Dr Małgorzata Styś: wszystkie drogi prowadzą do Nowego Jorku

0
9

Dr Małgorzara Styś po studiach w Wielkiej Brytanii na Uniwersytecie Cambridge przyjechała do Ameryki w roku 1998 i zatrzymała się w Stony Brook, gdzie dostała pierwszą pracę. Mieszkali tam jej bracia i mąż, którzy są lekarzami i odbywali na Long Island rezydenturę. Zanim osiedliła się za oceanem na stałe – przebyła ciekawą drogę.

Małgorzata urodziła się w Warszawie i mieszkała tam do 10. roku życia. Z dzieciństwa szczególnie zapadły jej w pamięci piosenki, których słuchała z babcią.” Ciągle słuchałyśmy Andrzeja Rosiewicza. Babcia mówiła, że jest on bardzo piękny, a ja nie rozumiałam, dlaczego. Pamiętam też ‘Jadą wozy kolorowe’ i ‘Małgośka, głupiaś ty”, co osobiście wzięłam sobie do serca. Byłam otaczana miłością i ciepłem ze strony rodziców, babć i dziadków. Miałam w Polsce błogie dzieciństwo z wyprawami na grzyby i jagody, świątecznymi choinkami i czekoladkami Malaga” – wspomina pani doktor.
Pod koniec lat 70. rodzice Małgosi, którzy byli nauczycielami akademickimi, dostali kontrakt w Nigerii na uniwersytecie w stanie Jos, Plateau State. Dla dziesięcioletniej dziewczynki i jej rodzeństwa oznaczało to kolorowe czasy w tym kraju.

„Ludzie byli bardzo otwarci. Kiedy nauczyło się kilka słów w języku Hausa, można się było targować, w czym się wyspecjalizowałam. Kupowałam za połowę ceny torebki z krokodyla, oryginalne sukienki i nakrycia z różnych materiałów na głowę. Chodziliśmy z braćmi i siostrą do amerykańskiej szkoły misyjnej Hillcrest. Kształciły się tam dzieci reprezentujące ponad 30 narodowości z wielu kontynentów, a także uczniowie nigeryjscy z zamożnych rodzin” – opisuje nasza rodaczka.
Zdaniem Małgorzaty życie w Nigerii było bardziej naturalne niż w Europie. Trzeba się było w to wczuć i podchodzić do wszystkiego na luzie. Czas się nie liczył, nikt nie był zestresowany, za to korupcja kwitła, ale ludzie byli uśmiechnięci, przyjaźni, z dużym poczuciem humoru. Przyjaźnie z tamtych czasów zachowała do dzisiaj. Z drugiej strony, akcentuje, obowiązywało surowe prawo muzułmańskie. Za kradzież chleba nawet małym dzieciom ucinano ręce.

Dr Styś podkreśla, że kiedy mieszkała w Nigerii, było tam wówczas sporo Polaków. Wyemigrowali później do Kanady, USA czy RPA, gdzie studiowały ich dzieci.
„Byliśmy jednymi z niewielu, którzy wrócili na studia do Polski. Kiedy miałam 17 lat, zapisałam się na lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim. Tymczasem, ponieważ w Nigerii zaczęły się pogarszać warunki życia, rodzice przeprowadzili się do Swaziland, a później do Bostwany” – wyjaśnia Małgorzata.
Początkowo nastolatka chciała zostać poliglotką i utrzymać znajomość kilku języków na wysokim poziomie. Ponieważ jednak miała różne pomysły na życie, postanowiła zainteresować się lingwistyką komputerową. Czytała dużo na temat semantyki, gramatyki generatywnej, przetwarzania języków naturalnych, o czym wówczas prawie nikt jeszcze nie mówił.
„Po uzyskaniu dyplomu w Polsce zamierzałam zrobić doktorat z lingwistyki komputerowej albo automatycznego testowania. Złożyłam dokumenty na kilka zagranicznych uczelni. Dostałam stypendium w waszyngtońskim Georgetown University, ale też w Cambridge i Oxford, skąd było bliżej Polski. Poza tym tłumaczenia maszynowe uznałam za najtrudniejszy temat i dlatego zdecydowałam się na Cambridge” – opowiada ówczesna doktorantka.

