Camino de Santiago – podróż w głąb siebie

0
2

Camino de Santiago od średniowiecza przyciąga tysiące pątników. Nie tylko ludzi wierzących. W ostatnich latach przeżywa swoisty renesans. Planowałeś pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela i zrealizowałeś swój plan. Co ciebie skłoniło do tej pielgrzymki?
Zazwyczaj ciekawość świata popycha nas do stawiania sobie trudnych wyzwań. W tym przypadku moją główną intencją przejścia do grobu św. Jakuba była prośba o zdrowie i pomyślność dla mojej mamy i całej mojej rodziny. A jako że w czasie naszej poprzedniej rozmowy zapowiedziałem, że odbędę tę pielgrzymkę – klamka zapadła. Nie było odwrotu. Dałem sobie słowo i musiałem go dotrzymać. Danie sobie słowa jest wspieraniem samego siebie.

Szlaków Jakubowych jest wiele, którą trasą ty szedłeś?
Miałem łatwo. Szedłem z Bilbao wzdłuż pielgrzymkowego szlaku Camino del Norte nad brzegiem morza. Przez kraj Basków, Kantabrię, Asturię i Galicję. Pieszo około 1040 km. Ponad trzy tygodnie trwała moja samotna Droga. Potem dołączyła do mnie żona. Cała piesza wędrówka trwała ponad miesiąc.

A jak wyglądał twój dzień?
Każdy dzień zaczynałem i kończyłem modlitwą. Modliłem się o podstawowe sprawy, żeby znaleźć spokojny i bezpieczny nocleg, żebym miał wodę, o zdrowie. Byłem bardzo zaskoczony, jak wiele można otrzymać, kiedy się prosi Boga. Czułem się bardzo bezpiecznie.

Czy nocowałeś w albergach?
Nie nocowałem w schroniskach, bo miałem ze sobą namiot i kuchenkę. Mogłem się zatrzymywać gdziekolwiek. Bywało różnie. Na plaży, w lesie, na łąkach. Chodziłem swoimi drogami, bez żadnego przymusu, ile kilometrów muszę przejść i o której muszę wstać.

Samotna wędrówka to przebywanie z samym sobą. Czy to było trudne?
My w życiu codziennym jesteśmy w pewien sposób osaczeni. Nie mamy czasu dla siebie. Mamy zobowiązania. Bez telefonu już żyć nie potrafimy. Kiedy w czasie pielgrzymki zostajemy odcięci od rzeczy tego świata, to okazuje się, że mamy dużo czasu dla siebie, żeby być ze sobą, rozmawiać ze sobą. Cieszyć się tym, co nas otacza. Być szczęśliwym tu i teraz. Osiągnięcie stanu harmonii ze światem wymaga czasu. Niestety technologia w tym nam nie pomaga.

Podobno na Camino de Santiago zostawiamy za sobą wszystko…
To jest klucz do zrozumienia sensu tej wędrówki Drogą św. Jakuba. Nie do wiary, to co mi się przydarzyło na początku mojej drogi. Już na drugi dzień zniszczył mi się aparat fotograficzny. Mało tego. Pogubiłem telefony. Telefon, który kupiłem na Europę, też mi się zepsuł. Nie miałem łączności ze światem. Ale wiedziałem, że 1 września muszę się spotkać z żoną w jakimś miasteczku.

Gdy dołączyła do ciebie żona, było łatwiej?
To była druga część pielgrzymki. Moja samotność była kluczowa w tym wszystkim, ale i dla dalszej już wspólnej drogi. Przez lata nasze drogi się rozeszły. Były bardzo odległe. Nie wiedziałem, jak się to wszystko ułoży z żoną po latach. Dopasowywaliśmy się do siebie, na zasadzie poznawania się od nowa i przy zachowaniu szacunku dla drugiej osoby. To trwało do końca. Modlitwa bardzo mi pomagała. Ale jest dobrze. Jest coraz lepiej. Ta wspólna droga przyczyniła się do budowania po latach naszego związku. Powiem nieskromnie, że mam taką skłonność do naprawienia wszystkiego.

Żona się zgodziła na taką wspólną pielgrzymkę po latach waszego rozstania?
Okazalo się, że to było jej marzenie, żeby odbyć taką pielgrzymkę do Santiago de Compostela, tylko wciąż brakowało jej czasu i nie tylko. Zaprosiłem ją na tę pielgrzymkę, bo spodobała mi się droga w kierunku świętego celu. Bo tu nie chodziło o dystans.

Tak długa piesza wędrówka wymagała przygotowania…
Zaczęliśmy z żoną od przejścia 25-30 km dziennie. Żona mieszka tuż przy szlaku pielgrzymkowym. Na początek poszła z Ożarowa do Niepokalanowa i potem już dalszą trasą. A ja w styczniu, a było bardzo zimno, poszedłem pieszo do Amerykańskiej Częstochowy z intencją, żeby ta duża pielgrzymka doszła do skutku.

