Bierzesz psychotropy? Upewnij się, że są ci niezbędne!

0
115

Marzena wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych ponad 20 lat temu. Zgodziła się na rozmowę, ale prosi, by nie podawać jej nazwiska, bo rodzina w Polsce nie ma pojęcia o większości kłopotów, z jakimi mierzy się na emigracji. Na przykład związek z alkoholikiem. “W końcu postawiłam warunek – albo pójdziemy do lekarza, albo z nami koniec. Trafiliśmy do polonijnego psychiatry, polecanego przez znajomych. To było wiele lat temu i z tego co wiem, ten pan nie prowadzi już praktyki. Może i dobrze. Narzeczony dostał receptę na leki wyciszające. Miał je zażywać zamiast wódki. Ja też dostałam, ale psychotropy, bo lekarz stwierdził, że jestem nadmiernie pobudzona. Zaufałam mu i zaczęłam je łykać. Po kilku dniach pojawiały się potworne sny, później powoli wszystko stawało mi się obojętne: czy pójdę do pracy, czy zjem śniadanie, czy usłyszę od partnera miłe słowo, czy on w ogóle jest ze mną” – opowiada Marzena.

Po miesiącu poszła do swojej lekarki rodzinnej. “Gdy zobaczyła, co łykam, złapała się za głowę i kazała natychmiast odstawić tabletki. Nie mogła się nadziwić, że po 20 minutach rozmowy w gabinecie ktoś przepisał mi tak silnie uzależniające leki” – mówi Polka. To było 15 lat temu. Kolejny raz psychotropy zaczęła łykać dwa lata temu. Powodem ich przepisania była depresja związana z chorobą nowotworową i przyjmowaniem chemoterapii. “Myślę, że wtedy te leki były mi potrzebne. Zresztą byłam pod stałą opieką zarówno psychologa, jak i psychiatry. Do tej pory jestem i do tej pory mam przepisywane silne medykamenty, ale nie wszystko łykam. Natomiast muszę je co miesiąc pobierać z apteki. Taki jest warunek utrzymania renty. Kiedyś zapomniałam o jednym antydepresancie i lekarka podczas kolejnej wizyty zapytała, co się stało? Okazało się, że do jej gabinetu zadzwonił przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej i zgłosił, że nie wykupiłam leków” – opowiada Marzena.

DEPRESJA? NA PEWNO?

Napisać, że w ciągu ostatnich 20 lat zażywanie antydepresantów “wzrosło”, to tak jakby powiedzieć, że cukier jest “trochę” słodki. Jak pokazują statystyki publikowane w kolejnych pismach medycznych, mamy do czynienia z plagą. Amerykanie garściami łykają leki na wyciszenie, uspokojenie, zobojętnienie… Co dziesiąty mieszkaniec USA regularnie sięga po antydepresanty. Jeśli chodzi o kobiety, to co czwarta pani między 40. a 50. rokiem życia żyje na takich tabletkach. Najczęstszą przyczyną jest depresja lub stan “depresyjnopodobny”, a jego powodem codzienne życie – zmaganie się z finansami lub kłopoty rodzinne. Telewizyjne reklamy wręcz zachęcają do sięgania po tabletki, za które płaci ubezpieczenie. Co ciekawe, często się zdarza, że w tym samym planie, który funduje pacjentom psychotropy, nie ma przewidzianych wizyt u psychoterapeuty, a jeśli – to najwyżej godzina w miesiącu. Najbardziej alarmujące są dane mówiące o tym, że w wielu przypadkach bardzo silnie uzależniające leki na depresję są przepisywane osobom, które z tą chorobą nie mają nic wspólnego. Donosi o tym chociażby czasopismo “Psychotherapy and Psychosomatics”. W jednym z ostatnich numerów można przeczytać o ciekawym badaniu. Eksperci wzięli pod lupę pięć tysięcy losowo wybranych pacjentów, u których wcześniej zdiagnozowano depresję, a co za tym idzie – mają przepisane psychotropy. Okazało się, że aż dwie trzecie z nich nie ma objawów tej choroby, opisanych w biblii psychiatrów, czyli podręczniku wydawanym przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne “Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders”.

