Będzie dużo wspomnień, wzruszeń i dobrej muzyki

6

Rozmowa z Jerzym Skrzypczykiem, współzałożycielem oraz liderem i perkusistą Czerwonych Gitar, zespołu, który niebawem koncertować będzie w metropolii nowojorskiej

Ostatni raz w Nowym Jorku gościliście w styczniu 2015 roku. Dwa miesiące później w Gdańsku, w mieście, w którym powstały Czerwone Gitary, hucznie świętowaliście pięćdziesięciolecie swojego istnienia.
Tę rocznicę faktycznie świętowaliśmy z dosyć dużą pompą, zwłaszcza jeżeli chodzi o główny, jubileuszowy koncert. Miał on miejsce w Filharmonii Bałtyckiej i zorganizowaliśmy go przy współudziale władz Gdańska. Wzięło w nim udział wielu różnych gości. Byli prezydenci wszystkich trzech trójmiejskich miast, czyli Gdańska, Gdyni i Sopotu. W oficjalnej części tej uroczystości otrzymaliśmy bardzo dużo listów gratulacyjnych i podziękowań wyłącznie z listem od pana prezydenta. Koncert ten trwał około czterech godzin i był on, jeżeli nie najdłuższym, to na pewno jednym z najdłuższych występów w historii zespołu Czerwone Gitary. Uroczystość ta połączona była jednocześnie z premierą naszej nowej płyty pt. „Jeszcze raz”. Na jubileuszu obecni byli prawie wszyscy muzycy, którzy w przeszłości współpracowali z Czerwonymi Gitarami i zechcieli świętować z nami 50-lecie działalności. Pojawili się m.in.: Wojciech Hoffmann, Dominik Kuta, Bernard Dornowski, Ryszard Kaczmarek, Jan Pospieszalski i Arkadiusz Malinowski. Niestety zabrakło Seweryna Krajewskiego, który nawet nie zareagował i nie odpowiedział na nasze zaproszenie, co było trochę smutne i przykre. Dużym zaskoczeniem dla publiczności był udział w koncercie ponad 20-osobowej grupy uczniów z zaprzyjaźnionej z nami szkoły podstawowej nr 16 w Gdańsku. Wraz z nimi zaśpiewaliśmy piosenkę „Pluszowe niedźwiadki”, która okazała się jednym z największych hitów tego jubileuszowego koncertu.

Czy podczas koncertów w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych będziecie w jakiś sposób nawiązywać do tego jubileuszu? Pytam o to, ponieważ jest wasza pierwsza trasa po obchodach związanych z 50-leciem działalności.
Repertuar, który zaprezentujemy podczas trasy po Ameryce Północnej, będzie przekrojem naszej 50-letniej działalności. W związku z tym automatycznie będzie to nawiązanie do jubileuszu. Poza tym jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że mamy około 290 piosenek, dlatego też mamy, w czym wybierać. W dodatku, żeby było jak najwięcej tych przebojów, to przygotowaliśmy dwa bloki, w których prezentujemy nieco skrócone wersje tych piosenek, aby zagrać ich jak najwięcej.

Czyli będzie to taka podróż muzyczna po całej twórczości Czerwonych Gitar?
Zaprezentujemy wiele popularnych i znanych przebojów, ale pojawi się również kilka nowych piosenek, które w znaczący sposób zaistniały w polskich rozgłośniach, jak np.: „Senny szept”, „Lecz tylko na chwilę”, czy też „Czerwona gitara”. Te nowości, które pojawiają się w czołówkach list przebojów świadczą o tym, że nasz zespół ciągle działa i tworzy przeboje oraz zdobywa złote płyty.

Wspominałeś o tym, że na jubileuszowym koncercie zabrakło Seweryna Krajewskiego, więc wynika z tego, że skoro nie pojawił się on na tak ważnym wydarzeniu, to raczej nie ma już szans na to, żeby kiedykolwiek zechciał zakończyć te animozje, jakie pojawiły się pomiędzy nim a Czerwonymi Gitarami.
Seweryn sam decyduje o swoich poczynaniach i to on odpowiada za swoje postępowanie. My nie możemy w to ingerować. Jedynie co możemy, to próbować go zapraszać, żeby gdzieś wspólnie zaistnieć, ale też nie możemy tego robić na siłę. Ja, podejmując się prowadzenia zespołu, jestem w nieco rozdarty, bo muszę pamiętać o przeszłości, ale również nie mogę zapominać o teraźniejszości i o przyszłości. W związku z tym to moje wewnętrzne rozbicie ma bardzo szerokie spektrum.

