I że cię nie opuszczę aż… do zielonej karty

630
Dwa lata to minimum, które trzeba przetrwać w małżeństwie, żeby otrzymać przepustkę do rezydentury, a z czasem do amerykańskiego obywatelstwa FOTO: PEXELS

– Czy mogę zrobić Master’s degree w waszej szkole? Czy macie opcję tylko Bachelor’s degree i muszę kontynuować naukę w innej szkole? – pytam po wypełnieniu formularzy aplikacyjnych w jednym z nowojorskich college'ów, który przyjmuje także international students, czyli studentów międzynarodowych. Takich jak ja.

Kobieta za biurkiem opuszcza lekko okulary na nos, dzięki czemu mogę zobaczyć jej okrągłe ze zdziwienia oczy.

– Aż tak długo zamierzasz studiować? – pyta.

– Nikt nie robi Master’s degree? – dziwię się.

Kobieta wybucha śmiechem.

– Do tego czasu wszyscy już są pożenieni i „szkoło, adieu!” – wykonuje gest pożegnania.

– Nie rozumiem…

Kobieta przygląda mi się uważnie.

– Chcesz mi powiedzieć, że zapisujesz się, żeby n a p r a w d ę studiować?

– A jaki inny cel miałoby zapisywanie się do szkoły?

Kobieta wzdycha i wraca do przeglądania mojej aplikacji. W końcu podpisuje kilka dokumentów i wkłada je do teczki.

– Dobrze ci radzę – podaje mi poświadczenie rejestracji i obniża głos. – Jeśli chcesz tutaj zostać, lepiej poszukaj sobie męża.

Dopiero z czasem dowiaduję się, że zapisywanie się do akredytowanej przez amerykański Departament Edukacji szkoły jest jednym z najpopularniejszych wśród imigrantów sposobów na zmianę wizy turystycznej, na której się wjeżdża do USA, na studencką, a co za tym idzie na przedłużenie legalności pobytu. To z kolei umożliwia zyskanie na czasie, podczas którego należałoby znaleźć wśród obywateli Stanów Zjednoczonych kandydata na współmałżonka i jak najszybciej go poślubić. A że nie ma czasu na szukanie prawdziwej miłości, bo wiza studencka nie jest najpewniejszym dokumentem, jeśli chodzi o pozwolenie na pobyt i ma ograniczony termin przydatności, więc należy znaleźć „miłość” szybko i skutecznie. I najlepiej, żeby trwała przez dwa lata, bo wtedy jest się już o krok od przepustki do amerykańskiego snu – zielonej karty. Ta „miłość” słono kosztuje. I to nie tylko finansowo.

Witajcie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, kraju, gdzie miłość niejedno ma imię. A jednym z nich jest Green Card.

– Czy masz papiery? – to pytanie pada niemal natychmiast po „jak masz na imię?” i „skąd jesteś?”. Dlaczego? Ponieważ imigranci w Stanach Zjednoczonych dzielą się na szczęśliwych obywateli lub Green Card holders (posiadaczy Lawful Permanent Resident,czyli w skrócie Green Card, ze względu na zielony kolor dokumentu), czyli tych, których tylko krok dzieli od obywatelstwa, oraz na mniej szczęśliwych nieposiadaczy żadnego z powyższych tytułów. Jest to niewidzialna gołym okiem różnica, która uwidocznia się na lotnisku, kiedy pasażerowie wysyłani są do dwóch osobnych kolejek. Wtedy ci, którzy siedzieli obok siebie w samolocie, zostają nagle rozdzieleni. Kolejka pierwsza, do której wysyłani są obywatele i Green Card holders,jest zwykle krótsza i znacznie szybciej się posuwa. Druga – ta, w której jest cała reszta – jest długa i czekanie w niej zazwyczaj trwa godzinami, zarówno ze względu na liczbę osób, jak i na odstanie swojego przy boksie urzędnika imigracyjnego, który nie będzie witał tak miło i uprzejmie, jak ma to miejsce w przypadku pierwszej kolejki. Tu właśnie po raz pierwszy można zaobserwować wyraźny podział na tych, którzy „mają papiery”, i na tych, co „papierów nie mają”. Zwykle ci, którzy ich nie mają, myślą o tym, jak je zdobyć. Czasami już w kolejce na lotnisku. I zazwyczaj wiedzą, jaka jest do nich droga.

