Idę swoją drogą…

0
4


Warszawskie Wydawnictwo eManuskrypt wydało 20 listopada 2015 roku Pani książkę „Ona ma siłę”. Odetchnęła Pani, podskoczyła z radości, że wreszcie finał i sukces? Czy w ten właśnie sposób spełniło się Pani marzenie z dzieciństwa – o czym pisała Pani na swoim blogu – o napisaniu książki?
– Napisanie książki było moim marzeniem, to prawda. Już w dzieciństwie i potem jako nastolatka uwielbiałam pisać. Pisałam pamiętniki, listy, zapisywałam cytaty na tysiącu karteczek, układałam własne myśli w wiersze i krótkie teksty. Marzyłam o tym, aby trzymać kiedyś własną książkę w dłoni. Było to pisanie do tak zwanej szuflady. Ale zawsze drzemało we mnie przekonanie, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym moje zapiski ktoś przeczyta. Na książkę jednak nie czułam się gotowa. Coś wewnętrznie podpowiadało mi, że to jeszcze nie ten moment. I tak zleciało 20 lat.
Kiedy kolejny raz opowiadałam mojej przyjaciółce, jak bardzo chciałabym w końcu tę książkę napisać, ona powiedziała mi wtedy: „Iwona, mam ci kupić kartkę i ołówek, czy co? Zrób to w końcu!” Ten moment był przełomem. Do napisania książki wciąż nie byłam gotowa, ale wtedy pojawił się pomysł na pisanie bloga. Dużo bezpieczniejszy. Mniej zobowiązujący. Mogłam się sprawdzić, zobaczyć co ludzie powiedzą o tym moim pisaniu.
Na blogu miałam „ruch” od samego początku. Ludzie zaczęli zostawiać piękne, pełne ciepłych słów komentarze, zaczęłam dostawać maile zachęcające do wydania książki. Pojawiały się pierwsze propozycje… Wtedy, uwierzyłam, że chyba jednak umiem pisać, i że może to w końcu jest mój czas.
W momencie premiery książki, kiedy już po dwóch minutach zaczęły spływać pierwsze zamówienia – to będzie śmieszne co teraz powiem – ale prawie straciłam przytomność. Nie mogłam oddychać, serce mi biło jak oszalałe. Musiałam oddychać w papierową torebkę, bo czułam że tracę tlen. Inaczej wyobrażałam sobie to spełnienie (śmiech).

Proszę powiedzieć o czym jest ta książka? Czy to jest finalizacja tego, o czym pisze Pani na blogu? Czy może raczej jego dopełnienie… Przyznam się szczerze, że to, o czym pisze Pani na blogu jest takie normalne i tak często wzruszające. Świadczą o tym zresztą wpisy czytelniczek, ale czytelników także. No bo jeden pan napisał na przykład: „dzięki Pani wreszcie zdołałem zrozumieć swoją żonę”.
– W książce można znaleźć teksty blogowe, podane w trochę innej formie, ale są tam także nowe teksty. Powiedziałabym, że ta książka jest zbiorem moich myśli i zastanowień nad życiem. Jest w niej mowa – jak napisałam we wstępie – o sile kobiety w dzisiejszym świecie. O drogach, którymi idzie, i tych, którymi uczy się nie iść. O nadawaniu początku chwilom, które się potem w życiu naszym dzieją. Moim zdaniem jest bardzo kobieca, ale widocznie nie na tyle, żeby nie mogli przeczytać jej mężczyźni, o czym świadczą komentarze, które od czasu do czasu od nich dostaję.

A zatem musi być wzruszająca…
– Nie mnie to oceniać. Każdy ma chyba inny próg wzruszenia. Jednych pewnie wzruszy, innych być może rozśmieszy. Jednym spodoba się, innym nie.

Pisze Pani swojego bloga od ponad trzech lat. Otrzymała Pani nawet specjalne wyróżnienie w konkursie BLOG ROKU 2012 organizowanym przez onet.pl. Zdobyła Pani również 1. miejsce oraz cztery i pół gwiazdki w rankingu magazynu „Follower”… Czy teraz, po napisaniu książki, nadal będzie Pani prowadzić swojego bloga? Czy był on tylko drogą do osiągnięcia celu, jakim jest książka?
– Blog początkowo rzeczywiście traktowałam jako wstęp do spełnienia marzenia o napisaniu książki. Jednak już po paru tygodniach stał się czymś więcej. Zmienił niesamowicie dużo w moim życiu. Pisanie jest dla mnie jak lekarstwo. Wypisując emocje, które mnie rozpierają, czuję się lżejsza, spokojniejsza. Pomógł mi również zrozumieć samą siebie. Pisząc coś, często nie wiem co z takiego tekstu wyniknie. Bywa tak, że wniosek na końcu danego wpisu zaskakuje samą mnie. Wiem, jak to brzmi… Trudno to wytłumaczyć. Człowiek to bardzo skomplikowany mechanizm. Czasem nie wie, ile w jego wnętrzu drzemie odpowiedzi i rozwiązań. Ja pisząc, dokopuję się w jakiś przedziwny sposób do tego, co głęboko tkwi w mojej podświadomości.
Z książką jest tak, że zostaje napisana i idzie w świat. Autor przestaje mieć nad nią kontrolę. Ktoś ją przeczyta, a myśli, które ma w głowie, nie są autorowi znane. Na blogu jest inaczej. Jest funkcja komentowania. Każdy może wyrazić swoje zdanie czy odczucia. Te interakcje międzyludzkie pod postem są kontynuacją tego, co napisałam w poście. Dopełniają moje myśli. Zastanawiają. Budują ciąg dalszy. Mam poczucie, że są ważną częścią tego bloga. Blog będzie nadal istniał. W tej chwili nie wyobrażam sobie go nie mieć. 