Najbardziej narażeni na złą diagnozę są pacjenci powyżej 65. roku życia. Sześciu na siedmiu wychodzi od lekarzy z receptą zawierającą leki na depresję. Tymczasem zdecydowana większość może być wyleczona za pomocą zwykłej psychoterapii – bez medykamentów. Zwracają na to uwagę także polonijni eksperci. “Często się zdarza, że lekarze pierwszego kontaktu lekką ręką przepisują leki, które są przeznaczone dla osób z ciężką depresją, a nie dla takich, którym z określonych powodów jest smutno i którzy mają prawo do tego smutku, bo na przykład rozstali się z partnerem” – zauważa psychoterapeutka Anna Twardoń, która od ponad 16 lat pomaga pacjentom pokonać m.in. depresję, stany lękowe czy uzależnienie od alkoholu. – Mówienie, że wyłącznie psychoterapia jest skuteczna lub że tylko tabletka pomoże, jest błędem, bo w wielu przypadkach dopiero połączenie tych dwóch metod daje wymierne skutki. Natomiast na pewno jest tak – i widać to także wśród polonijnej społeczności – że pacjenci podczas wizyty u lekarza rodzinnego zostają zdiagnozowani jako osoby wymagające co najmniej tabletek na uspokojenie, łącznie z tak silnie uzależniającym xanaxem. Scenariusz zazwyczaj jest taki sam: pacjent przyznaje, że był u swojego lekarza, skarżył się, że czuje się przygnębiony i smutny, doktor przepisał więc lek, by się lepiej zasypiało, by się lepiej pracowało. Następnie dany pacjent sprawdził w internecie, co to za medykament, i okazało się, że jest to silny antydepresant, dlatego, trochę przestraszony, przychodzi do mnie z pytaniem, czy na pewno musi go brać. W wielu przypadkach okazuje się, że nie. Regularna praca z terapeutą wystarcza” – zaznacza Anna Twardoń.

“AMERYKA ŻYJE DZIĘKI TABLETKOM”

Szacuje się, że ponad 72 miliony Amerykanów po 18. roku życia zażywa jakiś rodzaj leku stymulujący pracę mózgu. Najczęściej na uspokojenie. “Nie można powiedzieć, że to jest tylko sprawka lekarzy, którzy przepisują więcej leków, ale też sami pacjenci przychodzą do gabinetów i żądają drogi na skróty, to znaczy tabletki na już. Nie są zainteresowani wizytami u terapeutów” – uważa dr Ramin Mojtabai, profesor w Johns Hopkins Bloomberg School of Public Health. – Uczucie smutku, przygnębienia czy stres zazwyczaj nie będzie trwał długo i po kilku dniach, może tygodniach, minie. Amerykanie nie lubią czekać i nauczyli się rozwiązywać swoje problemy za pomocą tabletek” – dodaje dr Mojtabai. Wtóruje mu Dorota Reynoso, terapeutka z kliniki Outreach na Greenpoincie. “Ameryka żyje dzięki tabletkom. To jest kraj, w którym pigułka jest rozwiązaniem na wszystko. Nie chodzi tylko o tabletki psychotropowe. Plaga dotyczy też medykamentów przeciwbólowych, od których uzależniają się już coraz młodsze osoby. A jak nie mogą ich dostać legalnie, to zaczynają przyjmować heroinę. Uzależnienie od tego narkotyku to poważny problem chociażby na Greenpoincie” – zwraca uwagę terapeutka. Podkreśla, że nie każdy lek uspokajający jest tak samo groźny. Jest wiele leków nowej generacji, które nie mają aż tak wielu skutków ubocznych i nie uzależniają tak bardzo. Pytanie tylko, który z nich zostanie przepisany pacjentowi i czy naprawdę jest mu potrzebny. W wielu wypadkach wystarczy się po prostu wygadać.