Nigdzie na świecie Amerykanie i Amerykanki nie cieszą się takim powodzeniem u płci przeciwnej jak… we własnym kraju. Czy to zasługa tego, że są najbardziej atrakcyjnym fizycznie narodem? Raczej nie. A może to ze względu na ich nieprzeciętną osobowość? Też nie. To może chociaż odpowiada za to ich słynny „stuwatowy uśmiech”? Obawiam się, że to też zła odpowiedź. Amerykańska małżonka lub małżonek to, owszem, marzenie wielu cudzoziemców, ale bynajmniej nie z powodu powyższych cech, ale z racji… samej narodowości.

– Jakie masz plany? – słyszę zaraz po tym, kiedy już odpowiedziałam na „zestaw obowiązkowy” pytań, na które składają się: „jak masz na imię?”, „skąd jesteś?” i „czy masz papiery?”.

– Najpierw chcę skończyć studia – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Musisz sobie poszukać męża – doradzają imigranci.

– Musimy ci poszukać męża – kiwają głowami Amerykanie.

Jak nigdzie indziej na świecie to stwierdzenie nie ma nic wspólnego z wchodzeniem z butami w życie osobiste i nie jest uznawane za nietakt. Obie strony wiedzą, że nie ma to nic wspólnego z uszczęśliwianiem kogoś na siłę pomocą w wyborze partnera, a jedynie prostym stwierdzeniem, że najszybszym i najskuteczniejszym sposobem na pozostanie w kraju legalnie jest poślubienie obywatela amerykańskiego.

Marlena, drobna szatynka z wielkimi brązowymi oczami i typowo amerykańskim stuwatowym uśmiechem, niespotykanym u mieszkanki wschodniej Polski, przyjechała do Stanów Zjednoczonych jeszcze jako studentka. Miał to być trzymiesięczny wakacyjny wypad w celu podreperowania budżetu. Wjechała na wizie turystycznej, która pozwalała jej zostać w USA do sześciu miesięcy, ale zabraniała pracować. Dlatego wiadomo, że najlepiej przyjeżdżać z jedną walizką, w której znajduje się słomkowy kapelusz, okulary słoneczne i kilka przewodników, żeby nie wzbudzać podejrzeń, że chodzi o pracę zarobkową. Po trzech miesiącach Marlena nie wróciła jednak do Polski. Postanowiła zostać kolejne trzy. Kiedy nieubłagana data upłynięcia wbitej przez urzędnika na granicy pieczątki zaczynała się zbliżać, wiedziała już, że nie chce wracać do kraju. To oznaczało tylko jedno – nielegalny pobyt w USA.

– Wtedy jeszcze nie wiedziałam, z czym to się je – przyznaje Marlena i jej stuwatowy uśmiech zmniejsza się nagle do dwudziestopięciowatowego. – Kiedy upłynął termin wizy, poczułam się jak komputer bez ochrony antywirusowej. Niby nic się nie dzieje, a jednak się bałam. W końcu byłam tu nielegalnie. W nocy śniła mi się policja i deportacja do kraju.

W Stanach Zjednoczonych oficjalnie przebywa ponad 11 milionów nielegalnych imigrantów. Jakie są oficjalne liczby? Tego tak naprawdę nikt nie wie.

– Z czasem uświadamiasz sobie, że tak naprawdę w twoim życiu nic się za bardzo nie zmienia – opowiada Marlena. – Pracowałam jako kelnerka na cash (gotówka – najczęstszy sposób płacenie osobom nielegalnie przebywającym w USA w przeciwieństwie do czeku rozliczeniowego, który jest oficjalną formą płatności w Stanach Zjednoczonych i podlega opodatkowaniu), wynajmowałam pokój w polskiej dzielnicy i próbowałam normalnie żyć. Wytrzymałam pięć lat. Wiem, że w porównaniu z ludźmi, którzy żyją tak dziesięć albo dwadzieścia, to naprawdę nic, ale miałam już dwadzieścia siedem lat i musiałam pomyśleć o przyszłości. Wtedy już znałam Carlosa. Poznaliśmy się w restauracji, w której pracowałam. Był obywatelem. Jego ojciec był Amerykaninem, matka pochodziła z Ekwadoru. Polubiliśmy się. Długo wahałam się, czy go o to spytać. Ale pewnego wieczoru, kiedy odprowadzał mnie do domu, wypaliłam: ożenisz się ze mną? Zaśmiał się. To chyba ja powinienem ci się oświadczyć? Mnie wcale nie było do śmiechu. Mówię poważnie, ożenisz się ze mną? Wiesz, o co chodzi. Wiedział. Z racji tego, że mnie lubił, opuścił cenę do 15 000 dol. Miałam odłożone 10 000 dol. Umówiliśmy się, że będę płacić w ratach. Pierwsza rata przed ślubem, druga po. Reszta w trakcie. Kilka tygodni później byłam już panią Rodriguez.