Patrząc retrospektywnie na 53 lata działalności zespołu, który na pewno przeżywał wzloty i upadki – bo to jest normalne, zwłaszcza podczas tak długiej działalności – czy coś zmieniłbyś w funkcjonowaniu Czerwonych Gitar lub też w swoim podejściu do muzyki i życia na scenie?
Podejmując się kontynuacji działalności Czerwonych Gitar musiałem liczyć się z pewnym ryzykiem. Gdy odszedł Krzysztof Klenczon, to mówiono, że jest już po zespole. Gdy odszedł Seweryn Krajewski, słyszeliśmy głosy, że to jest już nasz totalny koniec, że Czerwone Gitary nie mają żadnych szans na dalsze istnienie. Dlatego też trzeba było podejść do tego w sposób ostrożny i przemyślany. Jakakolwiek próba odejścia od stylu Czerwonych Gitar mogła wiązać się z ryzykiem utraty naszych stałych sympatyków i nie dawała żadnej gwarancji pozyskania nowych. Dlatego staramy się, aby nasze nowe piosenki miały przyswajalną linię melodyczną i były zbliżone w klimacie do tych, które powstały w przeszłości. Okazało się, że ta muzyka, która pobrzmiewała kiedyś, oraz ta, która powstała w ostatnim czasie, a także nowe piosenki, mogą się świetnie uzupełniać. W tej chwili mamy już wypełniony cały terminarz koncertowy, aż do końca września. Co prawda w okresie letnim gra się w Polsce dużo koncertów plenerowych, na które ludzie przychodzą za darmo i wówczas zawsze są tłumy, ale my poza okresem wakacyjnym gramy również dużo koncertów biletowanych w halach, teatrach i filharmoniach, które są wypełnione publicznością. A to, że ludzie chcą kupować bilety na koncerty, jest wykładnikiem popularności danego wykonawcy i akceptacją jego pracy.

Koncerty Czerwonych Gitar
piątek, 6 kwietnia, godz. 8 wiecz.:
Kościół pw. Niepokalanego Serca Maryi Panny w Mahwah, NJ
sobota, 7 kwietnia, godz. 8 wiecz.
New Britain High School w New Britain, CT
niedziela, 8 kwietnia, godz. 2:30 ppoł.
Polsko-Amerykańskie Centrum Kulturalne w Passaic, NJ
niedziela, 8 kwietnia, godz. 7 wiecz.
Polski Dom Narodowy „Warsaw” na Greenpoincie, NY

Czerwone Gitary są zespołem, który łączy pokolenia zarówno wśród publiczności, jak i na scenie, jeżeli chodzi o muzyków. Powiedz w czym, twoim zdaniem, tkwi sukces waszej popularności mimo upływających lat, zmieniających się trendów w muzyce, a także zmian personalnych w zespole?
O tym, że Czerwone Gitary łączą pokolenia, mówiło się już bardzo dawno, natomiast podejmując się kontynuacji działalności zespołu, postanowiliśmy również połączyć pokolenia wśród muzyków na scenie. I to jest kolejny pomysł Czerwonych Gitar, jeżeli chodzi o naszą dalszą egzystencję. W momencie, w którym obchodziliśmy jubileusz 50-lecia, co miało miejsce trzy lata temu, postanowiliśmy pójść dalej i zdecydowaliśmy, że naszym następnym krokiem będzie promowanie młodych i zdolnych muzyków, którzy pojawią się gdzieś tam na naszej drodze lub są w zasięgu naszego słuchu i wzroku. I zaczęliśmy już to wprowadzać w życie, w związku z tym do Stanów Zjednoczonych przyjedziemy z jedną lub z dwiema takimi utalentowanymi osobami. Myślę tu o gitarzyście, który nagrał już trzy solowe instrumentalne płyty i nazywa się Marek Jabłoński. Ma on bardzo wysokie notowania, jeżeli chodzi o recenzje jego gry na gitarze. Drugą osobą jest perkusista Artur Żurek, który został już na tyle zauważony przez środowisko muzyczne, że nawet jedna z młodych grup zwróciła się do niego z propozycją współpracy. Właśnie takie mamy założenie, żeby wypromować zdolnych muzyków, a jeżeli ktoś się nimi zainteresuje i propozycja ta będzie warta uwagi, to my absolutnie nie będziemy mieli nic przeciwko temu, żeby te osoby zmieniły zespół. Wówczas będziemy na ich miejsce szukać kolejnych muzyków, których w podobny sposób będziemy starali się wypromować, by skrócić ich drogę oczekiwania na popularność. Czerwone Gitary grają dla wielomilionowej publiczności, w związku z tym prawdopodobieństwo, że ktoś takiego muzyka zobaczy, jest znacznie większe, niż gdyby tylko on sam próbował się gdzieś pojawiać. I to jest nasze założenie, i nasz cel.

