Interesuje mnie kompozycja kształtu i koloru

Fryderyk Dammont człowiek-historia

12
Fryderyk Dammont w Klubie Seniora Amber Health na Greenpoincie zaprezentował esej fotograficzny "Park Narodowy Glacier, perła Gór Skalistych" / WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Rozmowa z Fryderykiem Dammontem, podróżnikiem oraz honorowym członkiem Polsko-Amerykańskiego Klubu Fotograficznego

Ma 96 lat, przeżył drugą wojnę światową oraz sowieckie więzienie na Syberii. Mimo że od 1939 roku przebywa poza Polską, to pięknie mówi ojczystym językiem. Fryderyk Dammont – doktor w dziedzinie chemii, a także podróżnik i fotograf – posiada duże poczucie humoru oraz świetną kondycję fizyczną. Kilka miesięcy temu zdobył złoty medal w konkursie narciarskim dla seniorów. Cały czas jest aktywny, a swoją pasją próbuje zarażać innych. Przygotowuje tematyczne pokazy slajdów zrobionych podczas swoich wypraw krajoznawczych i tworzy z nich eseje fotograficzne, które prezentuje na różnych spotkaniach. Niedawno dzięki jego fotografiom i malowniczym opowieściom można było „zwiedzić” Park Narodowy Glacier, stanowiący perłę Gór Skalistych. Prezentacje miały miejsce w Klubie Seniora Amber Health na Greenpoincie oraz w bibliotece Polskiej Szkoły Dokształcającej im. Karola Wojtyły w Linden, NJ.

Janusz Skowron (z lewej), dyrektor Klubu Seniora Amber Health, pokazuje złoty medal zdobyty niedawno przez Fryderyka Dammonta podczas zawodów narciarskich dla seniorów / WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Z pańskiej prelekcji na temat Parku Narodowego Glacier oraz Gór Skalistych wynika, że jest pan nie tylko zapalonym podróżnikiem, ale także fotografikiem, czego dowodem są piękne i ciekawe slajdy, które pan prezentował. Skąd u pana to zainteresowanie podróżami i fotografią?
Z wykształcenia jestem fizykiem i zawodowo zajmowałem się badaniami. Natomiast w wakacje starałem się gdzieś wyjeżdżać wraz z żoną, która również bardzo lubiła podróżować. Fotografią zaś interesuję się od dzieciństwa. Ojciec, który również robił zdjęcia, kupił mi aparat i od tego momentu zaczęła się moja pasja. Mam jeszcze zdjęcia ojca, które mają już około stu lat, robił mi je, gdy byłem jeszcze oseskiem. Obecnie mam już 96 lat.

Podczas dzisiejszej prezentacji dominowały zdjęcia z przyrodą, roślinami i zwierzętami. Czy to jest główny temat w pańskiej fotografii?
Przyrodę jest łatwo fotografować, bo jest statyczna. Co prawda zwierzęta się ruszają i uciekają, ale można je podstępnie podejść i zrobić ciekawe zdjęcia. W fotografii bardzo interesuje mnie kompozycja. Jeżeli chodzi o slajdy, to w ich przypadku nie ma mowy o żadnym dodatkowym obrabianiu i korekcie. Wszystko, co się na nich znajduje, jest rzeczywistym obrazem, takim, jaki widziałem w wizjerze aparatu. Zawsze staram się bardzo starannie podchodzić do fotografowania, by uchwycić ciekawą kompozycję, tym bardziej że dawniej należało także zwracać uwagę na szanowanie klatek na kliszy, które były bardzo drogie. Dlatego też bardzo uważnie robiłem zdjęcia, ale teraz cyfrowymi aparatami można łatwo skasować nieudane ujęcie i zrobić nowe.

Prócz tego, że utrwala pan ciekawe kompozycje na swoich zdjęciach, to w dodatku później układa z nich interesujące opowieści, wręcz eseje fotograficzne. Trzeba przy tym zaznaczyć, że zdjęcia do nich wykorzystane często pochodzą z różnych podróży i lat.
Znam wielu ludzi, którzy jeżdżąc na wycieczki potrafią w ciągu 16 dni odwiedzić 17 krajów, natomiast ja lubię dokładnie zobaczyć jakieś konkretne miejsce i spędzić w nim więcej czasu. Bywało i tak, że wraz z żoną chodziliśmy po 8 mil w jedną stronę i taka wyprawa była warta każdego kroku. Czasem dobrze jest pojechać gdzieś na szybką wycieczkę, ale tylko po to, żeby się zorientować, co w danym rejonie jest ciekawego, a później przyjechać tam jeszcze raz i dokładnie obejrzeć wybrane okolice. Interesują mnie miejsca mające jakąś historię, czy to geologiczną, czy to geograficzną, czy też związaną z ludźmi tam mieszkającymi, np. Indianami.