Handel małżeństwami w USA jest tajemnicą poliszynela. Małżeństwo z obywatelem amerykańskim jest jednym najpopularniejszych, jeśli nie najpopularniejszym sposobem na zdobycie zielonej karty przez imigrantów. Nie mówiąc już o tym, że jest to sposób najszybszy i najskuteczniejszy. Tyle że nie najtańszy. O tym, że zieloną kartę można kupić poprzez zaaranżowanie małżeństwa za „drobną” opłatą, która waha się między 20 000 a 40 000 dolarów, o przejściu wszelkich możliwych szczebli biurokracji, a następnie otrzymaniu szybkiego rozwodu, wiedzą wszyscy. Tyle że nikt nie mówi o tym głośno. Liczby papierowych małżeństw rosną w miarę zaostrzenia przepisów imigracyjnych. Urząd imigracyjny twierdzi, że każda sprawa jest dokładnie sprawdzana i nic nie umknie jego czujnemu oku (istnieje nawet specjalny oddział USCIS zajmujący się oszustwami imigracyjnymi – Fraud Detection and National Security), ale tak naprawdę w 99 procent przypadków zielona karta zostaje wydana. Co prawda, na początek na dwa lata, ale to wystarczy. Dwa lata to minimum, które trzeba przetrwać w małżeństwie, żeby otrzymać przepustkę do rezydentury, a z czasem do amerykańskiego obywatelstwa. Tego, że u starających się o zieloną kartę miłość do współmałżonka mija zwykle równo po dwóch latach i dochodzi do rozwodu, urząd imigracyjny zdaje się nie zauważać. Tak samo jak to, że bardzo wiele małżeństw zawieranych między obywatelem amerykańskim a osobą, która pozostaje na terytorium USA nielegalnie, ponieważ przekroczyła dopuszczalny termin wizy wjazdowej. W tej sytuacji takie małżeństwo rozwiązuje sprawę legalizacji statusu. Jedynym tak naprawdę powodem odmowy wydania zielonej karty jest to, że osoba starająca się o nią popełniła przestępstwo na terenie USA, chociażby poprzez nieposiadanie tzw. legal entry, czyli wjechanie na terytorium Stanów Zjednoczonych nielegalnie. Analitycy z amerykańskiego Center for Immigration Studies szacują, że papierowe małżeństwa stanowią od 5 do 30 proc. tych zawieranymi między imigrantami a obywatelami, ale wydaje się być to dość zaniżoną liczbą.

– Jeśli myślisz, że będzie jak w filmie „Papierowe małżeństwo” albo „Green Card”, to muszę cię rozczarować – kręci głową Marlena. – Nie ma w tym nic romantycznego. Po ślubie i złożeniu aplikacji do urzędu imigracyjnego zaczęło się prawdziwe życie. A to oznacza, że trzeba udawać małżeństwo. Wspólne zakupy, wakacje i rozliczenia. Wspólne zdjęcia na Facebooku. I zastanawianie się, czy któregoś dnia nie zapuka urzędnik, żeby nie sprawdzić, czy spaliśmy w jednym łóżku. Mieszkaliśmy osobno i to na mnie spoczywał obowiązek kolekcjonowania tych wszystkich rzeczy i bycia w gotowości, gdyby nagle coś poszło nie tak. Nie mogłam się doczekać interwiew (rozmowa małżonków z urzędnikiem imigracyjnym, który orzeka o wydaniu zielonej karty imigrantowi). Skreślałam dni w kalendarzu. Tym bardziej że w trakcie trwania naszego „małżeństwa” Carlos zapragnął być prawdziwym mężem. Przynajmniej w pewnych kwestiach, jeśli wiesz, co mam na myśli… – patrzy na mnie wymownie. – Przyszedł kiedyś do mnie wieczorem, podpity, bełkotał coś o małżeńskich obowiązkach i o tym, że jeśli nie będę się zachowywać jak żona, to nie będzie żadnych papierów. Na szczęście udało mi się go wyrzucić z mieszkania. Następnego dnia, kiedy wytrzeźwiał, przepraszał, mówił, że oczywiście, że mi pomoże i tak dalej. Przyjęłam przeprosiny, powiedziałam, że nie ma sprawy, ale w duchu modliłam się, żeby to się szybko skończyło.

