Dorota Piotrowska: zakochałam się w Nowym Jorku

49

Jest absolwentką romanistyki i kończy właśnie studia w zakresie stosunków międzynarodowych. Jej pasją jest jednak przede wszystkim jazz. Także w tej dziedzinie zdobyła formalne wykształcenie. Choć początkowo uczyła się gry na pianinie, została perkusistką. Zajmuje się także kompozycją i ma w Nowym Jorku własny zespół.

Dorota Piotrowska przebywa w Ameryce od czterech lat. Najpierw przyleciała tylko z krótką, tygodniową wizytą z Holandii, gdzie była na wymianie studenckiej. Zatrzymała się na Brooklynie w wynajętym przez internet mieszkaniu. Od razu jednak wiedziała, że Nowy Jork to miejsce, gdzie chciałaby się znaleźć. Jeszcze w tym samym roku osiedliła się tu na stałe.

W Polsce Dorota kształciła się na wydziale filologii romańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Jednocześnie podjęła naukę we Wrocławskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej.

„Było to dla mnie bardzo ważne doświadczenie, bo w tej muzycznej uczelni zaopiekował się mną perkusista Zbigniew Lewandowski – gwiazda polskiej sceny jazzowej i muzyki fusion. W ogóle do mojego zetknięcia z muzyką doszło, kiedy miałam siedem lat. Grałam na pianie, mieszkając w Lubinie. Wraz ze szkołą podstawową skończyłam tam szkołę muzyczną pierwszego stopnia w klasie fortepianu” – wylicza.

Właśnie w szkole średniej Dorota zasiadła po raz pierwszy za perkusją. Było to dziełem przypadku i stało się za namową kolegi, który zaprosił ją na jam session swojego zespołu.

„Wręczył mi po prostu pałeczki i powiedział 'zagraj', co mnie rozśmieszyło, bo nigdy na perkusji nie grałam. Nauczyłam się jednak szybko pierwszego rytmu. Przerodziło się to w miłość od pierwszego kontaktu z instrumentem” – zapewnia jazzmanka.

Dorota nie od razu potraktowała perkusję z pełną powagą. Kontynuowała naukę w liceum ogólnokształcącym w Lubinie i kiedy była w ostatniej klasie, znajomy mamy, profesjonalny perkusista, skierował ją do Zbigniewa Lewandowskiego. Jeszcze jako studentka Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej miała już pierwsze koncerty w nieistniejącym już klubie jazzowym Rura.

Po ukończeniu szkoły jazzu i muzyki rozrywkowej, a jednocześnie filologii romańskiej, młoda Polka dostała się do Conservatorium Van Amsterdam. Tam poznała jazzmankę Saskie Laroo, która przyjęła ją do swego zespołu. Koncertowały razem w Holandii i całej Europie, a także w Indiach.

Z Amsterdamu nasza rodaczka przeniosła się do Groningen w północnej części Holandii. Chciała się tam kształcić pod kierunkiem wybitnego perkusisty amerykańskiego Ralpha Petersona.

„Otaczała go specjalna aura. Obdarzony jest ogromną wiedzą i przekazał mi ją ze źródła, skąd jazz się wywodzi. Sam zdobył ją od takich legend, jak Art Blakey” – tłumaczy.

Z Groningen Dorota udała się na tygodniową wycieczkę do Nowego Jorku. Było to dla niej nieprawdopodobne przeżycie. Stanowiło przełom w życiu artystki.

„Zakochałam się w mieście i jego atmosferze. Niesamowita była dla mnie przede wszystkim muzyka. Któregoś wieczoru poznałyśmy studentów The New School, którzy zabrali nas do kilku klubów jazzowych. Jednej nocy udało się nam usłyszeć i zobaczyć z bliska światowe gwiazdy jazzu” – opowiada z entuzjazmem perkusistka i kompozytorka.

Jak dodaje, cały tydzień w Nowym Jorku był szalony. Miasto, które nie śpi i co noc żyje jazzem, zupełnie ją pochłonęło. Spełniły się marzenia, żeby doświadczyć tej muzyki u źródła.

„Ciągle było mi tego mało. Kiedy tylko nadarzyła się okazja na wymianę studencką w USA, postanowiłam tutaj wrócić. Chciałam stać się częścią muzycznej sceny Nowego Jorku” – uzasadnia decyzję o wyjeździe na stałe za ocean. Stało się to we wrześniu 2010 roku.

Dorota trafiła najpierw na Brooklyn, studiując perkusję na Long Island University in Brooklyn. Stamtąd przeniosła się do The New School for Jazz and Contemporary Music na Manhattanie.

„W The New School zaznajomiłam się z wieloma młodymi muzykami, z którymi współpracuję do dziś. Sama możliwość mieszkania w Nowym Jorku i studiowania w centrum Manhattanu stworzyła mi szanse na poznanie sceny jazzowej miasta. Co noc bywałam w klubach jazzowych na jam sessions. Czasami wracałam prosto z klubu na zajęcia. Równocześnie zaczęłam koncertować w Nowym Jorku” – streszcza artystka wydarzenia z tamtego okresu.