SMUTEK TO NIC ZŁEGO

Łykanie tabletek stało się modne – podkreślają eksperci. Zadbały o to firmy farmaceutyczne, które czerpią miliardowe zyski z karmienia ludzi pastylkami. Nie tylko związanymi z problemami psychicznymi. Prawie 60 proc. mieszkańców USA regularnie sięga po leki wypisywane na receptę. Najczęściej w domowej apteczce – oprócz tych na uspokojenie – lądują tabletki przeciwbólowe czy na nadciśnienie.
Część lekarzy zwraca uwagę na jeszcze jeden problemem. Otóż, jak na ironię, często zdarza się, że pacjenci, którzy powinni być leczeni antydepresantami, nie zażywają ich. “Osoba naprawdę cierpiąca na depresję trafia do lekarza po, średnio, ośmiu latach od wystąpienia pierwszych objawów. Taka jest właśnie rzeczywistość w USA” – uważa dr Mark Olfson, profesor psychiatrii klinicznej na Columbia University w Nowym Jorku. Podkreśla też, że demonizowanie leków psychotropowych nikomu nie służy. – Podstawą jest ich odpowiednie przepisanie. Nie wolno ich na przykład zastosować do leczenia domowego, gdy pacjent wykazuje myśli samobójcze i zostawić go samego lub jako balast dla rodziny”.

Z czym mierzą się polonijni pacjenci? “Zwykłe problemy emigranta, na przykład ktoś jest tutaj od niedawna i jest przytłoczony wieloma nowymi rzeczami. Separacja od rodziny, język, nowi znajomi lub ich brak. Sprawy oczywiste, kiedy pojawia się zmiana. Jeśli mamy taką tendencję psychologiczną, to możemy zareagować w sposób lękowy i często jest to reakcja, która nie jest patologiczna. To, że ktoś się martwi, że ktoś czuje niepokój, to wcale nie musi być nic patologicznego. To jest absolutnie zdrowa reakcja. Czasem po prostu nie mamy umiejętności radzenia sobie z tym. Podobnie żałoba po śmierci kogoś bliskiego, ale też żałoba związana ze stratą kraju, znajomych osób. Ktoś powie – jesteś w depresji, weź tabletkę. Podczas gdy lepiej byłoby o tym porozmawiać. Być może ta reakcja wcale nie wymaga leczenia psychiatrycznego, a więc i tabletek. Ja nie znam leku psychotropowego, który nie jest poważny, czyli nie ma określonych skutków ubocznych. Wprawdzie są to leki nowej generacji, nie takie jak 20 czy 30 lat temu. Często przynoszą dużo większą korzyść niż ryzyko, ale – tak jak z każdym lekiem – muszą być przepisane właściwie” – uczula psychoterapeutka Anna Twardoń. – To tak jak przyklejenie plastra bez sprawdzenia, czy jest infekcja. Na początku jest niby w porządku, ale przyjdzie moment, kiedy będziemy musieli zerwać plaster, jest to wtedy bardzo bolesne i infekcja jest większa. Dlatego dobra ewaluacja to podstawa”.

“WY TYLKO MACIE WYDAWAĆ PASTYLKI”

Polonijni farmaceuci i właściciele aptek niechętnie rozmawiają na temat nadużywania leków, zasłaniając się przede wszystkim tym, że nie znają historii choroby danego pacjenta. “Coś powiem, a później usłyszę od lekarzy: hej, wy tylko macie wydawać pastylki, bo skąd niby wiecie, czy dana osoba ich potrzebuje, czy też nie” – mówi farmaceuta z Brooklynu, który prosił o anonimowość. – Jak przyjechałem wiele lat temu do Stanów Zjednoczonych, to wśród naszej grupy etnicznej królowało relanium. Rodacy przychodzili do apteki i prosili od razu o największe opakowania. Tymczasem lek ten zawiera diazepam, który w większych dawkach działa jak narkotyk, dlatego nie można tak sobie brać relanium, bo się zdenerwowałem, a wyłącznie pod nadzorem lekarza”. Farmaceuta ocenia, że wiele osób wręcz wymusza na lekarzach wypisywanie określonych leków, zasłaniając się brakiem czasu na terapię czy ewaluację, i nie chodzi wyłącznie o leki na uspokojenie: „Zdarza się, że przychodzą do mnie klienci i mówią: proszę coś na głowę. A ja mam wtedy ochotę zapytać: berecik czy czapeczkę z daszkiem? Często chcemy leczyć się sami, a to nie jest najlepsza droga do zdrowia”.

