Dialog między dobrem a złem

11

Rozmowa z Jackiem Raginisem-Królikiewiczem, reżyserem spektaklu telewizyjnego "Inspekcja", który niebawem zostanie pokazany w Nowym Jorku w ramach Festiwalu Polskich Teatrów Telewizji.

Panie Jacku, wydaje mi się, że spektakl telewizyjny „Inspekcja”, jest dla pana szczególne ważny, m.in. z tego powodu, że podejmując się jego realizacji dokończył pan pracę swojego, zmarłego ojca, słynnego reżysera Grzegorza Królikiewicza.
Tekst „Inspekcji”, który wcześniej nosił tytuł „Inspekcja Zarubina”, a pierwotnie „Zamordowana armia”, był pisany przez mojego tatę od 2010 roku. Kilkakrotnie namawiał on Telewizję Polską do realizacji tego spektaklu, jednak wówczas były inne priorytety tematyczne i nie udało mu się tego zrobić. W 2016 roku pojawiła się możliwość ponownego złożenia propozycji dla TVP i na początku 2017 roku okazało się, że jest zainteresowanie realizacją tego tekstu dla Teatru Telewizji. Wówczas pojawiła się kwestia nowego spojrzenia na ten tekst. Jestem absolwentem historii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, a także Łódzkiej Szkoły Filmowej i miałem już pewne doświadczenia scenariopisarskie oraz udaną współpracę z moim tatą przy dużym projekcie historycznym. Dlatego zaproponował mi on przejrzenie tego tekstu, napisanego już dawno temu, pod kątem historycznym oraz jego weryfikację. Wówczas podczas naszych rozmów pojawiły się nowe postaci, m.in. Stanisław Swianiewicz. Przekonałem ojca, że on jako główny świadek katyński, i zarazem jeden z 400 ocalonych, który spisał swoje wspomnienia z okresu bezpośrednio poprzedzającego masakrę w Katyniu, powinien znaleźć się w spektaklu. Podobnie było z kilkoma innymi postaciami, które odnalazłem w wyniku kwerendy, a poprzez ich wprowadzenie w pierwotnym tekście znalazła się prawie połowa nowych scen. Wówczas mój tata, który już chorował, potrzebował wsparcia podczas pracy na planie, w związku z czym miałem pełnić funkcję II reżysera, nazywanego w Stanach Zjednoczonych mianem pierwszego asystenta reżysera. W związku z tym, że znałem doskonale ten tekst, to pomagałem podczas prób aktorskich oraz miałem wpływ na obsadę. Niestety na miesiąc przed zdjęciami, gdy robiliśmy rekonesans miejsca wybranego na zdjęcia, tata zmarł. Wówczas wydawało się, że ze względu na śmierć reżysera i współscenarzysty projekt ten nie zostanie zrealizowany. Tak się złożyło, że w latach 2007-2009 wyprodukowałem dla TVP trzy spektakle: „Afera mięsna” i „Prezent dla towarzysza Edwarda G.” w reżyserii Janusza Dymka oraz „Mord założycielski”, którego byłem producentem, reżyserem i współscenarzystą. W związku z tym, że wówczas spektakle te odbiły się głośnym echem, Ewa Millies-Lacroix, dyrektor Agencji Kreacji Teatru Telewizji, poprosiła mnie o kontynuowanie projektu mojego ojca. Ja nie miałem żadnych wątpliwości, żeby się nim zająć, ponieważ wiedziałem, że tacie bardzo na nim zależało. Natomiast dla mnie oraz całej ekipy praca na planie była taką żałobą, przeżywaną w bardzo aktywny sposób.

Czy pańska praca przy „Inspekcji” była kontynuacją tego, co zapoczątkował pana ojciec, czy też realizował pan swoją wizję spektaklu?
Skorzystałem z możliwości wyreżyserowania go po swojemu, ponieważ nie do końca identyfikuję się ze stylistyką Grzegorza Królikiewicza, który był artystą bardzo osobliwym. Mnie bardziej interesuje klasyczna narracja, a poza tym jestem wychowany na kinie hollywoodzkim i to wszystko miało wpływ na wybór operatora oraz pewne zmiany w obsadzie. Takie też były oczekiwania Ewy Millies-Lacroix, która uważała, że powinienem zrobić ten spektakl po swojemu, bo jeśli będę próbował wchodzić w buty ojca, to na pewno mi się to nie uda. Projekt ten zrealizowaliśmy w gigantycznym obiekcie, którym jest wygaszona elektrociepłownia EC2 w Łodzi. Miejsce to stanowi także o wyjątkowości spektaklu, ponieważ nie chcieliśmy iść w realizm scenografii, tylko w pewną metaforę. Obiekt ten został wybudowany w latach 50., czyli w czasach stalinizmu. Jego infrastruktura umożliwiła nam nagranie scen, które rozgrywają się na Kremlu, w gabinecie Stalina, w salonce, którą podróżował główny bohater, czyli Wasilij Zarubin, oraz w obozie w Kozielsku. To wszystko pozwoliło nam stworzyć pewną metaforę systemu, w którym jednostka jest mrówką lub trybem w maszynie.

