Dobra praca niezgodna z wykształceniem

588

Jak szacuje Migration Policy Institute, co trzecia osoba powyżej 25. roku życia, urodzona poza granicami Stanów Zjednoczonych, ma jakieś wykształcenie wyższe. I mimo iż imigranci nie zawsze otrzymują stanowisko zgodnie z kierunkiem ich studiów, to spora grupa świetnie sobie radzi na amerykańskim rynku pracy. Przykładem mogą być Polacy, których zarobki często znacznie przekraczają roczne dochody tzw. klasy średniej w USA.

W metropolii nowojorskiej minimalna stawka godzinowa wynosi obecnie 11 dolarów (w firmach zatrudniających powyżej 10 pracowników). Są jednak miejsca, i jest ich całkiem sporo, gdzie bez specjalnych szkoleń czy płatnych kursów można zarobić nawet kilka razy więcej. Prezentujemy najpopularniejsze tego typu zajęcia wśród polskich imigrantów.

NAWET 50 TYS. ROCZNIE

Anna Szetela – która z wyróżnieniem ukończyła filozofię na Uniwersytecie Śląskim – od kilku lat pracuje w metropolii nowojorskiej jako kelnerka na prywatnych przyjęciach, na przykład weselach. Na godzinę zarabia 20 dol. “Do Stanów Zjednoczonych wyemigrowałam pięć lat temu, jakiś czas po wylosowaniu zielonej karty. Dosyć szybko znalazłam pracę biurową w polskiej firmie, ale proponowane tam zarobki nie są wystarczające, by utrzymać się w Nowym Jorku, gdzie tylko za mieszkanie trzeba zapłacić ok. 1500 dol. Dlatego jakiś czas temu zaczęłam rozglądać się za pracą dodatkową” – opowiada Anna. Koleżanka podpowiedziała jej salę bankietową w Jersey City, NJ. “Wahałam się, bo nie miałam doświadczenia, ale okazało się, że istnieje możliwość przyuczenia, i to w dodatku płatnego. Na początku menedżerka zaproponowała mi pracę tylko w weekendy, później doszły do tego wieczorne przyjęcia w ciągu tygodnia. Wesela trwają zazwyczaj pięć lub sześć godzin – w zależności od tego, czy zaplanowana została ceremonia. Po niej goście zapraszani są na tzw. godzinę koktajlową, podczas której razem z innymi serwerami częstujemy zakąskami. Następnie rozpoczyna się część główna przyjęcia, podczas której serwujemy obiad i deser. W międzyczasie dbamy o porządek na stołach. Po zakończonej zabawie mamy godzinę, by posprzątać salę i przygotować stoły na następną imprezę”. Praca nie jest skomplikowana i – jak podkreśla Anna – nie wymaga jakiś specjalnych umiejętności. Praktycznie tak samo wygląda podczas imprez firmowych, bardzo popularnych szczególnie w okresie świąt Bożego Narodzenia i Chanuki. “Też zaczynamy od godziny koktajlowej i serwowania zakąsek, a później – podczas części głównej przyjęcia – albo ustawiane są szwedzkie stoły, albo podajemy gorący posiłek do stołów. Zawsze też jest jakiś deser”.

Według jednego z największych portali ogłoszeniowych Indeed, specjalizującego się w publikowaniu ofert pracy, średnia stawka godzinowa serwera w Nowym Jorku wynosi 12,90 dol. Są miejsca – restauracje i sale bankietowe – gdzie na tym stanowisku można zarobić nawet 40 dol. na godzinę i więcej (włączając napiwki). I tak na przykład w restauracji Del Posto na Manhattanie serwerzy zarabiają – według Indeed – ok. 50 tys. dol. rocznie. W popularnej sieciówce IHOP – ok. 30 tys. dol. rocznie. W restauracji Hilstone, specjalizującej się w kuchni amerykańskiej, serwerzy zarabiają ok. 170 dol. dziennie. W niedawno otwartym hotelu The Beekman na dolnym Manhattanie kelnerzy pracujący podczas prywatnych przyjęć zarabiają 25 dol. na godzinę, tyle samo ile barmani, którzy oprócz stałej stawki mogą liczyć na napiwki. W sumie stawki dzienne przekraczają tam często 200 dol. W wielu miejscach serwerzy zatrudnieni na pełen etat, czyli 40 godzin tygodniowo – bez względu na to, czy pracują w restauracjach, czy też wyłącznie podczas prywatnych imprez – mogą liczyć na wszelkie świadczenia, jak płatne urlopy, dni chorobowe oraz ubezpieczenie medyczne. Często też mają możliwość zapisania się do związków zawodowych.