A czy zdarzają się na Pani blogu komentarze negatywne – tak zwane hejty?
– Oczywiście że się zdarzają. Każdy z nas jest inny, ma inne podejście do życia, co innego go interesuje, inspiruje, czego innego oczekuje. Tematy, które poruszam na blogu i sposób, w jaki je opisuję mogą wydać się komuś śmieszne, głupie, bezsensowne. Szanuję to. Jesteśmy różni i nie jest możliwe abyśmy wszyscy lubili to samo. Jeżeli komuś nie podoba się moje podejście do życia, proponuję opuścić moją stronę, nie czytać ksia(żki… bo i po co? Nie ma sensu wprowadzać się w negatywne emocje. Ten blog ma być przyjemnym kawałkiem przestrzeni dla ludzi, którzy mają ochotę spędzić czas z moimi słowami. Jednak z prawdziwym hejtem miałam do czynienia tylko dwa razy. Były to wulgarne, pełne nienawiści, ubliżające mojej rodzinie komentarze. Skasowałam je natychmiast. Pozostałe, nawet te czasem negatywne dla mnie, zostawiam. Stworzyłam publiczne miejsce, więc niech publiczność ma prawo się wypowiedzieć.

Wszystko ma swoją przyczynę, co zatem spowodowało, że jako młodziutka dziewczyna, tuż po studiach, wyjechała Pani z Polski? Nie mogła Pani znaleźć dla siebie miejsca w ojczyźnie? Czy może to pogoń za czymś innym, głód świata?
– Złożyło się na to wiele czynników. Pierwszym z nich było to, że mój tato mieszkał w Stanach Zjednoczonych na stałe – wyjechał, kiedy skończyłam 7 lat. Próbował zarazić mnie Ameryką, chciał żebym tu została już po skończeniu liceum. Jednak mnie Ameryka wtedy się nie podobała. Po studiach w Polsce – mimo że skończyłam dwa kierunki – nie mogłam znaleźć satysfakcjonującej pracy. Tata kupił mi mieszkanie, z pomocą taty założyliśmy z mężem swój sklep, w prezencie ślubnym dostaliśmy od niego samochód… Tego było już za wiele. Bez mrugnięcia okiem postanowiliśmy wyjechać i w końcu zacząć na siebie zarabiać.
Od samego początku myślałam i też głośno o tym mówiłam, że w Ameryce jestem tylko po to, aby zarobić i jak tylko uzbieram tyle, ile potrzebuję, wracam do Polski. Stało się jednak inaczej. Im dłużej tu żyłam, tym większe różnice widziałam między oboma krajami… I w końcu Ameryka stała się kusząca. Poza tym moja najbliższa przyjaciółka z dzieciństwa tutaj mieszkała. To dla niej rzuciłam Nowy Jork i pojechałam do Pensylwanii. Ona również odegrała wielką rolę w procesie moich wyborów i adaptacji w Stanach Zjednoczonych.

Żyje Pani w Stanach już 12 lat… Nie żałuje Pani tamtej decyzji o wyjeździe z Polski, nie tęskni Pani za rodzinnym domem, nie myśli Pani o tym, aby tam jednak wrócić?
– Tęsknię w momentach, gdy odwiedzają nas goście z Polski. Wtedy przywożą ze sobą kawałek tamtego świata. Wtedy czuję takie lekkie ukłucie w sercu. Dzieci naszych znajomych mówią czystą, piękną polszczyzną. Nasze, niestety, kaleczą język, szukają słów, mają trudności w budowaniu złożonych zdań. W takich chwilach mam poczucie ogromnej odpowiedzialności i wewnętrzny przymus przekazania im tego języka oraz jak najwięcej wartości i tradycji polskich.  Nasze decyzje sprzed dwunastu lat miały ogromny wpływ na życie moich dzieci, na to jakie są, jakim językiem mówią, w jakim języku opowiadają kawały, jakich przedmiotów się uczą i jakie mają relacje z dziadkami w Polsce. To duże obciążenie psychiczne. Ale pocieszam się myślą, że będzie im tu łatwiej żyć. I znacznie mniej stresująco.
Tęsknię też, gdy rozmawiam z mamą, szczególnie przed świętami. Gdy mama opowiada mi, jakie okazałe grzyby uzbierała w lesie, albo gdy wysyła mi zdjęcie bociana. Są momenty pełne sentymentów, z którymi czasem trudno sobie poradzić. Ale to są tylko momenty. Na co dzień o tym nie myślę. Uważam, że podjęłam najsłuszniejszą decyzję z możliwych. Uwielbiam Amerykę. I czuję się tu bezpiecznie.