Jakie rejony i miejsca wywarły na panu największe wrażenie?
Byłem w wielu ciekawych miejscach. Mam bardzo ładne zdjęcia z Hongkongu, z Chin, jak również z Europy i ze Stanów Zjednoczonych. Bardzo mi się podobały Hiszpania i Portugalia. Również ciekawe są Włochy, a jako że pracowałem dla włoskiej formy to jeżdżąc tam po sześć razy w roku zawsze udawało mi się wygospodarować trochę  czasu na zwiedzanie. Z kolei studiowałem we Francji, więc też miałem okazję dokładnie poznać ten kraj. Interesowały mnie także Niemcy, ponieważ mam stamtąd kilku przodków. Piękna jest również Grecja i kraje byłej Jugosławii. Z europejskich państw nie odwiedziłem tylko Szwecji, Norwegii i Danii.

Wspomniał pan o swoich przodkach, więc może zatrzymajmy się teraz na chwilę na pańskiej przeszłości, która również jest bardzo ciekawa, ale i skomplikowana.
Nie jest to zbyt przyjemna opowieść, ponieważ jestem sybirakiem i spędziłem trochę czasu w sowieckim więzieniu, z którego wyszedłem ledwo żywy. Od razu wstąpiłem do wojska i wyjechałem do Teheranu, gdzie okazało się, że ze względu na stan zdrowia jestem nieprzydatny dla armii. W związku z tym zostałem z niej zwolniony.

A w jaki sposób trafił pan do więzienia?
To bardzo skomplikowana sprawa. Mój ojciec podczas pierwszej wojny światowej przeniósł szarżę (stopień wojskowy – przyp. WM) z austriackiej armii do wojska polskiego. W 1939 roku, gdy miał 49 lat – a więc był już powyżej wieku poborowego – został jako oficer rezerwy powołany do walki, po czym zaginął gdzieś w Rosji i nigdy już się z nim nie widzieliśmy. Wiem, że pojawił się później w Kermine w Uzbekistanie, gdzie zmarł i został pochowany. Natomiast ja po rozpoczęciu wojny byłem już po przeszkoleniu wojskowym i postanowiłem, za namową mojej mamy, wstąpić do wojska. 3 września 1939 roku w Krakowie, gdzie mieszkaliśmy, dostałem do ręki karabin i kazano mi iść na wschód. Doszedłem do Równego na Ukrainie i tam na środku ulicy widziałem cztery rzędy polskich oficerów z opuszczonymi głowami i rozpiętymi mundurami – byli to ci, którzy później zostali zabici w Katyniu. Po zakończeniu pierwszych działań wojennych chciałem wrócić stamtąd do domu, do Krakowa, ale zostałem ujęty przez Rosjan i osadzony w więzieniu.

Jak wyglądało więzienne życie?
Było to miejsce, w którym od nas nic nie zależało, i jeżeli ktoś twierdzi, że był bohaterem w więzieniu, to po prostu kłamie. Pracowałem w kopalni złota za jedzenie, ale nie ma się czym tutaj chwalić. Byliśmy poniżani, przez co wówczas na niczym nam nie zależało. Warunki były koszmarne, a temperatura na poziomie minus 50, minus 70 stopni Celsjusza. Żeby przeżyć, musieliśmy kraść chleb. Wiem, że nie jest to nic chwalebnego, ale niestety taka była rzeczywistość. Miałem tyle wszy, że więźniowie z sąsiednich prycz poszli do administracji, żeby mi dali nowe ubrana. Miałem wówczas na sobie mundur, który otrzymałem podczas przysposobienia wojskowego. Gdy zostałem zwolniony z więzienia, to wraz z kolegami – nie mając zaufania ani do Niemców, ani do Rosjan – postanowiłem uciec z tego kraju. Dotarłem do Władywostoku, gdzie prawie udało mi się wejść na okręt płynący do Korei, ale niestety zostałem z niego ściągnięty.

Jak potoczyły się dalsze pańskie losy?
W lutym 1942 roku wstąpiłem do powstającego polskiego wojska. Byłem w nim do sierpnia, do czasu ewakuacji na Bliski Wschód. Wówczas byłem chory na tyfus. Na powrót do zdrowia musiałem czekać pięć lat. W tym czasie zrobiłem maturę i ukończyłem studia i zdobyłem dyplom. Z Bliskiego Wschodu, gdzie byłem do 1949 roku, trafiłem do Francji, tam w 1951 roku zrobiłem doktorat, po czym rok później przez Anglię wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Na amerykańską wizę czekało się wówczas pięć lat. Dostałem ją tylko dlatego, że moja mama pomagała Żydom, wywożąc ich w czasie wojny z Polski. Co prawda ci, których mama uratowała, nie udzielili mi odpowiedniej pomocy, ale za to okazali mi ją profesorowie, z którymi byłem zaprzyjaźniony, gdy studiowałem na Uniwersytecie Grignarda we Francji. Jeden z nich powiedział, że załatwi mi odpowiednie papiery i dał mi wszelkie potrzebne gwarancje. Z kolei moja koleżanka ze studiów, a późniejsza żona, przyjechała do Ameryki rok wcześniej, więc postanowiłem do niej dołączyć. Wyjazd do Nowego Jorku planowałem od samego początku, ponieważ mimo młodego wieku i braku doświadczenia miałem w ręku dobry dyplom. Chcąc konkurować z innymi, wiedziałem, że muszę mieć podobne kwalifikacje, dlatego rozpocząłem studia na NYU, gdzie zrobiłem różne kursy i zdobyłem kolejny dyplom. Uczelnia ta dała mi licencjat (bachelor’s degree). Mam wykształcenie chemiczne, a specjalizuję się w polimerach. Studia bardzo pomogły mi w pracy oraz opanowaniu języka. Co prawda mówię z akcentem, ale nie mam żadnej trudności, żeby rozmawiać po angielsku.