“SUKIENKI DRĄ SIĘ NA POTĘGĘ”

Jeszcze więcej, bo ok. 35 dol. na godzinę, zarabiają w metropolii nowojorskiej osoby na stanowisku “banquet capitan”. Do ich zadań należy przede wszystkim nadzorowanie serwerów, a także pracowników w kuchni. Dbanie o to, by kontrakt, jaki dział sprzedaży zawarł z klientem, został właściwie wypełniony, a impreza przebiegała zgodnie z ustalonym wcześniej scenariuszem. “Co się może zdarzyć? Praktycznie wszystko – dach może zacząć przeciekać, może zabraknąć prądu, pan młody może wdać się w bójkę, a panna młoda uciec z przyjęcia – to tylko wybrane 'kryzysy', z jakimi musiałam sobie poradzić”– mówi Paulina, która od 10 lat pracuje jako kapitanka. – Jakiś czas temu zostałam zatrudniona w hotelu na dolnym Manhattanie. Wcześniej pracowałam w sali bankietowej w New Jersey, gdzie byłam jednocześnie kapitanką i menedżerką, a więc nadzorowałam nie tylko serwerów, ale opiekowałam się także klientami. Ponieważ organizowaliśmy przede wszystkim przyjęcia weselne, dbałam o to, by państwu młodym niczego nie brakowało, pilnowałam, by kolejne punkty programu – jak ceremonia, przemówienia świadków, pierwszy taniec czy krojenie tortu – zaczynały się o ustalonej wcześniej godzinie. By wtedy na sali był fotograf, a didżej zagrał odpowiednią muzykę lub w ogóle przestał grać”.

Paulina podkreśla, że zawsze przy sobie ma już nawleczoną na igłę białą nitkę, a także zestaw agrafek. “Sukienki drą się na potęgę i aż trudno uwierzyć, że dziewczyny płacą za nie tak duże pieniądze. Praktycznie na każdym weselu coś zaszywam lub zszywam, ale to jest najmniejszy kłopot. Zdarzają się o wiele poważniejsze kryzysy, jak na przykład wzajemna niechęć rodzin panny i pana młodego. Na jednym z przyjęć doszło nawet do potężnej bójki między przyszłym mężem a szwagrem. Zdarzenie miało miejsce na korytarzu przed salą główną. Tuż po ceremonii przybiegli do mnie serwerzy i powiedzieli, co się dzieje, od razu zadzwoniłam na policję, a w międzyczasie  próbowaliśmy ich uspokoić. Chyba nie muszę mówić, w jakiej atmosferze przebiegła reszta przyjęcia weselnego… Pamiętam też inny przypadek, jak państwo młodzi, tuż przed ślubem, który miał się odbyć u nas w sali bankietowej, naćpali się. Po prostu wciągnęli kokainę. Wtedy przybiegła do mnie siostra panny młodej z prośbą o ratunek. Staraliśmy się ich ocucić, ale udało się to dopiero godzinę przed końcem przyjęcia. Bez względu na to rachunek i tak musieli zapłacić”.

Każde przyjęcie to – jak podkreśla Paulina – nowe wyzwanie. Wiele zależy od charakteru klientów, a w przypadku wesel także przyszłych teściów. “W tej pracy trzeba być psychologiem, dobrym organizatorem, dyplomatą, a nawet pielęgniarką i wiedzieć, jak się na przykład bandażuje stopy, bo szczególnie panie biegają na bosaka, a szklanki się tłuką. Kiedyś musiałam nawet wyciągać kawałek szkła z dziąsła jednego z gości. Jak do tego doszło? W wyniku wysokiej temperatury pękł świecznik zawieszony na gałęzi umieszczonej jako dekoracja na jednym ze stołów. Moi serwerzy posprzątali szkło, ale mały kawałek wpadł do obiadu, czego nikt nie zauważył. Gdy gość ugryzł stek, ostry odłamek wbił mu się w dziąsło. Zadzwoniłam na pogotowie, ale zanim pomoc się zjawiła wzięłam pincetę i wyciągnęłam szkło”. Paulina żartuje, że mogłaby napisać całkiem opasły poradnik o pracy kapitanki na bankietach, tyle już widziała. Wcześniej przez kilka lat była zatrudniona na stanowisku serwera. “Teraz zaczyna się dobry moment na szukanie pracy w tej branży, bo w kwietniu rusza sezon ślubny. Ja – ale było to już sporo lat temu – zapisałam się najpierw do agencji Star Hospitality Group, która wysyła serwerów do różnych miejsc. Ogłoszeń można też szukać na portalu Craigslist. Prawdą jest, że często poszukiwane są osoby już z doświadczeniem, ale są kapitanowie, tak jak na przykład ja, którzy wolą kogoś przyuczyć i dzięki temu przekazać swój styl pracy. U mnie pracowali już nauczyciele, pracownicy biurowi, muzycy, aktorzy, dziennikarze, instruktorzy tańca, asystentki pielęgniarek czy studenci, trafił się nawet filozof. Część nie mogła znaleźć zajęcia w swoim zawodzie, inni chcieli po prostu dorobić. 