Kiedyś napisała Pani na swoim blogu: „Wracać do Nowego Jorku uwielbiam. Już kiedyś chyba o tym pisałam, że odczuwam wtedy takie specyficzne poczucie wolności. Inne niż gdziekolwiek indziej”. Dlaczego zatem nie wybrała Pani tego miasta na miejsce swojego życia?
– Mieszkałam w Nowym Jorku przez pół roku. Dla mnie jest on za duży, za głośny, za chaotyczny. Za mało w nim miejsca na moje podejście do życia. Wybrałam znacznie spokojniejszą Filadelfię. A po dwóch latach kupiliśmy dom za miastem. Parę miesięcy temu zamieniliśmy go na taki, gdzie mam dużo ziemi i w końcu mogę mieć więcej krzaków pomidorów, malin, agrestu, porzeczek, myślę nawet o posadzeniu ziemniaków. Zdecydowanie jestem bardziej wiejska niż miejska. Nie mam tylko kur, na które mnie tata nieustannie namawia (śmiech).
A do Nowego Jorku wracam bardzo chętnie i uwielbiam go jako miasto do odwiedzin czy zwiedzania. Nie mogłabym jednak tam mieszkać.

Pani życie codzienne to prowadzenie z mężem dwóch firm, wychowywanie trzech córek, prowadzenie domu… Jak udaje się Pani zdobyć jeszcze czas na pisanie, bo to przecież wielce absorbujące zajęcie?
– Pisanie to moja pasja. Pomimo permanentnego braku czasu, na pisanie zawsze go znajduję. W roku szkolnym, gdy dzieci są w szkole, tydzień mam podzielony na dni ściśle według obowiązków. Poniedziałki to zakupy, wtorki – pranie z całego tygodnia, piątki są dla firmy itd. Jestem dobrze zorganizowana. W wakacje jest dużo trudniej, ale też udaje mi się pisać. Kiedy coś kochasz, nie pytasz życia czy podaruje ci na to czas. Wyrywasz go pomiędzy wierszami.

Czy rodzina inspiruje Panią do pisania, w jakiś sposób Pani pomaga?
– Jest dla mnie niewątpliwie inspiracją. To dzięki rodzinie jestem spełniona i szczęśliwa. To mój największy życiowy sukces. Czerpię z niej nie tylko inspirację, ale też ogromną siłę życiową, potrzebę walki o swoje. Jest moją ostoją i motorem napędowym. Moja rodzina jest najcenniejszym skarbem, jaki mam.

Rozumiem, że na tej jednej książce się nie skończy, bo byłoby to zbyt szybkie zakończenie przygody z pisaniem… Czy dojrzewają już zatem nowe pomysły, ma Pani jakieś plany?
– Plany mam. Jestem znakomicie zorganizowaną planistką. To moja cecha, która spędza sen z powiek mojego męża. Na wszystko w życiu muszę mieć plan. Wtedy czuję się bezpiecznie. Natomiast moje otoczenie często ma po dziurki w nosie życia zgodnie z planem. Wypracowaliśmy z mężem kompromis. Nie wyobraża sobie pan, jak to czasem boli (śmiech), ale zdaję sobie sprawę, że życie jest zbyt krótkie, aby rządził nim ładnie ułożony plan. Muszę zaufać intuicji. No i mężowi.
Myślę już o kolejnej książce. Kiedy ją zacznę – nie wiem. Blog natomiast ma się dobrze. Cały czas na nim piszę.

Gdzie można nabyć Pani książkę? Czy będzie Pani mieć spotkania z potencjalnymi czytelnikami?
– Książka jest dostępna w księgarni na moim blogu, w zakładce MOJA KSIĄŻKA. Księgarnia działa w Polsce, ale wysyła książki również do USA. Czas dostawy wynosi około 6 dni roboczych. Czy duże księgarnie stacjonarne ją zamówią, to zależy już tylko od nich. Książka jest również dostępna w księgarni internetowej The Polish Bookstore na stronie http://thepolishbookstore.com. Chciałabym kiedyś zobaczyć ją na półkach w sieci empik. Spotkania z czytelnikami w Polce oczywiście będą – wydawca planuje je na maj 2016 roku. Czy będę mieć spotkania z czytelnikami w USA? Tego jeszcze nie wiem, nie myślałam o tym – może powinnam?

Dziękuję Pani za rozmowę. Życzę dużo pomysłów i sił twórczych oraz wielu udanych spotkań z czytelnikami zarówno w Polsce, jak i w USA.

Rozmawiał: Janusz M. Szlechta

Autor: JANUSZ M. SZLECHTA