Heidi – pani Jadzia – czego się podejmie jest dopięte na ostani guzik

0
6

Ci, którzy działają w środowisku polonijnym, na pewno mieli okazję spotkać Jadwigę „Heidi” Kopalę. Ci, którzy się nie udzielają, ale lubią raz w roku pójść na Paradę Pułaskiego czy Festiwal Dziedzictwa Polskiego – korzystają z rezultatów jej pracy społecznej.

Na paradzie wyróżnia się strojem ludowym. Przez długie lata zakładała strój kujawski, dla podkreślenia regionu, z którego pochodzi. Kilka razy ubrała się w strój krakowski, a w ubiegłym roku wystąpiła w stroju łowickim, który uszyła na zamówienie w Polsce. „Zawsze mi się podobał. Marzyłam o tym, żeby go mieć” – mówi.

NIE CHCIAŁA PRZYJECHAĆ DO AMERYKI
Pochodzi z niewielkiej miejscowości Łąkie w województwie kujawsko-pomorskim. Do Ameryki przyjechała w 1979 r. na chrzest dziecka swojego brata. „Nie chciałam jechać, ale mama mnie namówiła” – wspomina. Brat codziennie prosił żeby została. „Ja się opierałam, bo nigdy nie myślałam o Ameryce. Chciałam wracać do Polski, bo zawsze Polskę kochałam” – mówi pani Jadzia.

Krótko potem poznała Stanleya, swego obecnego męża, brat zaczął starać się o pobyt stały dla niej, a ona powoli uczyła się angielskiego. „Powiedziałam sobie: jak dadzą mi papiery, to znaczy, że to przeznaczenie i mam tu zostać. Jeżeli nie, to wracam do Polski” – opowiada nasza rozmówczyni. Prawnika imigracyjnego w końcu zwolniła, bo nie była zadowolona z jego usług, sama poszła do urzędu imigracyjnego, gdy dostała wezwanie. „You are going to be fine in this country” – powiedziała jej urzędniczka, z którą Jadzia Kopala świetnie się dogadała, mimo że jej angielski nie był jeszcze zaawansowany. „Po pół roku miałam zieloną kartę. Pan Bóg tak chciał. To było przeznaczenie” – podsumowuje.

Po prawie 40 latach Stany Zjednoczone są jej domem, bo tu mieszkają jej dzieci i wnuki. Ale za Polską bardzo tęskni. Jeździła tam co dwa lata, gdy żyli jej rodzice. Teraz, po dłuższej przerwie, jedzie na Wszystkich Świętych. „Dziękuję Bogu za to, co mam. Za to, że jest tyle dobrych ludzi. Cieszę się że jestem, i że mogę z nimi pracować i coś robić dla Polonii. To też jest takie polskie”.

ORGANIZATORKA OD MAŁEGO
„Od zawsze udzielam się w Kościele, zostawałam po lekcjach pomagać nauczycielce, później działałam w harcerstwie. Mój tata się denerwował, gdy późno wracałam do domu. Ale ja bardzo lubiłam się udzielać tu i tam” – opowiada.

Gdy przyjechała do USA, zaangażowała się w środowisku polonijnym w Irvington, NJ. „Irene Wodkiewicz-Wheat wciągnęła mnie do lokalnego komitetu Parady Pułaskiego. Poprosiła, żebym poprowadziła wybory Miss Polonii” – wspomina. I tak zaczęła się jej przygoda z Paradą Pułaskiego. Udzielała się też w kościele oraz w polskiej szkole dokształcającej w Irvington, NJ. Potem przez 6 lat była przewodniczącą Komitetu Parady Pułaskiego w Linden, NJ.

Tam m.in. opracowała szablon książki pamiątkowej, którego do dziś się używa. W międzyczasie zaproszono ją do Komitetu Głównego. „Po rezygnacji pani Brunhard komitet potrzebował pomocy przy bankiecie, a konkretnie przy uroczystej prezentacji Miss Polonii. Tomasz Wojsławowicz, przewodniczący komitetu, zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc”. Bo kto, jeżeli nie pani Jadzia, mógłby sobie w ostatniej chwili poradzić z takim dużym przedsięwzięciem!”