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej zwracam uwagę na schludny wygląd, odpowiedni makijaż i paznokcie, a także ogólny sposób bycia. Nigdy nie pytam o wykształcenie. Sama skończyłam w Polsce socjologię i nie przypuszczałam, że jakiś czas po obronie pracy magisterskiej zacznę pracować w salach bankietowych”. Jak szacują analitycy z portalu PayScale, osoba na stanowisku “banquet capitan”, pracująca w metropolii nowojorskiej w pełnym wymiarze godzin, zarabia od 35 tys. dol. rocznie do nawet powyżej 100 tys. dol. Najwyższe zarobki – i tu niespodzianki nie ma – oferowane są w ekskluzywnych hotelach na Manhattanie, nawet 45 dol. na godzinę. Oprócz zabaw weselnych organizowane są tam m.in. imprezy firmowe, chrzciny, popołudnia panieńskie, urodziny czy przyjęcia rocznicowe. Koszt ich organizacji liczony jest w tysiącach dolarów. “Cena za organizację ostatniego wesela w hotelu, w którym obecnie pracuję, przekroczyła 300 tys. dolarów. Tylko dekoracje kwiatowe kosztowały 60 tys. dolarów. Przy tym godzinna stawka serwera – 25 dol., czy kapitana – 35 dol. – nie wydaje się już być aż tak wysoka” – zauważa Paulina.

POLSKI JĘZYK W CENIE

125 dol. – to stawka, jaką proponuje jedna z nowojorskich firm za dwugodzinne nadzorowanie lektora nagrywającego tekst w języku polskim. Tzw. bilingual supervisor ma zwracać uwagę na prawidłową wymowę poszczególnych wyrazów i ich akcentowanie. Równie ważna jest odpowiednia intonacja i interpretacja tekstu. “Współpracę z firmą Transperfect rozpoczęłam już trzy lata temu. Ofertę znalazłam na jednym z polonijnych portali ogłoszeniowych. Wysłałam resume i zostałam zaproszona na rozmowę. Jakiś czas później dostałam pierwsze zlecenie. Bardziej niż znajomość języka angielskiego wymagana jest dobra znajomość języka polskiego” – mówi Anna. – Dostaję zazwyczaj kilka zleceń w miesiącu – albo nadzoruję lektorów, albo sama naczytuję teksty. Są to przede wszystkim różnego rodzaju instrukcje, ostatnio na przykład dla pracowników popularnej sieci wypożyczalni samochodów. Kilka dni przed nagraniem dostaję już przetłumaczony tekst mailem, a także – w przypadku gdy są w nim angielskie nazwy – sposób ich wymowy”.

Studio nagrań znajduje się przy Park Avenue na Manhattanie. “Z wykształcenia jestem dziennikarką i z pewnością to pomaga mi w tej pracy, ale jestem pewna, że każdy, kto miał dobre oceny z języka polskiego w ogólniaku, świetnie by sobie poradził, jako 'bilingual supervisor'. Zastanawiam się też, ile osób widziało to ogłoszenie, i ile zrezygnowało, bo było przekonanych, że się nie nadają. Tymczasem zawsze warto przynajmniej spróbować. Ja też jeszcze kilka lat temu nawet bym nie przypuszczała, że w centrum Manhattanu nagrywane są filmy szkoleniowe w języku polskim, co więcej – okazuje się, że rośnie zapotrzebowanie na polskich tłumaczy, w tym przypadku jednak potrzebne jest konkretne przeszkolenie”.