W ciągu 53 lat działalności wylansowaliście około 290 piosenek. Czy macie jakiś specjalny przepis na tworzenie przebojów, czy to po prostu przychodzi samo z siebie?
Moim zdaniem tworzenie przebojów wiąże się z talentem i umiejętnością pisania piosenek oraz ich logiką. Bardzo ważnym elementem jest również tekst. Uważam jednak, że nie ma przepisu na sukces, bo zawsze się można pomylić. Oceniając nową piosenkę, w przybliżeniu mogę przewidzieć, czy ona będzie przebojem, czy też nie. Najczęściej jest to zgodne z moimi oczekiwaniami, ale zdarzają się przypadki, że niekoniecznie tak się dzieje.

Z przebojami wiąże się również publiczność, której wam, mimo upływu lat, nie ubywa. Wasze występy, również te w Nowym Jorku, cieszyły się i nadal cieszą się dużą popularnością. Bilety są wyprzedane, sale są pełne i ta tendencja chyba się nie zmieniła od początku waszej działalności. A jak to jest z samą publicznością? Czy obecni wielopokoleniowi fani Czerwonych Gitar różnią się od tych z lat 60. i 70.? Czy wy, jako artyści, patrząc na widownię ze sceny postrzegacie ją w jakiś inny sposób, zauważacie jakąś różnicę?
Nie zauważam, żeby ta publiczność była inna, żeby się czymś różniła. Wydaje mi się, że jeżeli to, co wykonuje zespół, jest szczere i przyswajalne, to widownia zawsze powinna być przyjazna. Wspomniałeś o naszych koncertach w Nowym Jorku. My zawsze – i proszę nie traktować tego, jako przymilanie się publiczności – z prawdziwą radością występujemy na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. W Nowym Jorku fani jeszcze nigdy nas nie zawiedli i zawsze przyjmowani byliśmy znakomicie, niezależnie od tego, czy graliśmy dla siedzącej czy stojącej widowni – i za to serdecznie dziękujemy. A skoro jesteśmy przy Polonii, to wspomnę się, że niedawno graliśmy super koncert w Essen w Niemczech dla sześciotysięcznej publiczności, a w czerwcu jedziemy do Wiednia. Tak więc, jak widać, gramy dużo dla Polonii, która zawsze i wszędzie jest bardzo miła. Dlatego też do Stanów Zjednoczonych zawsze jedziemy z prawdziwą przyjemnością.

Ta popularność wśród publiczności nie mija praktycznie od początku waszej działalności w latach 60., kiedy to była ona porównywalna do tzw. beatlemanii. Obecnie, po pięcu dekadach waszej działalności, zaczęto mówić, że długowiecznością zespołu gonicie grupę The Rolling Stones. Natomiast wcześniej pod względem popularności określono was jako „polskich Beatlesów”. Czy wówczas, w latach 60. i 70., takie porównanie wam schlebiało, czy też raczej was denerwowało?
Trudno jest mi wypowiadać się za kolegów, ale ja, patrząc na to z perspektywy czasu, uważam, że Beatlesi bardzo nam pomogli w zdobyciu popularności w owym czasie. To przede wszystkim dlatego, że zespół ten był tak popularny w latach 60., że praktycznie każdy kraj chciał mieć „swoich” Beatlesów. I uważam, że Czerwone Gitary w pewien sposób wyszły naprzeciw temu zapotrzebowaniu. Byliśmy grupą ludzi, którzy opierając się na popularności Beatlesów, stworzyli w Polsce pierwszy zespół wokalno-instrumentalny tzn., że podczas występów na scenie nie było konferansjera, solistów oraz grupy akompaniującej, tylko wszyscy artyści grali, śpiewali i prowadzili koncert. Poza tym nasze instrumentarium było bardzo podobne do Beatlesów oraz pisaliśmy swoje piosenki i teksty podobne do nich, mimo że początkowo graliśmy również inny repertuar. Z biegiem czasu powstał nawet duet kompozytorski Seweryn Krajewski – Krzysztof Klenczon, podobny do tego, jaki w Beatlesach tworzyli Paul McCartney i John Lennon. Podobnie też do nich ubieraliśmy się, nasze kostiumy były w tym samym fasonie oraz kolorystyce i to były kolejne analogie. Zresztą było ich więcej, aż do tej smutnej, związanej ze śmiercią Johna Lennona i Krzysztofa Klenczona.