Sprawa dotyczy szczególnie najmłodszych, którzy często stają się w pewnym sensie ofiarami swoich rodziców, a sytuacji nie zmienia fakt, że w wielu wypadkach pewnie nieświadomie. “Jeśli do mnie dzwonią rodzice i mówią, że mają kłopot z dzieckiem, to w zdecydowanej większości przypadków kończy się nie na pracy z maluchem, a na terapii dorosłych. Rzadko się zdarza, że dziecko samo w sobie ma jakiś dramatyczny problem. Jego na przykład agresywne zachowanie jest odbiciem atmosfery w domu. Jeśli rodzice pójdą na skróty i zaczną karmić syna czy córkę tabletkami, to efekt jest łatwy do przewidzenia” – mówi psychoterapeutka Anna Twardoń. – W wielu wypadkach mama i tata także żyją na pastylkach przepisanych przez lekarza rodzinnego, a nie specjalistę. Ja to nawet trochę rozumiem, bo na przykład mam swoją panią doktor, chodzę do niej od lat, ostatnio coś tam mi się nie wiedzie, jestem przygnębiona, to ona pewnie mi przepisze coś na lepszy humor. Czy ze mną porozmawia o mojej sytuacji? Może by i chciała, ale przecież nie będę się zwierzać komuś, do kogo za dwa dni przyjdę na przykład z grypą. Wciąż się wstydzimy” – uważa Anna Twardoń. Tymczasem takie zachowanie to najszybsza droga do wychowania kolejnego pokolenia lekomanów.

MOJE DZIECKO TO NIE DEBIL!

Jakiś czas temu analitycy z IMS Institute for Healthcare Informatics przedstawili raport, z którego wynika, że ponad milion amerykańskich dzieci do 5. roku życia miało przepisany przynajmniej jeden lek na jakiś rodzaj zaburzenia psychicznego. Ponad 270 tys. maluchów – jeszcze przed ukończeniem pierwszego roku życia. Czy medykamenty te były im niezbędne, to mogą ocenić lekarze opiekujący się małymi pacjentami. Jeszcze więcej tabletek przyjmują dzieci w wieku od 6. do 12. roku życia – ponad cztery miliony z nich dostało receptę na antydepresanty, leki uspokajające, związane z leczeniem ADHD lub przeciwpsychotyczne.
A jak jest w Polsce? Eksperci szacują, że lawinowo rośnie liczba dzieci, które oprócz kanapek dostają do szkoły pudełeczko z tabletkami.

Małgorzata Dawidowicz jest wychowawczynią klasy czwartej w jednej ze szkół podstawowych na Podkarpaciu. Szacuje, że co piąte dziecko uczęszczające do jej placówki zażywa jakiś rodzaj leku stymulującego pracę mózgu. “Tabletki wyciszające, uspokajające, antydepresyjne, na pobudzenie… lista jest bardzo długa” – wylicza nauczycielka. Zauważa też, że w wielu wypadkach rodzice nie chcą przyznać się sami przed sobą do tego, że ich syn czy córka ma jakiś problem. “Z naszych obserwacji wynika, że do poradni specjalistycznej szybciej zabierze swoje dziecko mama, która ma średnie wykształcenie lub tylko podstawowe, niż ta z wyższym wykształceniem, od której – my, nauczyciele – słyszymy: nie róbcie z mojego dziecka debila. Mam na przykład ucznia, który ewidentnie jest w jakimś stopniu autystyczny, a matka leczy go u logopedy. W drugiej klasie jest chłopczyk, który został zapisany do szkoły, gdy miał 5 lat, bo rodzice nie znaleźli dla niego państwowego przedszkola, a na prywatne nie było ich stać. Jeszcze w pierwszej klasie radził sobie dobrze, ale w drugiej już jest gorzej. Przytłoczyła go ilość materiału i zrobił się agresywny. Pedagodzy przewidzieli, że tak będzie, dlatego polecili rodzicom, by syn repetował pierwszą klasę. Reakcja mamy i taty? Nasz syn nie jest idiotą. Mijały tygodnie, dziecko było agresywne, biło innych uczniów, aż pewnego dnia zmieniło się nie do poznania. Zrobiło się apatyczne, jakby nieobecne. Okazało się, że dostaje tabletki na wyciszenie” – opowiada Małgorzata Dawidowicz. Tymczasem pewnie wystarczyło posłuchać rady nauczycieli, by uniknąć faszerowania malucha prochami.