WAŻNE ZNAJOMOŚCI

Pani Karolina z wykształcenia jest ekonomistką, z zawodu – przedstawicielką handlową w jednej z amerykańskich firm importowych w Nowym Jorku. Jej miesięczne zarobki przekraczają 4 tys. dolarów. Oprócz podstawowej pensji dostaje jeden procent od sprzedaży. “Do moich zadań należy pozyskiwanie nowych klientów i dobra współpraca z już istniejącymi. W tej branży ogromne znaczenie mają relacje z właścicielami sklepów. Możesz mieć nieco droższy towar, ale być po prostu sympatyczniejsza czy sympatyczniejszy od przedstawiciela handlowego firmy X czy Y. Ja często słyszę: od ciebie zamówię, bo cię bardziej lubię” – przyznaje pani Karolina. W rejonie, którym zarządza, znajduje się 20 sklepów. Jak szacuje, co tydzień sprzedaje towar za łączną kwotę ponad 40 tys. dolarów. “W mojej pracy najbardziej przydatne byłoby chyba wykształcenie psychologiczne, ale mnie o szkoły nikt nie pytał. Na początku byłam zatrudniona na tzw. okresie próbnym, a ponieważ dobrze się spisałam, szef zaoferował mi umowę na czas nieokreślony. Do tego mam pełne świadczenia, czyli płatny urlop i kilka dni tzw. chorobowego”.

Jak podaje portal  Indeed, średnia roczna stawka, jaką dostaje przedstawiciel handlowy, wynosi w Nowym Jorku 68 575 dol. Część osób nie dostaje tygodniowej pensji, a jedynie ustalony procent od sprzedaży. “O pracy dowiedziałam się od koleżanki, która już była w tej firmie zatrudniona, zresztą na tym samym stanowisku. Wcześniej pracowała jako opiekunka do dzieci. Nie jest tajemnicą, że najlepszym sposobem na znalezienie, szczególnie lepiej płatnej pracy są znajomości. Tak to już działa, szczególnie w większych metropoliach, gdzie konkurencja jest naprawdę spora” – uważa pani Karolina.

PRACA MARZEŃ “NA BUDYNKU”

Nie dzięki znajomościom, a raczej własnej przebojowości znalazła pracę pani Wanda z Brooklynu. Od ponad 10 lat sprząta biura w jednym z wieżowców na Manhattanie. Jej roczna pensja wynosi nieco ponad 45 tys. dol. Zapisała się także do związków zawodowych, dzięki czemu będzie dostawała więcej pieniędzy po przejściu na emeryturę. “Nie wiem jak teraz, ale jak ja zaczynałam swoją emigrację, a było to pod koniec lat 90., to praca ‘na budynku’ była pracą marzeń! – podkreśla pani Wanda. – Wiele Polek jakoś tam sobie załatwiło pozwolenie na pracę, ale z językiem było o wiele gorzej. Tymczasem na takim sprzątaniu angielski na poziomie ‘Kali jeść, Kali pić’ w zupełności wystarczy. Problemem było załatwienie sobie takiej pracy, do której ustawiały się kolejki emigrantek, nie tylko przecież Polek. Sama uruchomiłam wszelkie kontakty, ale nikt nikogo nie znał albo twierdził, że nie zna, więc pewnego dnia wieczorem pojechałam na Manhattan, wcześniej odmówiłam różaniec, i weszłam do wieżowca z tym swoim łamanym angielskim. Portierowi trochę na migi, a trochę po rosyjsku, bo okazało się że pochodził z Ukrainy, wytłumaczyłam, o co mi chodzi, a on że muszę pogadać z ‘superwajzorem’ na 15. piętrze. Wsiadłam więc w windę, a następnie powiedziałam że jestem od Romana i że szukam pracy. ‘Superwajzor’ kazał zostawić numer telefonu. Po kilku dniach zadzwonił, żebym przyszła do pracy i tak już zostałam”.

