to: mąż nadużywa alkoholu, z tego powodu trudno jest mu dotrzymać różnych zobowiązań, ale oczywiście problemu nie widzi. Żona prosi, by zgłosił się po pomoc, on kategorycznie odmawia. W tym momencie wiele pań myśli, że są bezsilne. Nie jest to prawda. Mąż nie widzi potrzeby terapii? Przyjdźmy same. Nauczymy się wtedy, jak skutecznie radzić sobie z problemem uzależnienia w domu, jak wyznaczać zdrowe granice, co robić, a czego nie robić, by nie stracić szacunku do samej siebie. Częstym błędem jest sprzątanie po wybrykach męża, na przykład wrzucanie butelek do śmieci. Nie róbmy tego. Zostawił je przy łóżku, niech je rano zobaczy. Nie usprawiedliwiajmy męża przed szefem. Nie wstał do pracy? Niech tłumaczy się sam. Każda osoba nadużywająca alkoholu musi sama ponosić tego konsekwencje. Zamiatanie problemu pod dywan sprawi, że ten proces będzie się przedłużał. Co więcej, często też zdarza się, że jak przyjdzie do nas żona, to po pewnym czasie na terapię dołączy też partner” – tłumaczy terapeutka Marta Sokołowski. Zwyczajna grupa terapii uzależnień, do jakiej każdy z nas może dołączyć, w klinice, ma wielką moc. Poznajemy w niej zarówno osoby na progu uzależnienia, jak i te, które przeszły tę ciężką drogę, a teraz swoją postawą pokazują, że z nałogiem można wygrać, ale ten pierwszy krok należy do nas. 


KLINIKA OUTREACH MIEŚCI SIĘ PRZY 960 MANHATTAN AVE NA GREENPOINCIE. Numer telefonu – (718) 383 7200. Osoby mówiące wyłącznie po polsku mogą poprosić Adelę. Klinika, oprócz różnego rodzaju terapii, oferuje m.in. badania toksykologiczne, terapię indywidualną i grupową, zajęcia dla współuzależnionych, pomoc w leczeniu traumatycznych przeżyć, doradztwo dotyczące przemocy w rodzinie. Każdy pacjent ma zapewnioną anonimowość.

Autor: Anna Arciszewska