Kiedy już dojdzie do umowy z obywatelem USA, to dopiero połowa sukcesu. Zwykle umowa obejmuje przekazanie części pieniędzy przed zawarciem małżeństwa i części po ślubie. Pozostałe pieniądze przekazuje się w ratach. Ma to chronić imigranta przed ewentualnym wzięciem nóg za pas przez „małżonka” albo „małżonkę”. Ślub cywilny to najmniejszy problem. Nawet jeśli urzędnik spojrzy podejrzliwie na młodziutką, drobną blondynkę z Czech i dużo starszego, rosłego Afroamerykanina, nie może przecież udowodnić, że tych dwoje nie połączyło prawdziwe uczucie. Teraz jednak następuje najtrudniejszy moment, czyli przetrwanie dwóch lat pod – mniej lub bardziej czujnym – okiem urzędu imigracyjnego. Świeżo upieczeni małżonkowie muszą wykazać się dokumentami, z których wynika, że mieszkają razem, posiadają wspólny majątek i razem rozliczają się z podatków. W tym czasie warto kolekcjonować wszystko to, co można będzie przedstawić później jako dowód wspólnego życia. Przede wszystkim należy je dokumentować zdjęciowo. Jeszcze lepiej, jeśli część zdjęć obejmuje okres „narzeczeństwa”. Imigrant musi się nieustannie mieć się na baczności. Raz z powodu urzędu imigracyjnego, który w najmniej oczekiwanym momencie może zapukać do drzwi „szczęśliwych” nowożeńców i sprawdzić, jak wygląda pożycie. Dwa – z powodu swojej drugiej połowy z obywatelstwem, która w każdej chwili może się rozmyślić i nie dotrwać do przepisowych dwóch lat i rozwodu. Jeśli jednak wszystko idzie zgodnie z planem, najważniejszym momentem dla „małżonków” jest tzw. interwiew, czyli rozmowa sprawdzająca, czy imigrant „zasłużył” na zieloną kartę. Taki wywiad jest najbardziej stresującą dla imigranta rozmową, ponieważ mogą podczas niego paść najbardziej niespodziewane pytania, począwszy od historii babci ze strony ojca albo po której stronie łóżka śpi zwykle małżonek albo małżonka. O dziwo, więcej pytań otrzymuje obywatel albo rezydent. W ten sposób urzędnik imigracyjny chce sprawdzić „szczerość” intencji także drugiej strony. Wiadomo, że imigrantowi bardziej zależy na otrzymaniu zielonej karty niż partnerowi, więc zakłada się, że ten drugi będzie mniej wyuczony, jeśli chodzi o odpowiadanie na pytania. Z reguły jednak po pierwszej rozmowie szczęśliwy imigrant otrzymuje przepustkę do amerykańskiego snu na dwa lata. Czasami zajmuje to dwie i trzy rozmowy. Ostatecznie jednak na horyzoncie zawsze widać upragnioną zieloną kartę.

– Dzięki Bogu, wytrwałam dwa lata i rozmowa przeszła pomyślnie – mówi Marlena. – Kiedy miałam już w rękach zieloną kartę, myślałam tylko o rozwodzie. Żeby mi go dał i nie robił problemów. Nie robił. W tym czasie poznał dziewczynę z Kolumbii. Miał co innego na głowie. Ciekawe, czy po naszym rozwodzie ją poślubi…

Marlena dostała rozwód i przeprowadziła się ze Wschodniego Wybrzeża do Kalifornii. Pracuje jako menedżerka w restauracji, ma własne mieszkanie i psa. A przede wszystkim upragniony numer – Social Security Number, który posiadają jedynie legalnie przebywające w kraju osoby z pozwoleniem na pracę. Za kilka lat będzie mogła złożyć wniosek o paszport amerykański. Policja już jej się nie śni.