W Cambridge zaprzyjaźniła się m.in. z portierami, którzy dawali jej ogromne (bo oryginalne) klucze do biblioteki. Natknęła się tam na przytwierdzone do podłogi dzieło Kopernika „De Revolutionibus Orbium Coelestium”. „Czułam się jakbym przez kilka lat uczestniczyła w produkcji filmu” – opisuje ówczesne swoje wrażenia.
W trakcie studiów, żeby zarobić, Małgorzata wybrała się do Szwecji, gdzie na Uniwersytecie Uppsala wykładała lingwistykę i informatykę na studiach magisterskich i doktoranckich. Nie zaspokajało to wszystko jej ciekawości świata.
„Ponieważ wszystkie drogi prowadzą do Nowego Jorku, po skończeniu doktoratu trafiłam do Stony Brook. Po pierwsze, w USA mieszkali moi bracia, a po drugie, Ameryka była światem najbardziej prężnie rozwijających się wysokich technologii” – uzasadnia.
Po przybyciu za ocean Małgorzata urodziła dziecko, toteż w Stony Brook wykładała tylko jeden przedmiot. Szybko zmieniła pracę. Dostała ofertę z ośrodka badawczego IBM w Watson. Była „maszyną konwersacyjną”, bo tak właśnie – tłumaczy – nazywał się jej pierwszy zespół badawczy.
IBM jest dużą firmą, więc żeby się rozwinąć zawodowo, imigrantka z Polski przeszła do biznesu w różnych działach. Była odpowiedzialna za innowację i technologię. Poruszała się, przypomina, w świecie nowatorskich technologii nieobecnych jeszcze na rynku.
„Nigdy nie byłam, z różnych względów, osobą typową. Nie trzymam się szablonu, ani nie boję się zmian. Przechodziłam przez różne szczeble i działy niespokrewnione z badaniami naukowymi. Odpowiadałam za strategię biznesu i technologii dla olbrzymiego działu informacyjnego zwanego CIO, a firma zatrudniała wówczas 430 tysięcy osób na całym świecie. Pracowałam też w dziale sprzedaży zaawansowanych technologii. Sprzedawałam patenty i licencje na cały świat dla bardzo dużych firm w dziedzinie energii, edukacji, finansów itp. Były to nieraz wielomilionowe transakcje” – twierdzi dr Styś.
Podczas przygody z IBM zatrudniona była nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Pracowała też w Wietnamie, Chinach oraz w Indiach. Ekspansja firmy imponująca była zwłaszcza w tym ostatnim kraju. Liczba pracowników sięgała 100 tysięcy.
„Przybyłam tam w 2008 ubrana w sari. Po doświadczeniach w Nigerii było mi bardzo łatwo wtopić się w hinduski krajobraz i kulturę. Miałam tam kilka zespołów, głównie w Pune i Bangalore. Był to najbardziej kolorowy rok w IBM” – zapewnia Małgorzata.
Nie chciała się jednak wiązać z IBM na zawsze. Następnym etapem jej zawodowego życia stało się założenie dwóch firm w sferze nowatorskich technologii stosowanych w edukacji. Pierwsza, niedochodowa, KiTeKi ma ambicje łączyć uczniów w szkołach na całym świecie oraz wyrabiać umiejętność krytycznego myślenia i porozumienia, a także podstaw komunikacji, aby dobrze przygotować nowe pokolenie do pracy w XXI wieku.
Druga korporacja to TeleLingo, zainspirowana własnymi doświadczeniami Małgorzaty jako polonijnego dziecka mieszkającego w różnych krajach. Zaobserwowała tam dużą potrzebę utrzymania przez cudzoziemców ojczystego języka.
„W Cambridge prowadziłam zajęcia z gramatyki opisowej języków słowiańskich. Zgłaszało się do mnie wtedy wielu Polaków w trzecim pokoleniu, którzy bardzo się chcieli nauczyć polskiego. Przychodzili też Anglicy, którzy studiowali lingwistykę i zmieniali swoje zainteresowania z innych języków na polski. Zdałam sobie sprawę dopiero później, mając własne dziecko, z trudności utrzymania polskiego jako języka ojczystego” – mówi lingwistka.