W czasie wędrówki spotykałeś ciekawych ludzi…
Od kiedy dołączyła do mnie żona, nocowaliśmy w albergach. Spotkałem wielu niezwykłych ludzi. Widzieliśmy się po raz pierwszy i pewnie po raz ostatni. Po samotnej wędrówce poczułem potrzebę zwykłego kontaktu z ludźmi, żeby z nimi porozmawiać, niekiedy poznać ich ciekawe historie. Tego się potrzebuje. Te spotkania były bardzo ważne dla drugiego etapu pielgrzymki. Poznałem młodego Amerykanina polskiego pochodzenia z Waszyngtonu, który podróżuje po całym świecie, i co roku wraca na Camino. Wyrusza tylko z różnych miejsc. W tym roku przeszedł z Portugalii trasę 1000 km. Spotkałem także samotną dwudziestokilkuletnią dziewczynę z Brazylii, która od dwóch lat podróżuje z psem. Najcenniejsze jest to, że inni poddają nam pomysły, czasami dają odpowiedzi na pytania, których Bóg chce nam udzielić.

Dla Cypriana Norwida pielgrzymowanie to wędrówka przez życie i wzrastanie duchowe do zbawienia.
Spotykałem na Drodze wiecznych pielgrzymów ‘Camino for life’ – ludzi, którzy są w trasie trzy, cztery lata i znowu wracają. Camino to dla nich życie. To rodzaj zaufania Bogu.

Zwieńczeniem pielgrzymki jest dotarcie do świętego celu?
Kiedy się zbliżasz do Santiago de Compostela, to wszystkie szlaki łączą się jak strumienie w wielką rzekę ludzi. Im było bliżej, dosłownie czułem stopy ludzi, którzy przeszli tą historyczną drogą w ciągu wieków. Wszystkie pielgrzymki koncentrują się na romańskiej katedrze, a przed nią jest ogromny plac historyczny wybrukowany kostką, gdzie ludzie leżą. I mnie się to najbardziej podobało. Cieszyć się chwilą. Nie śpieszyć się donikąd. Być w tym miejscu.
W katedrze przy grobie św. Jakuba codziennie odmawialiśmy z żoną koronkę do Miłosierdzia Bożego. Modliliśmy się całą rodziną, bo udało nam się połączyć telefonicznie z najbliższymi w Polsce. Modliłem się o zdrowie dla mojej mamy, pomyślność dla całej rodziny. Każdy z nas miał własne intencje.

Ale to nie był koniec waszej Drogi?
Z Santiago poszliśmy na zachód, około 150 km, do Finisterre. To najbardziej wysunięty na zachód przylądek w hiszpańskiej Galicji, który kiedyś był uważany za symboliczny koniec świata. To ostatni etap Drogi św. Jakuba, gdzie pątnicy palili niegdyś swoje stare szaty i obmywali ciała w Oceanie Atlantyckim, na znak oczyszczenia.

Mówi się że „Camino nie daje ci tego, czego szukasz, ale to, czego potrzebujesz”.
Tak to prawda. Lubimy żyć wygodnie, gdzie wszystko jest poukładane, przewidywalne. Idąc przez biedniejszą część Hiszpanii, widzisz jak niewiele ludziom potrzeba do życia. Mają stare samochody, niekiedy rozpadające się domy, łowią ryby lub siedzą w barze. Prowadzą życie spokojne. A potem trafiasz do wielkiego miasta, które cię straszy reklamami, i ile energii zajmuje bronienie się przed tymi pokusami.

A co tobie dała pielgrzymka do grobu św. Jakuba?
Camino daje więcej, niż oczekujemy. Zmienia wszystko. Zmienia człowieka. Jest taki moment w czasie samotnej wędrówki, kiedy uświadamiasz sobie, czego naprawdę potrzebujesz. Ta samotna Droga w trudzie to podróż w głąb siebie. A dla mnie najważniejsze jest to, że odzyskałem rodzinę, którą wiele lat temu straciłem, wydawało mi się, że na zawsze.
Św. Jakub jest patronem zwycięzców. Patronem zwycięstwa nad samym sobą i pokonywania trudności. Stał się patronem moich wędrówek, mojego nowego życia. Żyć w zgodzie ze samym sobą, ale nie godzić się na kompromisy. Nie żałować tego, co zrobiliśmy wcześniej. Zazwyczaj nie potrafimy sobie wybaczyć, a przecież jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy.

Czy planujesz wrócić jeszcze na Camino?
Liczę się z tym, że czeka mnie jeszcze taka pielgrzymka. Kusi mnie trasa portugalska. Ale na razie nie planuję.

Lubisz wyzwania…
Człowiek potrzebuje stawiać sobie wyzwania. Sprawdza swoje granice. Cała rodzina wspiera mnie teraz w rowerowej wyprawie. Jest ogromna różnica, bo nie uciekam przed nikim. To jest wspólny projekt. Dziękuję Bogu za to co dostałem, i będę prosić o więcej. Wierzę, że Bóg jest po naszej stronie.

W jakim sensie prosić o więcej?
Więcej z życia, w sensie wrażeń, zrealizowanych pragnień, bez zastanowienia, jak mają być zrealizowane. W moim przypadku to zaufanie Bogu. Tak ja to widzę.

Wyruszasz w kolejną podróż, tym razem rowerową?
To samotna wyprawa rowerowa z Florydy do Kalifornii. Nazwałem ją TransAm 2018. To przejazd zimowy, dlatego wybrałem trasę najbardziej wysuniętą na południe, tzw. Southern Tier Bicycle Route. Zaczynam od Miami, więc do przejechania mam 3,5 tysiąca mil. Powinno to mi zająć trzy miesiące. Będę prowadził bloga ze zdjęciami z podróży (www.marekr.com/blog).

Autor: ROZMAWIAŁA MARTA JÓŹWIAK