– Miałam dużo szczęścia – przyznaje Camille, która przyjechała do Stanów Zjednoczonych z małego miasteczka we Francji. Niewysoka, z burzą kręconych ciemnych włosów, dużo gestykuluje, kiedy mówi. – Byłam tutaj nielegalnie jedynie dwa lata. Potem poznałam Stevena. Był moim współlokatorem. Powiedział, że mi pomoże, bo mnie lubi. Miałam odłożone pieniądze jeszcze z Francji. Zapłaciłam i po sprawie. Okazał się porządnym człowiekiem, nic ode mnie nie chciał, nie oszukał na kasie. To naprawdę prawdziwy cud. Wiem, że znalezienie kogoś odpowiedniego, kto cię nie oszuka i nie ucieknie z pieniędzmi, to naprawdę duża sztuka. Mieszkaliśmy ze sobą około roku, zdążyłam go trochę poznać, więc wiedziałam już, czego się spodziewać. Cieszę się, że mi się udało. Nie wyobrażam sobie szukania kogoś takiego przez Internet.

Poszukiwanie odpowiedniego kandydata na męża lub żonę dla tzw. papierów odbywa siężnymi kanałami, poczynając od poczty pantoflowej aż po ogłoszenia na stronach dedykowanych poszczególnym narodowościom imigrantów. Przykładowo, na najpopularniejszej nowojorskiej stronie z ogłoszeniami na Polonii bazarynka.com albo na portalu dla Polaków w New Jersey spójnik.com w zakładce „matrymonialne” albo „osobiste” można natknąć się na anonse typu: „Obywatel chętnie pomoże dziewczynie zalegalizować pobyt” albo w bardziej zawoalowany sposób: „Poznam panią w celach biznesowych”. Zdecydowanie więcej ofert kierowanych jest do kobiet. To one właśnie mają większą szansę na papierowe małżeństwo. Panowie nie mają tyle „szczęścia”, chociażby z tego względu, że Amerykanki nie są wcale skore do wychodzenia za mąż za imigrantów. Dobrze poinformowani wiedzą, że są specjalne „agencje”, które kojarzą takie pary. Słynną sprawą było skazanie 62-letniej Filipinki Teresity Zarrabian z Des Plaines. Sama będąc naturalizowaną obywatelką Stanów prowadziła firmę Zarrabian and Associates, gdzie zajmowała się konsultacjami imigracyjnymi, nieoficjalnie kojarzyła pary do papierowych małżeństw. Imigranci płacili jej za od 8000 do 17 000 dol., a ona przekazywała amerykańskim obywatelom uczestniczących w procederze 5000 dol.

Camille jest już szczęśliwą rozwódką. Od półtora roku spotyka się z kolegą z pracy. Obywatelem.

– Wie o wszystkim – przyznaje. – Nie jest zdziwiony. Właściwie jest mu to na rękę, bo sam jest rozwiedziony i nie myśli o kolejnym małżeństwie. Gdybym nie miała papierów, pewnie by mu to przeszkadzało, a tak to sytuacja jest czysta.

W związku zaaranżowanym dla legalizacji statusu nie ma nic romantycznego, jak na przykład w filmie “Green Card”. Po ślubie i złożeniu aplikacji do urzędu imigracyjnego zaczyna się prawdziwe życie. A to oznacza, że dwie obce sobie osoby muszą
udawać małżeństwo…      FOTO: WIKIPEDIA

Teresa, pięćdziesięciopięciolatka ze Śląska, nie miała tyle szczęścia co Camille. W USA jest już piętnaście lat. Przez ten czas, odliczając skrupulatnie pieniądze wysyłane do Polski dla dorosłych już dzieci, odłożyła sporą sumę, żeby zalegalizować swój pobyt. Wydawało się, że znalazła odpowiedniego kandydata – Polaka z amerykańskim paszportem. Znajomy znajomego, którego polecił inny znajomy. On też otrzymał swoją dolę za polecenie przyszłego „małżonka”. Wszystko było ustalone – kwota, przekazanie, data ślubu. Teresa specjalnie kupiła na tę okazję kremowy kostium i buty w takim samym kolorze, chociaż wiedziała, że nigdy więcej tego na siebie nie włoży. W przeddzień wielkiego dnia przekazała przyszłemu małżonkowi kopertę o zawartości 10 000 dol. Następnego dnia zorientowała się, że jest jedyną osobą, która dotrzymała umowy. Jej przyszły „mąż” nie pojawił się. Telefon nie odpowiadał, jego znajomi nie mieli pojęcia, gdzie jest, nie mają z nim żadnego kontaktu. Przepadł jak kamień w wodę. A razem z nich część oszczędności przyszłej małżonki. Teresa nadal ciuła pieniądze. Może następnym razem się uda. Póki co, kostium i buty wystawiła na sprzedaż.