Pani Wanda do tej pory w rocznicę otrzymania zajęcia składa pokaźną kwotę na ofiarę w kościele, tak bardzo jest wdzięczna Bogu. Dla niej sprzątanie w wieżowcu na Manhattanie jest spełnieniem amerykańskiego marzenia. “Dzięki tej posadzie kupiłam w Polsce dwa mieszkania, zapłaciłam dzieciom za studia, pomagam finansowo wnukom. Sama też mam zabezpieczoną starość. To jest naprawdę dobra praca, pod warunkiem, że ma się dokumenty i już na przykład jest trochę za późno na jakieś szkoły czy kursy. Zaczynam zmianę o godz. 6 wiecz. i kończę o 2 w nocy. W tym czasie, razem z koleżanką, musimy odkurzyć jedno piętro, pościerać kurze na biurkach czy półkach, umyć toaletę i wysprzątać kuchnie. Mamy także półgodzinną przerwę na posiłek. Nie narzekam, zresztą nie widzę, by ktokolwiek tam się skarżył, co więcej – wciągają swoich do tej pracy siostry, kuzynki, koleżanki”.

UBEZPIECZENIE LEPSZE NIŻ W NYPD

Mariusz ma 34 lata i pracuje jako kierowca wywrotki. Jest zatrudniony w firmie, która jest podwykonawcą projektów w terenie. Teraz, na przykład, realizują zlecenia dla ConEdison w Nowym Jorku. “To nie jest ciężka praca. Siedzę za kierownicą i wywożę ziemię, którą koparka wykopała pod rury” – mówi Mariusz, który pracuje od 7 rano do 3:30 po południu. Czasami dłużej, ale wtedy pracodawca płaci nadgodziny. W normalny dzień już o 4:30 jest w domu w New Jersey i ma dużo czasu dla trójki swoich kilkuletnich synów. Jego stawka to obecnie 41,5 dol. na godzinę, ale w lipcu, jak co roku, wzrośnie o 50 centów. “To praca związkowa, więc nie muszę się upominać o podwyżkę, automatycznie co roku jest naliczana” – opowiada mężczyzna dodając, że wcześniej był zatrudniony w innym miejscu, jako kierowca ciężarówki, a gdy prosił o podwyżkę, szef mówił, że biznes powoli idzie i nie ma pieniędzy. “Mamy wszystkie możliwe świadczenia, a ubezpieczenie lepsze nawet niż policja w Nowym Jorku. Wszystko pokrywa, nawet leczenie zębów. Np. rocznie mogę sobie wstawić cztery implanty. Mało kto ma takie ubezpieczenie”. Praca ta nie wymaga kończenia żadnych szkół ani kursów. Atutem Mariusza było jednak to, że posiadał prawo jazdy CDL i znał kogoś, kto wprowadził go do firmy. “Trzeba mieć znajomości, bo do takiej pracy związkowej ciężko się dostać” – mówi Mariusz.

MAJSTER Z WYKSZTAŁCENIEM PRAWNICZYM

O tym, że przede wszystkim znajomości to podstawa, przy szukaniu pracy, wie również pan Tadeusz, który wykonuje zawód tzw. handymana w budynku biurowym na Manhattanie. “Żeby dostać się do takiej pracy, trzeba mieć duże zaufanie ludzi i poparcie. Bez znajomości można składać CV po 25 razy i tak nie przyjmą” – twierdzi pan Tadeusz. Tu, gdzie obecnie pracuje, kierownikiem i dozorcą są Polacy. On zajmuje się drobnymi naprawami, ale też remontami, malowaniem ścian, układaniem podłóg, montowaniem okien i drzwi. W Polsce skończył prawo administracyjne i pracował w swoim zawodzie. “O tym, że mam skończone studia w Polsce, nikt tu nie chciałby słuchać. Więc nawet nie wspominam. Przy czym pracy się nie boję i szybko się uczę nowych rzeczy” – opowiada. Gdy 15 lat temu przyjechał do Stanów z całą rodziną, w tym dwójką nastolatków, które w perspektywie miały studia, musiał zakasać rękawy i szukać dobrze płatnego zajęcia. Już pięć dni po przylocie, dzięki poleceniu, zaczął pracę w budynku mieszkalnym przy 104 Ulicy na Manhattanie, gdzie dozorcą był Polak. Tam zdobył doświadczenie w naprawach i remontach, bo tym się zajmował. Potem sam znalazł pracę dozorcy w budynku w Jersey City, NJ. To doświadczenie przydało się, gdy składał podanie o obecną pracę w budynku biurowym. Warunki płacowe ma “nie najgorsze”, ale przyznaje, że nie aż tak dobre jak w hotelach i dużych firmach na Manhattanie, gdzie oferowane stawki zaczynają się od dwudziestu kilku dolarów, a pracownicy należą do związków zawodowych.

