Biba – polska oaza w krainie hipsterów

53

Williamsburg, a zwłaszcza jego północne rejony graniczące z Greenpointem oraz zlokalizowane na nabrzeżu Wschodniej Rzeki od dłuższego już czasu zmieniają się pod względem demograficznym, a także kulturowym i obyczajowym. Tereny, które od dawna zamieszkane były przez Polaków i Portorykańczyków, w ostatnich latach zostały zdominowane przez hipsterów oraz bogatych Amerykanów. W miejscu wielu starych, małych domków wybudowano wysokie apartamentowce, z równie wielkimi czynszami.

W tej mekce nowobogackich można znaleźć jeszcze kilka polskich oaz, które wyglądają w niej jak rodzynki w cieście. Jedną z nich jest Biba – polski lokal, a właściwie budynek, znajdujący się na nabrzeżu Williamsburga, w dodatku na terenie parku stanowego – East River State Park – z pięknym widokiem na wschodnią stronę Manhattanu. Nic więc dziwnego, że od lat zarówno inwestorzy, jak i władze miejskie, a także stanowe chciały wykupić ten kawałek ziemi z rąk polskiego właściciela.

MIGRACJA POLAKÓW
Przyczyną ucieczki Polaków z tej części Williamsburga był – mający miejsce kilka lat temu – gwałtowny wzrost cen nieruchomości, a także wiążąca się z tym szybka zmiana demograficzno-kulturowa, jaka nastąpiła wraz z napływającą falą nowobogackich oraz hipsterów. Wysokie ceny budynków i gruntów kusiły ich właścicieli do sprzedaży nieruchomości i migracji w inne, zdecydowanie tańsze i spokojniejsze dzielnice Nowego Jorku, jak Ridgewood, Maspeth czy też Middle Village, lub nawet powrotu do Polski, gdzie za otrzymane pieniądze można było nie tylko kupić nowy dom, lecz także odpowiednio się urządzić i spokojnie żyć z oszczędności.

„Domy, które kiedyś można było tutaj kupić za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, po dziesięciu czy piętnastu latach osiągnęły cenę powyżej półtora miliona dolarów, tak więc wielu Polaków będących ich właścicielami skorzystało z nadarzającej się okazji do sprzedaży i wyjazdu do innych dzielnic lub nawet do Polski – mówi Marek Nagawiecki, właściciel Biby. – Na Ridgewood czy Maspeth można było za jedną trzecią tej ceny kupić piękny dom, poza tym wielu z nich wróciło po latach do Polski” – wyjaśnia Nagawiecki, który zajmuje się również obrotem nieruchomościami.

Podobna tendencja ostatnio panuje również na Greenpoincie. Inwestorzy i deweloperzy wykupują ziemię oraz stare nieruchomości i w tych miejscach budują duże apartamentowce oraz kondominia, w wyniku czego pojawia się tu coraz więcej nowych ludzi. „Do niedawna byliśmy większością na Greenpoincie oraz części Williamsburga bezpośrednio z nim graniczącej. Teraz jesteśmy zdecydowaną mniejszością. To samo dotyczy klubów, sklepów i różnych organizacji” – twierdzi Nagawiecki.

BIBA JAK WÓZ DRZYMAŁY
Marek Nagawiecki, niczym legendarny Michał Drzymała, musiał przez wiele lat walczyć o swoją posiadłość. Co prawda nie był to spór z administracją Królestwa Prus czy też z postępującą germanizacją – jak w przypadku Drzymały – ale jednak spór bardzo podobny. Była to wieloletnia walka z kuszącymi, wielomilionowymi propozycjami finansowymi składanymi przez różnych inwestorów, którzy chcieli wykupić jego nieruchomość, a przede wszystkim z władzami i administracją miejską oraz stanową.