W „Inspekcji” można zauważyć dwa ważne aspekty. Z jednej strony pokazuje on to, co działo się wśród polskich oficerów, jaka panowała atmosfera oraz jaką postawę sobą reprezentowali, a z drugiej – i to moim zdaniem jest bardziej uwypuklone – sposób manipulacji i psychologiczny nacisk wywierany przez Rosjan, w tym przypadku przez Wasilija Zarubina, na więzionych polskich oficerach w celu ich złamania i przekonania do kolaboracji. Co z pańskiego punktu widzenia jest najważniejsze w przekazie „Inspekcji”? Na co pan kładł główny nacisk?
W przedstawieniu tym pokazany jest aspekt historyczny, a wydarzenia, o których w nim opowiadamy, są bardzo precyzyjnie udokumentowane. Wiele postaci w nim występujących faktycznie przebywało w obozie w Kozielsku. Są również postaci nienazwane, jak np. ppor. Ryszard i ppłk T., czyli pewne typy osób, które wiemy, że były w obozie w Kozielsku czy też w „Willi w Małachówce”. To jest kwestia stricte historyczna pokazująca pojedynek pomiędzy Wasilijem Zarubinem, asem sowieckiego wywiadu, a polskimi oficerami, których on chciał zwerbować. Jest też warstwa pewnej refleksji nad manipulacją polityczną, która była aktualna wtedy i jest aktualna dzisiaj. Jestem przekonany, że podobne rozmowy mają miejsce współcześnie, że dzisiaj również odbywają się pewne transakcje, pojawiają się propozycje lukratywnych karier w zamian za pewnego rodzaju gotowość do dialogu i porozumienia. To jest wymiar polityczny spektaklu, wykraczający poza konkretny okres historyczny. Natomiast to co dla mnie było bardzo ważne po przeczytaniu tekstu ojca, i o tym też z nim rozmawiałem, to skojarzenie z „Faustem” Goethego. Co prawda my tej metafory zbytnio nie ujawniliśmy, ale faktem jest, że czerwona książka, z którą ciągle chodzi Wasilij Zarubin, to jest wydane „Fausta” z 1928 roku. Tak naprawdę jego postać to goethowski Mefistofeles, który na różne sposoby kusił doktora Fausta obiecując mu nieśmiertelność albo drugą młodość, i to właśnie jest archetyp Zarubina. Dla mnie to jest niezwykle ważne w tym spektaklu i zarazem pewien mój wkład, o którym też dyskutowałem z ojcem. Oficerowie polscy nie stawiali oporu tak po prostu, ponieważ mieli taką zachciankę lub czuli pogardę do Zarubina. Wręcz przeciwnie, oni nim nie gardzili, lecz byli pod wielkim wrażeniem jego inteligencji, erudycji itd. Oni byli zdeterminowani do stawiania oporu, ponieważ odwoływali się do wartości i pewnej duchowości. Dlatego też można powiedzieć, że „Inspekcja” opowiada o dialogu pomiędzy dobrem a złem. To spektakl o tym, jak zło nas kusi, żeby je wybrać i zrezygnować z dobra, argumentując przekroczenie tej pewnej granicy odwołaniem się do dobrych powodów. Dla mnie „Inspekcja” ma też wymiar pewnego moralitetu i równie dobrze zamiast Wasilija Zarubina moglibyśmy po jego stronie postawić jakiegoś człowieka z agencji headhunterskiej, który próbuje namówić świadomego menedżera, żeby zaczął pracować w firmie produkującej narkotyki albo papierosy. Myślę, że używałby bardzo podobnych argumentów i perswazji. Uważam, że w tych kategoriach spektakl ten jest aktualny nie mniej niż sama refleksja historyczna dotycząca okresu, o którym opowiada. Ważne jest także podkreślenie, że mówiąc o Katyniu wchodzimy w rolę ofiar niesprawiedliwie skrzywdzonych. Natomiast ja pokazuję pewien etap obejmujący sześć miesięcy przed masakrą katyńską, w którym Polacy, zanim zostali zamordowani, dali Stalinowi powód do tego, tzn. świadomie dokonali pewnego konkretnego wyboru. Dlatego też w tym kontekście nie byli ofiarami tylko bohaterami. W spektaklu pokazuje to postać gen. Henryka Minkiewicza, który świadomie nie dał się złamać. My oczywiście nie mamy protokołów rozmów pomiędzy nim a Zarubinem, ale w „Inspekcji” pokazuję, że czuł on ciężar odpowiedzialności za swoich żołnierzy. Gen. Minkiewicz wiedział też, że on decyduje nie tylko o swoim życiu, ale dokonuje pewnego, jasnego wyboru.