“Jakbym drugi raz miał przyjechać do Stanów, to bym żadnej innej pracy nie szukał, tylko jako pomocnik hydraulika albo elektryka. Praca nie jest aż tak ciężka jak w budownictwie, a przy majstrze można się nauczyć fachu, potem licencję zrobić i mieć możliwość zarabiania pieniędzy. To taka rada dla tych, którzy nie mają certyfikatów i szkół pokończonych, nie boją się pracy, a chcą jak najmniej czasu poświęcić na przyuczenie” – mówi pan Tadeusz.

W MODZIE – SERWISY SPRZĄTAJĄCE

Marta jest właścicielką serwisu sprzątającego, w którym zatrudnia 15 kobiet i kierowcę. Sama zajmuje się głównie rozmowami z klientami, sprawami papierkowymi, rozwożeniem pracownic po domkach, zarządzaniem załogą oraz układaniem grafiku, bo klientów ma w różnych miejscach północnego New Jersey, od Baskin Ridge po Rutherford. “Codziennie pracujemy w innym rejonie” – mówi.
W tym sektorze Marta pracuje już ponad 20 lat. “Przyjechałam do USA 26 lat temu, gdy miałam 20 lat. Zaczęłam sprzątać, tak jak większość dziewczyn, które przyjeżdżały do Stanów bez znajomości języka, bez wykształcenia i legalnego pobytu. Nie było to coś, co chciałam w życiu robić, ale był to najprostszy sposób na zarobienie pieniędzy” – opowiada Marta, która tuż po przyjeździe zaczęła uczyć się angielskiego, potem zaczęła studia, ale przerwała je, gdy urodziła pierwsze dziecko. Postanowiła poświęcić się rodzinie, a w międzyczasie musiała pracować.

Sprzątając domy, mogła dostosować godziny pracy do swoich możliwości czasowych. “Znalezienie klientów było bardzo proste. Dawało się ogłoszenie do gazety amerykańskiej w rejonach, w których chciałam pracować, i czasem 10 telefonów dziennie otrzymywałam” – opowiada Marta. Pracy było tyle, że po kilku latach zaczęła zatrudniać kobiety do pomocy. “Najpierw jedną, potem drugą, potem trzecią itd. W najlepszym okresie zatrudniałam 23 osoby” – mówi. Po 9/11, gdy nastąpił zastój gospodarczy, kilku klientów jej się wykruszyło. Teraz dochodzi do tego konkurencja, bo wiele serwisów sprzątających się pojawia na rynku, a te prowadzone przez Latynoski zaniżają ceny. Marta jednak już nie ogłasza się w gazetach, klientów zdobywa z polecenia, bo wyrobiła sobie dobrą markę.

Zatrudnia teraz 15 pracownic, i jest w stanie utrzymać siebie i dwójkę dorastających dzieci. Na zarobki nie narzekają też jej pracownice. “U mnie dziewczyny same decydują, ile będą zarabiać. Ja płacę 60 procent od domku. Jak któraś jest sprytna, to może dwa domki dziennie posprzątać. Średnia ich tygodniówka to 450 dol., ale są takie, które nawet 700 dol. są w stanie zarobić” – wyjaśnia Marta. Przyznaje, że kobiety sprzątające na własną rękę w New Jersey są w stanie zarobić nawet 900 dol. tygodniowo, ale mają większe wydatki niż jej pracownice. “Trzeba mieć samochód, kupić paliwo, znać w miarę dobrze angielski, poza tym coraz więcej klientów wymaga ubezpieczenia. To są duże wydatki, więc na to samo wychodzi – mówi Marta. – Ja mam ubezpieczenie, bo nie wiadomo co może się wydarzyć. Raz moja dziewczyna zahaczyła niechcący o drzwiczki od mebli włoskich, sprowadzanych na zamówienie, w których jeden segment kosztował 2 tys. dol.. Innym razem ktoś wylał chlor na wykładzinę, którą pokryte były schody i podłoga w salonie. Pokrycie tych strat to są duże wydatki” – twierdzi Marta.