Prezentacją Miss Polonii zajmowała się przez kilka lat, by potem przejąć dowodzenie nad całym bankietem, odbywającym się co roku, na tydzień, przed paradą. To bardzo uroczysty bal, w którym uczestniczy kilkaset osób. „Rekordowe, pod względem frekwencji, bankiety pozostają w pamięci. Do tych zaliczyć można np. te, kiedy Wielkim Marszałkiem był senator Raymod Lesniak czy Darek Knapik. Wtedy na sali mieliśmy ponad 800 osób” – wspomina pani Jadzia.
Podczas bankietu na ogromnej scenie prezentowani są marszałkowie i Miss Polonii z poszczególnych komitetów, przemawiają były i obecny Wielki Marszałek oraz goście honorowi, w tym konsul generalny RP w Nowym Jorku, politycy amerykańscy oraz ci z Polski.
Kiedyś bankiet odbywał się w Waldorf Astoria, a od jakiegoś czasu w hotelu Marriott Marquis na nowojorskim Times Square, w samym sercu Manhattanu.
„Wszyscy myślą, że bankiet to fundraiser dla Parady Pułaskiego, prawda jest taka, że dokładamy do bankietu. Koszty rosną z roku na rok, a my nie podwyższamy cen biletów, dajemy również zniżkę studentom. Dochód z księgi pamiątkowej na szczęście pokrywa tę różnicę” – wyjaśnia przewodnicząca bankietu.

CAŁY ROK PRACA
Na tym jednak nie kończy się jej rola w Komitecie Głównym Parady Pułaskiego. Jadwiga Kopala wspiera jego działania, pomagając m.in. przy finansach oraz wszystkim tym, co potrzebuje jej organizatorskiej ręki. Warto wspomnieć, że praca nad Paradą Pułaskiego trwa cały rok. Tuż po paradzie, po złożeniu raportów, ruszają wybory na kolejnego Wielkiego Marszałka, potem nominacja, sashing i wybory Miss Polonii oraz marszałków poszczególnych kontyngentów.

W Komitecie Parady Pułaskiego, w którym działa 19 osób, Jadzia Kopala ma najdłuższy staż. Pamięta czasy, gdy w tej organizacji działali m.in. Michael Pająk, Tomasz Wojsławowicz – wieloletni przewodniczący Komitetu Parady Pułaskiego, Penny Donnah, Vincent Brunhard i jego żona, Gabriela Urbanowicz, Irene Wodkiewicz-Wheat – sekretarz finansowa komitetu, Irene i Leon Klementowicz, Jake Krowicki czy Michael Sliwiński.

Byli też tacy, którzy działali po cichu, bez rozgłosu. Jadwiga Kopala wspomina Waltera Stojanowskiego, który dbał o to, żeby Empire State Building świecił na biało-czerwono w dniu Parady Pułaskiego. „Przez wiele lat brat Tomasza Wojsławowicza odpowiedzialny był za tzw. parade orders, czyli kolejność grup idących w paradzie. Zbierał informacje od poszczególnych oddziałów, organizował, a my otrzymywaliśmy wszystko ładnie poukładane i wydrukowane. Nigdy nie przychodził na zebrania, więc nie mieliśmy okazji mu osobiście podziękować. Pojawił się, gdy Tomasz Wojsławowicz miał problemy z sercem. Wtedy poznaliśmy człowieka, który tyle pracy wkładał w organizację parady” – wspomina nasza bohaterka dodając, że ze wszystkimi zżyła się jak z rodziną.

SŁAWNI NA PARADZIE
Co roku na paradzie pojawia się plejada znanych osób. Senator Chuck Schumer, kongresmanka Carolyn Maloney, Curtis Sliwa, Raymond Lesniak, John Wisniewski – to tylko niektórzy amerykańscy politycy zaprzyjaźnieni z Polonią i wspierający nas swoją obecnością na Piątej Alei. „Michael Bloomberg co roku przychodził, podobnie jak jego poprzednicy. Bill de Blasio się nigdy nie pokazał” – zauważa nasza rozmówczyni.