Wracając do odniesień do „Fausta” myślę – i to jest jedno z moich spostrzeżeń po obejrzeniu „Inspekcji” – że jednak jest w tym spektaklu pewne widoczne nawiązanie do dramatu Goethego, kiedy to podczas jednej z rozmów pomiędzy oficerami pada stwierdzenie, że „w Rosji rządzą teraz diabelskie układy”.
Tak, ma pan rację i w dodatku jest to niemal dokładny cytat ze wspomnień Stanisława Swianiewicza, który odnalazłem i wykorzystałem. Przy okazji chcę dodać, że wybór industrialnej przestrzeni, w której rozgrywa się spektakl, ma szczególne znaczenie również dlatego, że mój ojciec w 1976 roku dostał od Jerzego Antczaka – ówczesnego szefa Teatru Telewizji – propozycję zrobienia „Fausta”, w której główną rolę wspaniale zagrał Emil Karewicz, a Mefistofelesa Franciszek Trzeciak. Okazuje się, że część scen do tego spektaklu została nakręcona w przestrzeni industrialnej – czekającego na otwarcie Portu Północnego w Gdańsku. Ja także namawiałem ojca na wybór wygaszonej elektrociepłowni EC2 w Łodzi na plan do „Inspekcji”, ponieważ jest to pewna klamra, mająca odniesienie do spektaklu z 1976 roku, kiedy on mając 37 lat zaczął się mierzyć z klasyką światowej literatury.

Wspomniał pan o tym, że polscy oficerowie świadomie dokonali pewnego, konkretnego wyboru, nie dając się zwerbować do współpracy. Po obejrzeniu „Inspekcji” nasuwa się wniosek, że zbrodnia katyńska nie miałaby miejsca, gdyby np. Zarubinowi udało się wypełnić żądania Stalina i nakłonić do kolaboracji 20 procent polskich żołnierzy. Jakie jest pańskie zdanie na ten temat?
Myślę, że jest to bardzo prawdopodobne, że nie doszłoby do mordu w Katyniu, ale też miałoby to pewne określone konsekwencje, tzn. gdyby ta przedwojenna elita zdecydowała się na współpracę, to być może dzisiaj rozmawialibyśmy po rosyjsku, a Polska obecnie byłaby częścią Wspólnoty Niepodległych Państw i podzieliłaby losy Krymu. Myślę, że nikt do końca nie zdawał sobie sprawy, że zbrodnia w Katyniu stała się w polskiej historii i dla naszej tożsamości oraz dla relacji polsko-sowieckich, a obecnie polsko-rosyjskich taką niedającą się zagoić raną czy też doświadczeniem, o którym nie można zapomnieć. Dlatego w pewnym sensie, za każdym razem, kiedy byliśmy w stanie ulec pewnym złudzeniom w relacjach z naszym wielkim sąsiadem ze Wschodu, to zawsze mogliśmy sobie przypomnieć, że to partnerstwo niekoniecznie może być sielankowe, ponieważ mamy niezagojoną ranę, pewien kamień w bucie, który sprawia, że naprawdę trudno w nim chodzić. W tym znaczeniu zarówno Katyń, jak i powstanie warszawskie to są doświadczenia, które określają naszą tożsamość i sprawiają, że z góry wiadomo, że po pierwsze Polacy nie pójdą na każdy kompromis – i o tym świadczy postawa oficerów w Kozielsku i Katyniu – a po drugie, że są nieprzewidywalni i są pewnego rodzaju „wariatami”, jeżeli chodzi o niepodległość, i dlatego wybuchło powstanie warszawskie. Wniosek z tego jest taki, że należy na nas uważać. Oczywiście należy pamiętać, że znaleźli się i tacy Polacy, którzy gotowi byli pójść na współpracę, np. Zygmunt Berling i jego towarzysze, którzy później stworzyli Dywizję Kościuszkowską. Natomiast bardzo ważne jest, że tę armię i nową elitę tworzyli ludzie, którzy musieli walczyć o autorytet, a ci obdarzeni autorytetem moralnym i intelektualnym z okresu przedwojennego nie poszli na współpracę i ich nieobecność w tych elitach politycznych po wojnie była bardzo znacząca. Ja uważam, że wówczas stawką było nie tylko przetrwanie tych oficerów, ale także tożsamość narodowa, i ten wybór sprzed lat procentuje dzisiaj.