Według niej, ale także pedagoga szkolnego wiele dzieci dostaje leki, bo rodzice idą na łatwiznę. “Dziecko boli brzuch, bo ma iść do szkoły. Co robi rodzic? Czy ma czas, by z nim usiąść i porozmawiać? Dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje? Jak bardzo kusząca staje się w takich momentach natychmiastowa pomoc w postaci pigułki” – uważa wychowawczyni klasy czwartej. Jeden z jej uczniów, obecnie 12-latek, który od czterech lat jest karmiony tabletkami, to według nauczycielki idealny przykład pójścia na skróty. “Dziecko, mimo wysokich możliwości intelektualnych, osiąga tylko dobre i dostateczne oceny. Ma problemy z pisaniem. Przejawia zachowania depresyjne. Zdarza się, że płacze na przerwach. Zapytany przez nauczycieli czy pedagoga szkolnego o przyczynę takiego zachowania, mówi, że wszystko jest bez sensu, a on jest ciągle zmęczony i nic mu się nie chce. W chwilach szczerości opowiada, że tata chciał mamę zostawić, jak on był w jej brzuchu. Dziecko nie chce też chodzić na basen szkolny, bo tłumaczy, że wtedy tata już z nim nie pójdzie. To tylko wybrane przykłady, które już pokazują ewidentne problemy w domu. Czy karmienie syna tabletkami jest rozwiązaniem? Nie sądzę” – uważa Małgorzata Dawidowicz i dodaje: – W prochy wprowadzają dzieci na przykład rodzice skrajnie patologiczni, tak jak chociażby matka jednego z uczniów, który ciągle był pobudzony przez tę masakryczną sytuację w domu. Wystarczy powiedzieć, że kiedyś mama tego chłopca, idąc na wywiadówkę, była tak pijana, że wysikała się na boisku szkolnym. Prochami karmią też dzieci rodzice dobrze wykształceni. Część z nich ulega pewnie modzie i reklamie – w polskiej telewizji zaleca się na przykład tabletki na wypróżnienie dla sześciomiesięcznych maluchów, “by niejadek zjadł obiadek”, lub wręcz odwrotnie – na obniżenie apetytu. Są też medykamenty dla kilkulatków na lepszy sen i spokojniejszy dzień. To nie jest normalne” – ocenia nauczycielka.

Także problem związany z ADHD uważa za wyolbrzymiony. Zresztą podobnego zdania jest coraz więcej ekspertów, ale co z tego? Kiedyś, jeśli dziecko było niegrzeczne i nie mogło się skupić, to się mówiło, że jest źle wychowane. Dziś, mówi się, że jest chore, ma ADHD i żeby normalnie funkcjonować, musi brać leki. “Czy wszystkie dzieci, które mają postawioną taką diagnozę, naprawdę cierpią na ADHD? Na pewno nie!” – mówi wprost psychoterapeutka Anna Twardoń. Najwięcej psychotropów podaje się dzieciom w USA – aż 70 proc. spośród wszystkich, jakie sprzedaje się na ADHD na całym świecie.

***

Dlatego eksperci apelują przede wszystkim o zdrowy rozsądek. “Pacjenci boją się uzależnienia fizycznego, ale ja podkreślam, że jest coś poważniejszego – uzależnienie psychologiczne. To znaczy, jeśli nie mam tabletki przy sobie, to nie dam sobie rady. Często tak się dzieje przy okazji pastylek antylękowych. Działają natychmiast, nie trzeba ich brać przez trzy tygodnie, by zaczęły działać, bo działają praktycznie tuż po zażyciu. Niby jest poprawa, ale, moim zdaniem, problem się tylko pogłębia, stajemy się uzależnieni nie tylko fizycznie, lecz i psychicznie. Co gorsza, takiego zachowania uczymy też swoje dzieci i w taki sposób wychowujemy kolejne pokolenie lekomanów” – konkluduje psychoterapeutka Anna Twardoń. n


Leki psychiatryczne przyjmowane w USA:

dzieci do 5 roku życia – 1 080 168

od 6 do 12 roku życia – 4 130 340

od 13 do 17 roku życia – 3 617 593

od 18 do 24 roku życia – 5 467 615

od 25 do 44 roku życia – 21 029 136

od 45 do 64 roku życia – 28 143 196

powyżej 65 roku życia – 17 404 930

w sumie – 78 694 222

Autor: Anna Arciszewska