Dorota grała wówczas w takich miejscach, jak: Smalls Jazz Club, Iridium, Zinc Bar bądź legendarny Lenox Lounge w Harlemie. Występowała u boku różnych muzyków, pośród których są: George Garzone, Jeremi Pelt, Benito Gonzales, Curtis Brothers czy Lonnie Plaxico.

„Do klubów nowojorskich przychodzili muzycy, którzy podobnie jak ja, chcieli się wybić, ale także ci, którzy byli już znani na całym świecie. Nabrawszy doświadczenia przed kilkoma laty założyłam swój własny zespół Dorota Piotrowska Project. Jego skład się zmienia. Grali w nim lub grają różni jazzmani, w tym właśnie Pelt, Zaccai Curtis, Ismel Wignall oraz Yasushi Nakamura. Wykonujemy moje kompozycje, a ponieważ mam słabość do kultury francuskiej, a szczególnie do muzyki, dzięki której nauczyłam się tego języka, gramy też aranżacje utworów, które śpiewała Edith Piaf” – opowiada perkusistka.

Mieszkając w Nowym Jorku Dorota nie traci kontaktów z Polską. W roku ubiegłym, a także przed kilkoma miesiącami, na przełomie września i października, miała tam dwie trasy koncertowe. Przed rokiem uczestniczyła w wrocławskim Jazzie nad Odrą, a w tym wzięła udział w Ethno Jazz Festiwal we Wrocławiu i Adi Jazz Festiwal w Łodzi.

„W Polsce do mojego zespołu dołączył gościnie Pelt, a także kubański perkusista Wignall oraz gwiazdy polskiej sceny jazzowej – kontrabasista Michał Barański i pianista Dominik Wania. Graliśmy głównie kompozycje moje i Pelta. Kiedy wracam do domu, ogarnia mnie stresik, ponieważ chcę zawsze zaprezentować ze sobą coś szczególnego. Publiczność była jednak wspaniała” – opisuje artystka swoje wrażenia z ojczyzny.

W Nowym Jorku Dorota kontynuuje koncerty w tutejszych klubach z różnymi zespołami, jak również ze swoim własnym. Przez pół roku, poczynając od maja, wykładała historię polskiego jazzu w trakcie sponsorowanych przez MSZ warsztatów organizowanych przez polską Fundację Culture Shock w Bibliotece Publicznej na Greenpoincie. W przyszłym roku ma w planie wydanie płyty z własnymi kompozycjami. Chce też pojechać na kolejne koncerty do Polski.
Kariera artystki obejmuje także muzykę klasyczną. Z chórami i sekcją rytmiczną grała m.in. w Carnegie Hall i Avery Fisher Hall, wykonując muzykę takich kompozytorów, jak Bob Chilcott i Will Todd.

Niezależnie od pasji muzycznej Dorota kończy studia magisterskie na Wydziale Stosunków Międzynarodowych City College of New York. Nie jest to zupełny zbieg okoliczności. Jeszcze w trakcie wrocławskich studiów organizowała w tamtejszej Rurze koncerty charytatywne, wierząc, że można pomóc ludziom będącym w potrzebie.

Zainspirował ją do tego jeden z wykładowców. Znał polskiego księdza, który przebywał na misji w Zimbabwe i opowiadał o panującej tam biedzie i moralnym obowiązku wsparcia mieszkańców Afryki.
Także w ostatnim czasie odezwało się u Doroty przejęcie zaniedbanym regionem. Pracowała dla Wydziału Misji Pokojowych ONZ w Afryce Zachodniej. W City College pisze natomiast pracę magisterską o tym, jak sztuka może pomóc w procesie budowania pokoju.

Kompozytorka nie kryje jednak, co jest jej główną pasją. Jak przekonuje, po pobycie w Amsterdamie, a także kilku miesiącach spędzonych w Paryżu, przekonała się, że nigdzie na świecie nie ma takiej sceny jazzowej jak w Nowym Jorku.
„Jest to tygiel, do którego przyjeżdżają zewsząd muzycy, aby spełniać swoje marzenia. Każdy z nich wnosi część swojej tradycji i kultury, co sprawia, że jest to jedno z najciekawszych miejsc jakie znam” – zaręcza jazzmanka.

Zdaje sobie ona też doskonale sprawę, że Nowy Jork jest jednym z najtrudniejszych miast dla artystów. Także dlatego, gdyż ceny mieszkań są wysokie, a za koncerty jazzowe właściciele klubów płacą niewiele.

„Przebicie się w gronie najbardziej utalentowanych muzyków, którzy widząc kobietę za perkusją wciąż patrzą podejrzliwie, nie wiedząc czego się spodziewać, nie jest łatwe. Mimo to bycie częścią świata jazzowego to fascynujące wyzwanie i gdybym miała podjąć decyzję o wyborze jeszcze raz, z pewnością byłby to Nowy Jork” – konkluduje Dorota.

Autor: ND