Gdzie jesteś, Tadeuszu?!

1
Zdjęcie Tadeusza Przybyły z portalu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie..."

Tadeusz Przybyło mieszkał na Queensie. W styczniowy poranek 2002 roku wyszedł z domu do pracy i… nie wrócił. Od tej pory słuch o nim zaginął. Miał wtedy 49 lat. Wynajęty detektyw ustalił, że nie zmarł, nie został osadzony w więzieniu ani też nie był leczony w żadnym ze szpitali w Nowym Jorku. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało. Rodzina wciąż ma nadzieję, że może któregoś dnia zapuka do drzwi.

Wyjechał do Stanów Zjednoczonych w 1996 roku. W Polsce pozostawił żonę Grażynę i troje dzieci: córkę Joannę oraz dwóch synów – Sławka i Dawida. Cel wyjazdu był jeden – chciał zarobić trochę więcej pieniędzy, bo w Polsce z robotą było coraz ciężej. Miał własną firmę budowlaną. Tynkował domy, wykonywał remonty i sprawiał, że domy były gotowe do zamieszkania. W Wolbromiu, niedaleko od Olkusza, wybudował piękny dom dla swojej rodziny, Wykupił też ładne mieszkanie po teściach w bloku w Wolbromiu.
„Tadek bardzo kochał rodzinę. Dla niego rodzina była najważniejsza. To był naprawdę dobry człowiek. Często dzwonił z Ameryki do mnie, do dzieci. Niestety, syn Sławek już nie żyje. Wiem, że Tadek przed zaginięciem próbował pracować na własny rachunek i założył w Nowym Jorku własną firmę budowlaną – mówi Grażyna Przybyło, która wciąż czeka na męża. – Nie wierzę, żeby przez tyle lat – jeśli żyje – nie odezwał się do mnie, a przede wszystkim do dzieci. Dzisiaj wiem, jestem przekonana, że nie powinien wyjeżdżać. Jego matka była w Ameryce trzy razy. Była też wtedy, kiedy on wyjechał do Ameryki. Mówiła mi potem, że namawiała go często, aby wracał do Polski, do rodziny. Tadek miał 10-letnią wizę, więc mógł od czasu do czasu przylecieć do Polski. Gdyby chociaż raz w roku przyjechał do domu, miałby bliski kontakt z dziećmi i może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale on nie przylatywał, a w pewnym momencie już nie chciał wracać do Polski. Ja już nie wiem, co mam myśleć na ten temat” – dodaje pani Grażyna, ocierając łzy.

Tadeusz Przybyło podczas przerwy w pracy FOTO: Z ARCHIWUM RODZINNEGO

Córka Joanna przyleciała do ojca 30 maja 1998 roku. Ojciec mieszkał wtedy ze swoim ojcem na Brooklynie. Joanna najpierw zatrzymała się u ciotki w tym samym domu, na piętrze, potem przeprowadziła się na 3 Street w dzielnicy Bedford na Brooklynie. Rok później zamieszkała na Queensie razem z ojcem. Po jakimś czasie przenieśli się do innego mieszkania. Gdy Joanna poznała swojego przyszłego męża, wyprowadziła się do Garfield w stanie New Jersey, a ojciec został w mieszkaniu na Queensie. Po trzech miesiącach znalazł lokatorów. Wprowadziła się kobieta z dwoma prawie dorosłymi synami. To było drogie mieszkanie, więc wspólnie łatwiej było go utrzymać. Ojciec Joanny mieszkał z tymi współlokatorami od czerwca 2001 do stycznia 2002 roku. Pod koniec stycznia ojciec zaginął.
„Ojciec prowadził wtedy własną działalność gospodarczą. Zajmował się wykańczaniem domów i przeróbkami mieszkań – opowiada Joanna Kosakowska, córka Tadeusza Przybyły. – Dokładnie nawet nie wiem, kiedy zaginął, bo kobieta, która mieszkała w tym samym mieszkaniu, zawiadomiła mnie dopiero po tygodniu. To mogło się zdarzyć 17 lub 18 stycznia 2002 roku. Zaczęliśmy go szukać. Byłam na policji raz, potem drugi. Policjanci powiedzieli mi, że jeśli jest zdrowym, poczytalnym człowiekiem, to szukać go nie będą, bo sam powinien się zgłosić do rodziny. Twierdzili, że ludzie wyjeżdżają dokądś na tydzień lub dwa, czasami na dłużej, może to być wyjazd związany z pracą, nikogo o tym nie uprzedzają, a potem… wracają.
Ojciec pracował czasami jako subcontractor w Westchester County i w innych miejscach poza Nowym Jorkiem. Nie wiedziałam, gdzie on wtedy pracował, nie pytałam go o to. Oczywiście, mieliśmy ze sobą dobry kontakt. Często dzwoniłam do niego, on do mnie… W grudniu, przed jego zaginięciem, byłam w Polsce. Po przyjeździe widzieliśmy się tylko jeden raz. Kiedy zaginął, dzwoniłam na jego telefon komórkowy, ale nie odbierał. Potem telefon zamilkł, zapewne rozładował się. Moja ciotka wzięła wszystkie jego dokumenty z mieszkania, w którym ojciec mieszkał”.