„Pod koniec kadencji Rudolpha Giulianiego był pomysł zorganizowania w Nowym Jorku letniej olimpiady, wtedy miasto chciało mnie wywłaszczyć na zasadzie 'wyższej konieczności' – tzw. eminent domain. Według ich planów miały tutaj powstać obiekty sportowe. I wtedy pewnie by im się to udało, ale na moje szczęście Komitet Olimpijski na organizatora igrzysk wybrał konkurencyjny Londyn i plany te legły w gruzach – opowiada Nagawiecki. – Prócz tego niejednokrotnie kuszono mnie niesamowitymi stawkami za moją nieruchomość. Jednak byłem nieugięty”.

Wyjątkowości całej sprawie nadaje fakt, że obecnie Biba znajduje się na terenie parku stanowego, a poza tym jej właściciel ma do dyspozycji około dwóch tysięcy stóp kwadratowych ziemi należącej do East River State Park. „Podczas tych wszystkich spraw sądowych dotyczących własności ziemi, na której znajduje się moja posesja, okazało się, że firma skupująca grunty pod powstający park myślała, że wykupiła cały ten teren. Po powstaniu parku okazało się, że jego część należy do mnie – opowiada z rozrzewnieniem właściciel Biby. – Później władze stanowe dodatkowo wydzierżawiły mi trochę terenu na działalność plenerową”.

Dzięki odpowiednim porozumieniom i współpracy obecnie właściciel Biby współorganizuje wiele imprez w East River State Park.

SKĄD SIĘ WZIĘŁA BIBA?
Mimo że słowo „biba” w języku potocznym oznacza dobrą i wesołą zabawę lub imprezę, to jednak nazwa lokalu stojącego na nabrzeżu Wschodniej Rzeki ma zupełnie inną genezę. „Nazwa pochodzi od kultowego miejsca, jakie znajdowało się w Londynie na Kensington High Street. Był to salon mody prowadzony przez, mieszkającą obecnie w Miami, Barbarę Hulanicki – wyjaśnia Marek Nagawiecki. – W latach 70. ściągały tam wszystkie gwiazdy. Gdy tuż po wyjeździe z Polski pierwszy raz odwiedziłem to miejsce, od razu zrobiło na mnie wielkie wrażenie, bowiem spotkałem tam na zakupach Micka Jaggera z kolegami z Rolling Stones. Dlatego mam wielki sentyment do tej nazwy” – wspomina właściciel Biby.

DZIAŁALNOŚĆ BIBY
Biba nie jest typowym lokalem restauracyjnym czy też pubem, a odbywające się tam spotkania są z reguły imprezami zamkniętymi lub połączonymi z wydarzeniami odbywającymi się w East River State Park i przygotowywanymi przez organizacje miejskie lub stanowe. W dodatku nazwa ta kojarzona jest również z całym budynkiem, w którym znajdują się także pomieszczenia biurowe; swoją siedzibę ma tam m.in. organizacja non-profit Neighbors Allied for Good Growth. „Nie mam już zdrowia i ochoty na prowadzenie lokalu czynnego codziennie do późnych godzin nocnych. A to głównie ze względu na ewentualne rozróby, bójki czy też kłótnie. Dlatego zdecydowałem się na zamknięte imprezy” – wyjaśnia Nagawiecki. Do tej pory w Bibie odbyło się również wiele spotkań organizacji miejskich, społecznych oraz akcji charytatywnych. „Kilka razy swoje spotkania organizował Ryszard Mazur z North Brooklyn Development Corporation, bezpłatnie udostępniłem lokal na przeprowadzenie ostatniego Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, niedawno odbyły się tutaj duże targi sosów – Hot Sauce Expo – a poza tym na tarasie w weekendy organizujemy sprzedaż antyków oraz flea market – wylicza właściciel lokalu. – Zawsze staram się, by podczas tych imprez był jakiś polski akcent, czy to poprzez udział polonijnych firm, czy też polskich produktów oferowanych przez Adambę oraz Bacika. Chcę pokazać wszystkim dookoła, że jest jeszcze trochę polskości w tym rejonie” – zaznacza Nagawiecki.

W najbliższym czasie na terenie Biby oraz parku stanowego zostanie zorganizowane bezpłatne letnie kino. „Chciałem w tym miejscu zrobić przegląd dobrych polskich filmów, lecz, niestety, nie udało mi się tego przeforsować przez władze stanowe, które w zamian zaproponowały wspólną organizację kina letniego” – powiedział Marek Nagawiecki.