Zapytana, która parada zapadła jej szczególnie w pamięć, mówi, że ta, w której ona brała udział jako marszałek z Irvington, i w której gościem honorowym była aktorka amerykańska polskiego pochodzenia Stephanie Powers. „Dobrze pamiętam bankiet, na którym był Rudy Giuliani. Bardzo go lubiłam jako burmistrza” – podkreśla.

Wielką furorę zrobił też Stanley Musial, słynny bejsbolista, gdy pojawił się na bankiecie. W ubiegłym roku w paradzie maszerowała Reprezentacyjna Orkiestra Wojska Polskiego, a marszałkami honorowymi byli senator Anna Maria Anders oraz prymas Polski Wojciech Polak. W tym roku natomiast Piątą Aleją pomaszeruje z nami minister Adam Kwiatkowski z Kancelarii Prezydenta RP.

TRZON FESTIWALU
Choć praca przy Paradzie Pułaskiego trwa cały rok, Jadzia Kopala poświęca swój czas także na działalność w Kościele – w swojej parafii i nie tylko – oraz na organizowanie Festiwalu Dziedzictwa Polskiego.

Zaczęło się od tego, że gdy śpiewała w chórze, poznała Dorotę Sawczuk, wieloletnią działaczkę z New Jersey, która zajmowała się festiwalem z ramienia Polish Heritage League. Krok po kroku Jadzia Kopala wciągała się w organizację tego wydarzenia. Początkowo anonimowo: robiła kopie i pisała listy dla komitetu organizacyjnego festiwalu, ale nikt nie wiedział, że dokłada swoje trzy cegiełki. Potem zaczęła pojawiać się na zebraniach, została skarbnikiem festiwalu, a od roku pełni funkcję przewodniczącej Polish American Heritage League.

Niedawno mocno włączyła się też w Heritage Festival Ball – doroczną uroczystość, podczas której wyróżniani są przedstawiciele lub liderzy grup etnicznych zamieszkałych w New Jersey. „Chcę, żeby Polonia była tam bardziej widoczna” – mówi pani Jadzia. Zachęca też inne społeczności etniczne, z którymi ma styczność przez Kościół, by się angażowały. „Zaprosiłam Portugalczyków, Filipińczyków, sąsiadów z Indii do przyjścia na bal (odbędzie się w tym roku 27 października w Hanover Manor w East Hanover, NJ). Mam nadzieję, że uda mi się też włączyć grupę koreańską” – zapowiada Polka, która zadziwiła (niepolonijny) komitet organizacyjny Heritage Festival Ball tym, że w krótkim czasie udało się jej tyle zdziałać.

Wcześniej, gdy dzieci były małe, zasiadała w komitecie rodzicielskim w ich amerykańskiej szkole, pomagała maluchom podczas lekcji z obsługi komputerów, jeden dzień poświęcała na dyżur w lokalnej bibliotece publicznej i prowadziła grupę zuchów w amerykańskich scoutach.

W działalności społecznej kieruje się jednym. „Czegokolwiek się podejmę, musi być dopięte na ostatni guzik i dobrze zrobione. Taka już jestem” – mówi.

NAJWAŻNIEJSZY JEST CZŁOWIEK
Na co dzień Jadwiga Kopala pracuje w kurii archidiecezji Newark, gdzie przeprowadza audyty i pomaga parafiom we wdrażaniu i obsłudze programów finansowych. „Jak ktoś ma problem, albo nie wie, jak coś zrobić, to odsyłają ich do mnie” – śmieje się. Nic dziwnego, bo „Heidi” chętnie pomaga, jest rzeczowa i ma poczucie humoru. Stąd jej szefowa często powtarza, że chciałaby ją sklonować, a wielu księży i księgowych świeckich nazywa ją „aniołem”.

Mimo że pracuje w finansach, z liczbami, dla Jadwigi Kopali najważniejszy jest człowiek. Kiedyś, gdy pracowała jeszcze w parafii, zapisując w rejestrze datki zebrane w kopertach podczas mszy św., zauważyła, że jedna ze starszych parafianek, mieszkająca blisko kościoła, przestała przychodzić na nabożeństwa. „Zainteresowało mnie to i zadzwoniłam do niej” – mówi pani Jadzia. Okazało się, że to samotna starsza pani, która pewnego dnia w drodze do domu została napadnięta i już nie mogła sama przychodzić do kościoła. Jadzia Kopala zaproponowała, że w każdą niedzielę będzie po nią przyjeżdżać i zabierać do kościoła. Nie było to zresztą nic nadzwyczajnego dla pani Jadzi. Często zabiera znajomych czy potrzebujących w drodze do kościoła, na zebranie czy na ważne wydarzenie. „Moje dzieci przez to mówiły na mnie 'autobus'” – śmieje się.