Po zaginięciu ojca Joanny ciotka wynajęła prywatnego detektywa, aby go szukał. Poszukiwania trwały miesiąc, ale wyników nie było. Ciotka zapłaciła detektywowi 3,5 tysiąca dolarów. Ten nie znalazł żadnych śladów po Tadeuszu Przybyle. Nie było śladów, aby gdziekolwiek wyjechał, aby był w szpitalu czy też aby trafił do więzienia. Nie trafił do żadnego zakładu pogrzebowego. Detektyw szukał też na lotniskach, czy aby nie pojawiło się tam jego nazwisko. I nic. Po prostu zniknął.
„Zgłosiłam zaginięcie ojca do Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku. Wiem, że pracownicy konsulatu prowadzili poszukiwania, sprawdzali różne miejsca, w których mógł się pojawić – ale też bez żadnego rezultatu. Minęło już ponad 17 lat i dalej nie wiemy, co z ojcem się stało” – mówi Joanna.
„Może gdyby Tadeusz mieszkał z córką, albo chociaż bliżej niej, to może nic by się nie stało” – wzdycha pani Grażyna.

Tadeusz Przybyło z matką Stefanią w rodzinnej miejscowości Smęgorzów koło Dąbrowy Tarnowskiej FOTO: Z ARCHIWUM RODZINNEGO

O zaginionym była mowa w programie Telewizji Polskiej „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…”. Od tamtej pory Tadeusz Przybyło widnieje na stronie internetowej tego programu jako osoba zaginiona.
„Wciąż myślę o ojcu. Nadzieja jest zawsze, że może jednak… wróci. Ale rozsądek podpowiada, że gdyby żył, to wróciłby do domu, a już na pewno by się odezwał” – stwierdza Joanna.
„Gdyby żył, na pewno zadzwoniłby do dzieci i do swojej matki – uważa Grażyna Przybyło. – Kiedyś Sławek mi powiedział: ‚Mamusiu, rozmawiałem z tatą i powiedział mi, że dłuższy czas go nie będzie. I powiedział mi, żebym się nie martwił’. Tylko że ten ‚dłuższy czas’ to już ponad 17 lat. Mimo wszystko wciąż mam nadzieję, że uda się Tadeusza odnaleźć, a przynajmniej dowiemy się, co z nim się stało. Zamartwiam się też tym, że sprawy majątkowe nie są uregulowane, a ja chciałabym przekazać dzieciom nasz dom, mieszkanie”…
Formalnie pani Grażyna wciąż jest żoną Tadeusza Przybyło. Ma nadzieję, że mimo tego, iż go wciąż nie ma, ten ich wspólny skromny majątek będzie mogła przekazać dzieciom i wnukom.
„Kiedy myślę o Tadeuszu, wciąż przypomina mi się autentyczna historia, która wydarzyła się po sąsiedzku – mówi pani Grażyna. – Otóż w Porębie Górnej, niedaleko Wolbromia, mieszkał mężczyzna, który wyjechał z Polski do Kanady. Wszelki ślad po nim zaginął. Rodzina próbowała go odnaleźć, ale bez powodzenia. Po 30 latach, ot tak sobie, wrócił do rodziny. Zaraz potem umarł. Został pochowany w Porębie Górnej. Widziałam jego grób”.