Było także inne porównanie: Ringo Starr – Jerzy Skrzypczyk. Poza tym Czerwone Gitary otrzymały również podobną nagrodę jak grupa The Beatles na targach Midem w Cannes, zresztą w tym samym czasie.
Ta nagroda to był taki wspólny mianownik pomiędzy nami a Beatlesami, bowiem była ona przyznana za największą liczbę płyt sprzedanych przez danego wykonawcę w jego kraju. Oczywiście Beatlesi byli wtedy grupą światową, a my byliśmy popularni tylko w Polsce i w krajach obozu demokratycznego. Na początku określano nas mianem „polscy Beatlesi”, a później przylgnęła do nas nawet nazwa „Beatlesi Wschodu”, co już było takim bardzo dużym wyróżnieniem, bo porównywanie do takiej światowej gwiazdy było czystą przyjemnością. Jeżeli mogę sobie pozwolić na malutki żart, to szkoda, że Beatlesów nie nazywano „angielskimi Czerwonymi Gitarami”. A ta nagroda, o której wspomniałeś, została nam wręczona na Festiwalu Midem, w Cannes we Francji i był to marmurowy krążek przypominający płytę. Niestety Beatlesów wtedy nie było i szkoda, bo być może udałoby nam się wówczas spotkać, był natomiast ich przedstawiciel, który tę nagrodę odebrał.

Powróćmy może do tego porównania Jerzego Skrzypczyka do Ringo Starra. Wiem, że ty nawet miałaś perkusję dokładnie taką samą jak on.
Mieliśmy obaj podobne, „jajcarskie” osobowości, chociaż trochę posmutniałem, kiedy dowiedziałem się, ile kosztują takie bębny. Ale co tam – musiałem mieć taki sam instrument jak Ringo, i już. I tak stałem się posiadaczem perkusji marki Ludwig, za którą zapłaciłem 65 tys. zł, zarabiając za koncert 240 zł. Tak więc musiałem zagrać blisko 300 koncertów, żeby kupić sobie tę perkusję, ale jednak ją zdobyłem i to było najważniejsze. Mam ją do dzisiaj, jest to instrument wyprodukowany w 1964 roku. Na marginesie, w moich zbiorach znajduje się również inna unikatowa perkusja – Tama Spartan. Unikatowa, bo tych instrumentów wyprodukowano tylko 50, każdy z nich posiada specjalny certyfikat, a ich nakład dawno się wyczerpał. Niestety nie zabieram jej na koncerty, ponieważ są to metalowe bębny, ozdobione kryształkami Swarovskiego i boję się, że podczas transportu mogą się zniszczyć. Trzymam tę perkusję w studiu i na niej sobie ćwiczę.

Skoro jesteśmy perkusji, to myślę, że warto wspomnieć, że w roku ubiegłym znalazłeś się w gronie 101 najważniejszych polskich bębniarzy wszech czasów, w rankingu sporządzonym przez magazyn „Perkusista”.
Było to bardzo przyjemne zestawienie, dlatego że najczęściej perkusiści grają tylko na instrumencie, nie udzielają się wokalnie, ani nie zajmują się konferansjerką. Ja jestem perkusistą, który również śpiewa, a także prowadzi koncert, dlatego patrząc na te aspekty, ranking ten jest dla mnie większym wyróżnieniem niż dla innych perkusistów.

Mam nadzieję, że podczas koncertu w Polskim Domu Narodowym „Warsaw” na Greenpoincie również coś dla nas zaśpiewasz. Czego fani Czerwonych Gitar mogą się spodziewać po waszej amerykańskiej trasie?
Chciałbym zwrócić uwagę na to, że obecnie Czerwone Gitary mają w składzie bardzo sprawnych muzycznie artystów, tzn. takich, którzy potrafią nadać wysoki poziom naszym występom. Myślę, że na tych koncertach będzie dużo wspomnień, wzruszeń, radości i dobrej, dynamicznej muzyki, sporo przebojów oraz trochę nowych piosenek, a reszta będzie zależała od integracji publiczności z nami. Jak do tej pory, zawsze było fantastycznie. Jesteśmy przekonani, że tym razem też tak będzie. Mam nadzieję, że na tych koncertach każdy znajdzie coś dla siebie, coś, co go wzruszy albo wyzwoli w nim nieprzewidywalne emocje. Mogę również zdradzić, że w Nowym Jorku na pewno zagramy jedną premierową piosenkę, która bardzo dobrze jest przyjmowana na występach w Polsce i mam nadzieję, że podobnie będzie u was.

W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać na wasz przyjazd do Stanów Zjednoczonych i na koncerty w Nowym Jorku. Kończąc naszą rozmowę chciałbym w imieniu swoim i czytelników „Nowego Dziennika” życzyć całemu zespołowi: zdrowych, spokojnych i radosnych świąt wielkanocnych.
Dziękuję bardzo w imieniu całego zespołu Czerwone Gitary i również życzę wszystkim czytelnikom „Nowego Dziennika” oraz naszym fanom najpiękniejszych świąt wielkanocnych. 

Autor: ROZMAWIAŁ: WOJTEK MAŚLANKA