W letnie wieczory na wolnym powietrzu będzie można zobaczyć m.in. takie filmy, jak „Despicable Me”, „Life of Pi”, „Hugo”, „The Artist”, „Up” oraz „Skyfall”.

Prócz pokazów w ramach letniego kina właściciel Biby będzie na dużym ekranie przeprowadzał transmisje rozgrywek w tenisa oraz meczów piłki nożnej. Poza tym planowane są zawody sportowe, koncerty jazzowe i fortepianowe. „Myślę o wieczorach z muzyką Chopina, a także o zorganizowaniu koncertu Michała Urbaniaka, i cały czas staram się o pozwolenie na pokazy polskich filmów, również dla dzieci. Poza tym będą targi piwne, ze szczególnym naciskiem na polskie marki, jak Warka i Żywiec, a kilka dni temu otrzymałem od władz stanowych zgodę na organizację w parku festiwalu jazzowego. Pierwsza edycja Williamsburg Jazz Festiwal, z udziałem polskich jazzmanów, odbędzie się jesienią” – zdradza swoje plany Nagawiecki.

WŁAŚCICIEL BIBY
Marek Nagawiecki jest osobą bardzo skromną i unikającą rozgłosu, niechętnie pojawia się na rautach i balach, dlatego niewiele się o nim mówi w środowisku polonijnym. Również sam jest bardzo oszczędny w słowach, gdy ma powiedzieć coś o sobie. Obrońca polskości w krainie hipsterów mieszka i prowadzi działalność gospodarczą w okolicach Kent Avenue i North 8 Street na Williamsburgu od 1976 roku. Gdy kupował grunty, na których wybudował swoją nieruchomość, w miejscu tym znajdowało się wysypisko śmieci, a dookoła były opuszczone tereny kolejowe. Poza tym ta część Brooklynu była bardzo niebezpieczna i często dochodziło tam do rozbojów, napadów, a nawet śmiertelnych bójek. Z biegiem czasu okolica zaczęła się zmieniać, aż w końcu stała się jednym z najdroższych i najbardziej atrakcyjnych terenów w Nowym Jorku.

„Gdy kupowałem tutaj ziemię, ludzie się ze mnie śmiali – wspomina Nagawiecki, który początkowo w tym miejscu zorganizował siedzibę swojej firmy budowlanej. – Prowadziłem przez dłuższy czas firmę kontraktorską, która cieszyła się bardzo dużym poważaniem, i zatrudniałem kilkaset osób. Nawet swego czasu wygrałem konkurs na najlepsze architektoniczne wykończenie budynku” – wspomina właściciel Biby. Poza tym zajmuje się handlem nieruchomościami, a przed laty prowadził i wspierał działalność klubu piłkarskiego Polonia Greenpoint.

Marek Nagawiecki aktywnie działa również w Polsce, a zwłaszcza w rejonie skąd pochodzi – w Zawadzie koło Dębicy. Przed wielu laty był piłkarzem oraz zapaśnikiem w Wisłoce Dębica, klubie założonym przez jego dziadka Stanisława Nagawieckiego. Teraz jest właścicielem dziecięcego klubu sportowego w Zawadzie. W tej miejscowości ma także gospodarstwo rolne i pałac, który bardzo ucierpiał podczas powodzi, która miała miejsce w województwie podkarpackim trzy lata temu. Jest bardzo wyczulony na wszelkie przekłamania i oszczerstwa, jakie pojawiają się na temat Polski w środowisku amerykańskim. Poza tym jako patriota dba o język polski, a jego dzieci – mimo że urodzone w Stanach Zjednoczonych – pięknie się nim posługują. „Często jeździmy do Polski, a przede wszystkim starałem się od ich najmłodszych lat wpajać ducha polskości oraz nauczyć ich posługiwać się językiem polskim” – wyjaśnia obrońca polskości na Williamsburgu.

Autor: Wojtek Maślanka