Jej zdaniem dwujęzyczność jest ogromnym bogactwem. Pozbawiając jej dzieci ogołaca się najmłodszych z olbrzymiej sfery możliwości kulturowych, językowych oraz wiążącego się z tym myślenia analitycznego i łatwości uczenia się, w tym także obcych języków.
„Doznania życiowe zainspirowały mnie do założenia firmy TeleLingo, która oferowałaby łatwo dostępne, indywidualne, wygodne, angażujące, i interaktywne lekcje pozaszkolne przez internet na żywo. Dla polonijnych dzieci mogą to być lekcje polskiego, poprawy wymowy angielskiej, hiszpańskiego, włoskiego, a nawet chińskiego” – wylicza.
W ostatniej ofercie firma zawiera również lekcje muzyki. Nauka gry na gitarze klasycznej czy też lekcje z trudno dostępnym na co dzień maestro, np. z Włoch, są możliwe przy zastosowaniu technologii, przy użyciu internetu i kamery.
„W ten sposób technikę gry można nawet opanować lepiej, niż siedząc na tradycyjnej lekcji u boku nauczyciela. Ważne są nagrania, które pozwalają na wielokrotne odsłuchanie, obejrzenie i wykonanie ćwiczenia, zarówno przy nauce języka, jak też muzyki. Czasem ktoś czuje się zaambarasowany, powtarzając błędnie przed nauczycielem jedno słówko. Kształcenie za pośrednictwem TeleLingo eliminuje ten problem” – przekonuje właścicielka firmy.
Lekcje przeprowadzane są na żywo z udziałem nauczycieli, ekspertów i rodowitych mówców. Używają oni zaawansowanych technologii audiowizualnych i interaktywnego e-learning.
Założycielka firmy chciałaby dotrzeć zwłaszcza do środowisk imigracyjnych, które przemieszczają się w różne miejsca. Nieraz sytuacja wymaga bowiem, aby podjęli naukę języków swoich przodków i innych umiejętności związanych z ich ojczyzną. Inaczej w przypadku konieczności powrotu czy wizyt do takich krajów czują się wyobcowani.
Bardziej dalekosiężnym celem TeleLingo jest zindywidualizowana edukacja w sieci. W dostępny sposób firma pragnie dostarczyć ekspertyzy językowej czy umiejętności z zakresu publicznych wystąpień. Interaktywne lekcje w internecie mogą być alternatywą dla mało rozwijającego i niekreatywnego najczęściej spędzania czasu przed komputerem albo przed telewizorem.
„Chcemy żeby dzieci się uczyły, nabierały samoświadomości, umiejętności komunikacyjnych, innowacyjnych, same myślały za siebie, były krytyczne i niezależne. Byłoby świetnie, żeby pierwszymi użytkownikami tej nowoczesnej technologii i nowatorskiego sposobu nauczania była właśnie nasza Polonia” – mówi dr Styś.
W nawiązaniu do zmian w swoim życiu imigrantka zwraca uwagę, że Ameryka jest jej siódmym krajem. Jedynym, gdzie mieszka więcej niż przez 10 lat. Także dlatego, że nie chciała przenosić dziecka z miejsca na miejsce. W USA dostała pracę w najbardziej prężnej dziedzinie badań naukowych, sztucznej inteligencji, co było dla niej bardzo pociągające. Jak podkreśla, w IBM spotkała najciekawszych, najbardziej fascynujących ludzi z całego świata. Uważa też, że w Stanach Zjednoczonych jest też najlepsza infrastruktura do wcielania w życie nowych pomysłów i tworzenia nowych technologii.

Na decyzję Małgorzaty o pozostaniu w Ameryce wpłynęły i tutejsi ludzie, i możliwości czekające na przedsiębiorczych i ambitnych. „Jeśli chcę coś zrobić sama i mam inicjatywę, nikt w tym nie przeszkadza. Przeciwnie, inni dopingują do odkrywania nowych rzeczy, a nawet chcą przyjść z pomocą. W Europie jest więcej sceptycyzmu. Także siatka innowacyjna nie jest nigdzie tak szeroko rozpięta i dostępna jak w USA. W końcu nieprzypadkowo właśnie tutaj jest Dolina Krzemowa” – twierdzi dr Małgorzata Styś.

Autor: ND