Na początku naszej rozmowy wspomniałem, że „Inspekcja” jest dla pana szczególna m.in. ze względu na to, że prace nad tym spektaklem zapoczątkował pański zmarły ojciec. Myślę, że takich elementów i łączników wskazujących na wyjątkowość i ważność „Inspekcji” dla pana jest więcej. Mam tutaj na myśli m.in. bohaterskiego kpt. Raginisa, który służył w Korpusie Obrony Pogranicza i co prawda nie został zamordowany w Katyniu, ale zginął równie bohatersko, jak oficerowie, którzy nie dali się zwerbować do współpracy z Sowietami. Używa pan jego nazwiska jako swojego pseudonimu, a właściwe części swojego nazwiska. Jaki jest pański związek z kpt. Władysławem Raginisem?
Od momentu kiedy samodzielnie realizuję różnego rodzaju projekty podpisuję się jako Jacek Raginis. Natomiast teraz przy „Inspekcji” dla zaznaczenia ciągłości – po śmierci ojca – podpisałem się jako Jacek Raginis-Królikiewicz. Człon Raginis nie jest tutaj przypadkowy, ponieważ moja babcia ze strony matki to Maria Morawska z domu Raginis. Była ona starszą siostrą Władysława Raginisa, który bronił Wizny i dokonał bardzo podobnego wyboru jak żołnierze z Kozielska. On zrobił to, co do niego należało, i był świadom tragicznych konsekwencji, które go spotkały. Natomiast mówiąc o szczególnych aspektach związanych ze spektaklem „Inspekcja” muszę także dodać, że należy do nich fakt, że mogłem przy nim pracować z wybitnymi artystami, z których część dołączyła do niego na moje osobiste zaproszenie, m.in.: Adam Bajerski, znakomity operator, który jest laureatem Złotych Lwów i Polskich Orłów, Mateusz Adamczyk, który z Sebastianem Witkowskim stworzył fantastyczny dźwięk, i Michał Lorec, którego bliżej chyba nie trzeba przedstawiać, a który napisał świetną muzykę. Poza tym miałem poczucie, że pracuję z wybitnymi aktorami, z których być może nie wszyscy są dobrze znani szerszej publiczności. Znakomitą kreację stworzył Mariusz Ostrowski jako Wasilij Zarubin, Stalina zgodził się zagrać Piotrek Głowacki, nestor w tej ekipie Zygmunt Malanowicz, którego znamy z „Noża w wodzie”, zagrał gen. Minkiewicza. Świetne role dwóch przyjaciół wykreowali Marcin Kwaśny, który zagrał Stanisława Swianiewicza, a Radek Pazura prof. Wacława Komarnickiego. Muszę podkreślić, że w kreacji tej postaci Radek wspiął się na wyżyny swojego talentu. Jestem im wszystkim bardzo wdzięczny za zaufanie, koncentrację i determinację, bo pomimo, że znamy się od dawna, to mieli oni pracować z mistrzem, a pracowali z reżyserem, który nie może się poszczycić takim doświadczeniem jak Grzegorz Królikiewicz. Na zakończenie muszę także wspomnieć o Bognie Janiec, mojej siostrze, która była kierowniczką produkcji, a bez której ten spektakl by nie powstał. Wspólnie realizowaliśmy projekt naszego ojca i byliśmy jego liderami.

Autor: ROZMAWIAŁ: WOJTEK MAŚLANKA