Gdy pierwszy raz przywiozła starszą parafiankę na nabożeństwo do kościoła, a był to okres Bożego Narodzenia, pani stanęła przed ołtarzem, a po policzkach leciały jej łzy. „Powiedziała, że to ze szczęścia, bo nie myślała, że jeszcze ten ołtarz zobaczy i będzie mogła przyjść do kościoła, z którym zżyła się od młodych lat. To był dla mnie bezcenny moment” – wspomina Jadzia Kopala, która przywoziła parafiankę do kościoła do czasu, gdy starsza pani nie mogła już się poruszać.

ZE WSPARCIEM RODZINY
Zaangażowanie społeczne, praca zawodowa pochłaniają mnóstwo czasu. Tego pani Jadzia ma wiecznie za mało. Sama się dziwi, jak jej się udaje wszystko pogodzić. „W tym musi być palec Boży, bo niemożliwe, żeby przeciętny człowiek mógł tyle naraz zrobić” – mówi. Dodaje jednak, że podstawą jej energii jest wsparcie rodziny – męża Stanleya oraz synów Davida i jego żony Emilii oraz Adama wraz z żoną Anią. Pana Kopalę zawsze można zobaczyć na festiwalu, bankiecie i uroczystym śniadaniu przed paradą oraz potem na Piątej Alei. Razem z żoną szykuje, przygotowuje, ustawia i sprząta. „Nawet, gdy czasem miałam dość i chciałam się wycofać, to mąż mi zawsze mówił: nie rzucaj, organizacja ucierpi” – wspomina Jadzia Kopala.

Dla rodziny zawsze ma czas. Dumna jest z sukcesów swoich synów oraz cieszy się z bycia babcią 6-letniej Eli i 4-letniego Sebastiana. Chciałaby mieć trochę więcej czasu dla siebie: na ćwiczenia dla zdrowia oraz dla ogrodu i kwiatów, bo układanie bukietów to jedna z jej wielkich pasji.

Nie narzeka jednak. „Cieszy mnie to, co mamy. Gdy wychodzę na Piątą Aleję i widzę jak się mieni na biało i czerwono, to mnie duma rozpiera. Tę tradycję zapoczątkowała Polonia lata temu, odcięta od Polski, tęskniąca za krajem. Nie mieli tego, co my mamy: komputerów, telefonów, było im ciężej – jak moglibyśmy tego nie kontynuować. To byłaby tragedia – podkreśla. – Podziwiam tych ludzi, podziwiam to, co stworzyli dla Polonii tutaj, w USA, to jak doceniali polskość”.
Jej marzeniem jest wciągnąć do organizacji, w których działa, jak najwięcej młodych ludzi.

Cieszy się, że jej syn David z żoną Emilią idą w jej ślady. Są coraz aktywniejsi i zaangażowani zarówno w Komitet Parady Pułaskiego, gdzie David m.in. od kilku lat odpowiedzialny jest za uroczyste śniadanie przed paradą, jak i w Festiwal Dziedzictwa Polskiego. „Jestem dumna z tego i ich podziwiam” – mówi pani Jadzia.

Życzy sobie i Polonii, żeby Parada Pułąskiego przetrwała jeszcze co najmniej kolejne 81 lat. „Wierzę, że nie zabraknie wspaniałych ludzi, którzy przejmą po nas pałeczkę. Zależeć to będzie w dużej mierze od nas, starszych, nie młodych. Musimy ich zachęcić, a nie zniechęcić, do udzielania się. Powinniśmy stopniowo im przekazywać pałeczkę, usuwać się i pomagać z boku. Młodzi ludzie mają wiele do zaoferowania. Są mądrzy, trzeba im dać szansę”.

Autor: Aleksandra Słabisz