Ale również pięknie mówi pan po polsku, mimo że od czasu wybuchu drugiej wojny światowej mieszka pan poza granicami naszego kraju.
Przed wojną chodziłem do szkoły w Polsce, a później uczyłem się polskiego w Teheranie. Poza tym moja żona była Polką, więc rozmawialiśmy po polsku. Obecnie nie mam żadnej trudności w komunikowaniu się po polsku, chociaż brakuje mi niekiedy słów, zwłaszcza tych, które ukształtowały się po moim wyjeździe z kraju. Równie dobrze potrafię mówić po francusku, niemiecku i angielsku, a nawet po rosyjsku, chociaż wzbraniam się od tego, ponieważ za bardzo przeklinam w tym języku, co jest pozostałością po pobycie w rosyjskim więzieniu. Obecnie mam przyjaciół z wielu krajów – są wśród nich zarówno Amerykanie, jak i emigranci pochodzący z różnych stron świata, nawet z Chin. Nie odczuwam żadnej różnicy pomiędzy nimi a mną i na odwrót.

A czy wie pan może coś więcej na temat tego, w jaki sposób pańska mama pomagała Żydom?
Mama pociągiem przemycała ich przez Austrię do Szwajcarii. Jako że z pochodzenia była Austriaczką, to płynnie posługiwała się językiem niemieckim, natomiast po polsku mówiła z akcentem i nawet nie chcę myśleć o tym, co by jej Niemcy zrobili, gdyby została nakryta.

Jak udało się panu odnaleźć w Stanach Zjednoczonych?
Po przyjeździe do Ameryki zacząłem pracować w fabryce, ponieważ miałem w kieszeni tylko 60 dolarów. Tutaj przysłużyli mi się kuzyni Żydów, których moja mama uratowała. Mimo że wówczas bardzo słabo mówiłem po angielsku, to jeden z nich pomógł mi znaleźć pracę w fabryce, w której przez sześć miesięcy zajmowałem się produkcją proszku na śmierdzące nogi. Później, po redukcji załogi, trafiłem do działu badań. Wtedy też ożeniłem się. Żona zajęła się nostryfikacją swojego dyplomu, ponieważ była dentystką, a ja postanowiłem znaleźć sobie bardziej płatną pracę, przez co zacząłem się coraz bardziej rozwijać zawodowo. Zajmowałem się podstawowymi badaniami, a przy okazji miałem przyjemność poznać sześciu noblistów. Później uznałem, że moja kariera będzie się lepiej rozwijała, jeśli rozpocznę pracę w przemyśle, i faktycznie tak się stało. W dodatku miałem tam o wiele lepszą sytuację finansową. Początkowo pracowałem dla włoskiej firmy zajmującej się elektroniką, a później w kompanii produkującej aparaturę medyczną. Pracując jako naukowiec zajmujący się badaniami i polimerami miałem ten komfort i nadzwyczajną możliwość, że mogłem robić wszystko, co mnie interesowało, pod warunkiem, że potrafiłem uzasadnić, że jest to ciekawe, nawet jeżeli niekoniecznie miało się później czemuś przysłużyć. Bardzo lubiłem swoją pracę i spędzałem w niej wiele nadgodzin, ponieważ nie mogłem zostawić pewnych eksperymentów, zanim nie otrzymałem wyniku lub przynajmniej jego części. Czasami przez pół roku nie miałem żadnego wolnego weekendu.

W jaki sposób, mimo tak wielu obowiązków zawodowych, potrafił pan jeszcze znaleźć czas na podróże i fotografie?
Po długim i wytężonym okresie pracy zawsze starałem się wziąć urlop, aby wraz z żoną, która także ciężko pracowała, odpocząć i popodróżować. Mam takie podejście do wszystkiego, że jak czegoś spróbuję i to mi się spodoba, to oddaję się temu całkowicie. I tak jest z fotografią, w której głównie interesuje mnie kompozycja kształtu i koloru. Tak więc zawsze podczas podróży starannie robiłem zdjęcia, i mimo że nie zawsze byłem zadowolony ze wszystkich zdjęć, to z wielu jestem dumny. Mam bardzo dużą bibliotekę slajdów (ok. 35 tysięcy) i przygotowuję różne prezentacje złożone ze zdjęć z wielu wypraw. Robię także odbitki i pokazuję je na wystawach.