Ubezpieczenie daje pewne zabezpieczenie w pracy, która bywa bardzo stresująca, nie tylko ze względu na odpowiedzialność w stosunku do klienta, konkurencję oraz sprawy organizacyjne. “Praca z ludźmi nie jest łatwa. W wielu przypadkach trzeba być psychologiem, bo ma się do czynienia z ludźmi o różnych charakterach. Przy czym nie każdy umie sprzątać. To ciężka praca, do której trzeba mieć smykałkę – uważa Marta tłumacząc, że sukces w tym przypadku polega na obustronnym szacunku i współpracy. – Dziewczyny wiedzą, że mogą do mnie przyjść z każdym problemem i porozmawiać” – dodaje.
Do tej pory zatrudniała Polki, a przez lata łatwo było znaleźć kobiety do pracy. Nasze rodaczki przyjeżdżały na pół roku, często wymieniały się z koleżanką w jednej pracy. Teraz sytuacja się zmienia, bo Polek coraz mniej przyjeżdża na zarobek. “Już kilka lat temu zaczęłam się uczyć hiszpańskiego, bo w naszym rejonie wiele jest hiszpańskojęzycznych kobiet” – mówi Marta, która niedawno przyjęła do pracy pierwszą kobietę mówiącą po hiszpańsku. I tak zaczęła kolejny etap w rozwoju swojej firmy.

“SZKOŁA TO JEDNO, A ŻYCIE TO DRUGIE”

Magdalena Kulisz to właścicielka Orange River Media, firmy świadczącej usługi z zakresu Social Media Marketing. W Polsce skończyła kierunek marketingowy, tutaj poszła na studia związane z informatyką, ale – jak twierdzi – “szkoła to jedno, a życie to drugie”. “Dyplom mam, ale jak przyszło co do czego, to wcale się nie przydał” – mówi Magdalena, która w pracy wykorzystuje najnowsze technologie dostępne w internecie i musi być na bieżąco z tym, co się dzieje w nieustannie zmieniającym się świecie wirtualnym. “Zajmuję się strategiami marketingowymi, wstawianiem płatnych reklam na Facebooku, LinkedIn, konsultingiem i wieloma innymi rzeczami, w zależności od potrzeb i sytuacji klienta” – opowiada Magda, która ostatnio zainteresowała się live streaming i w tym kierunku chce się dalej rozwijać. “Wszystko zmierza w kierunku live streaming i video marketing staje się podstawą każdej strategii marketingowej. Nagrania wideo pozwalają np. na lepsze zapamiętanie marki klienta, szybsze pozycjonowanie stron na Google'u, i wiele innych korzyści” – tłumaczy Magdalena.

Swój biznes rozwija krok po kroku. Gdy w 2012 r. zamknęła się firma poligraficzna, w której pracowała, Magdalena postanowiła zacząć pracować dla siebie. Zaczęła od jednego projektu. “Znajomy, który wiedział, że znam się na projektowaniu graficznym, poprosił o stworzenie mu broszurki, pomoc przy stronie internetowej i tak się zaczęło” – opowiada Magda, która teraz pracuje z klientami polonijnymi oraz amerykańskimi w rejonie Nowego Jorku, ale nie tylko. Ma klientów w Kalifornii, niedawno nawiązała kontakt z producentem oznakowań na Florydzie oraz innym w Londynie. Klientów znajduje z polecenia, ale też przez LinkedIn i inne platformy internetowe. Jej stawki są różne, w zależności od rodzaju projektu. Dla polskiej grupy przedsiębiorczych Polek z grupy “Women Power PL” oferuje godzinę konsultacji za 99 dol. Jej normalna stawka wynosi jednak 200 dol. To kwota, która potem odejmowana jest od ostatecznego rachunku.

Jej firma tak się dynamicznie rozwija, że już zatrudnia trzy osoby, które pomagają jej przy różnych projektach, szuka też asystentki. “Mam duże plany na przyszłość, a jak będzie w rzeczywistości, to zobaczymy” – mówi. Pracy poświęca wiele czasu “od momentu, gdy wstanę do pójścia spać”. “Kocham to co robię, więc praca 'na okrągło' nie jest dla mnie obciążeniem. Ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że nic nie staje się z dnia na dzień, biznes sam nie przyjdzie, trzeba się o niego postarać, a ludzie, którzy coś osiągnęli, ciężko na to pracowali – podkreśla Magda dodając, że inny klucz do sukcesu to pasja. – Jeśli robisz coś tylko dla pieniędzy, to wcześniej czy później się wypalisz”.

Autor: Anna Arciszewska, Aleksandra Słabisz