To, co spotkało Teresę, nie jest odosobnionym przypadkiem. Papierowe małżeństwa są obarczone sporym ryzykiem, i to nie tylko ze względu na czujne oko urzędu imigracyjnego. Potencjalny małżonek może zniknąć zaraz po przejęciu części kwoty. Albo nawet zaraz po ślubie. Albo w każdej chwili przed interview i następującym zaraz po nim rozwodem. Wielokrotnie okazuje się, że podczas trwania małżeństwa obywatel żąda co jakiś czas dodatkowej sumy pieniędzy albo upominków ze strony imigranta.

Martyna umówiła się ze swoim przyszłym „małżonkiem” na kwotę 20 000 dol. Układ był czysty – połowa przed ślubem, połowa – rozbita na dwie części – po. Partner nie zawiódł. Zjawił się punktualnie, w nienagannie skrojonym garniturze, z doskonałymi manierami – wymarzony pan młody. Po ślubie dobre maniery się skończyły. Świeżo upieczony „małżonek” od razu zażądał kolejnej raty. Martyna się zgodziła, bo taka była umowa. Nie było jednak w niej mowy o tym, że „mąż” będzie wpadał co jakiś czas, żeby „pożyczyć” trochę gotówki. Jak Martyna się szybko zorientowała, pożyczka była bezzwrotna. Za każdym razem, kiedy próbowała zwrócić mu uwagę, że tak się nie umawiali, groził, że zerwie umowę i nie będzie mowy o żadnym interview.

– Gdybym miała policzyć, ile kosztowało mnie to „małżeństwo”, to uzbierałoby się pewnie drugie tyle, na ile się z nim umówiłam na początku – przyznaje Martyna. – Nie pytaj nawet, ile mnie to kosztowało psychicznie. Przyjechałam zaraz po studiach na wizie turystycznej. Potem zamieniłam ją na studencką, którą przeciągałam, jak długo się dało. Wiedziałam, że chcę tu zostać, ale wiedziałam też, że nie będzie łatwo. W międzyczasie próbowałam znaleźć pracę i firmę, która mogłaby mnie sponsorować. Dzięki temu mogłabym zostać na wizie pracowniczej legalnie. Nie udało się. Proces sponsorowania pracownika jest długi, kosztowny i nie wiadomo, czy zakończy się sukcesem. Pracodawca musi udowodnić, że imigrant jest najlepszym kandydatem na dane stanowisko, bo nie można było znaleźć nikogo równie dobrego w kraju. A wiadomo, że przecież w kraju Amerykanie są najlepsi, prawda? – uśmiecha się gorzko. – Teraz to się zmienia, bo Amerykanie redukują koszty, więc częściej zatrudniają imigrantów na kilkuletnie kontrakty, wydają im wizy pracownicze, a po ich upłynięciu zatrudniają nowych. To nie jest żadne wyjście z sytuacji. Zawsze wtedy pozostaje małżeństwo. Byłam zdeterminowana. Greg wydawał mi się idealnym kandydatem. Sympatyczny, ale konkretny. Szybko doszliśmy do porozumienia. No, ale potem się przeliczyłam… Najważniejsze jednak, że mam to za sobą.

W Polsce Martyna skończyła marketing, w USA po wielu latach – dzięki papierowemu małżeństwu i zielonej karcie – w końcu może wykonywać swój zawód – odpowiada za promocję jednego z ekskluzywnych hoteli na Zachodnim Wybrzeżu. Ma partnera i dwuletnie dziecko. I paszport amerykański. Czy powtórzyłaby małżeństwo dla papierów?

– Nie wiem – kręci głową. – Naprawdę nie wiem…

dokończenie w następnym numerze