Jak zgubiłem nadwagę

0
0

Mamy już jednak prawie połowę stycznia i z własnego doświadczenia pamiętam, że jest to czas, w którym zaczynają słabnąć najmocniejsze nawet noworoczne postanowienia – także te o zrzucaniu nadwagi. Zdecydowałem się więc podzielić się swoimi doświadczeniami w nadziei, że może uda mi się podtrzymać na duchu choćby jedną osobę walczącą z własną nadwagą. Bo schudnąć można przy odrobinie konsekwencji.

Schudnij zdrowo
w „Nowym Dzienniku”

Już w najbliższy piątek, 18 stycznia 2013 roku o godz. 7 wieczorem odbędzie się w redakcji „Nowego Dziennika” (70 Outwater Lane, Garfied, NJ 07026) pierwsze spotkanie nowej grupy konkursu „Schudnij zdrowo”. Spotykać się będziemy co tydzień. Serdecznie zapraszamy wszystkich, którzy chcą gubić kilogramy z redaktorami „Nowego Dziennika”.

Istnieje też możliwość dołączenia się do już działających grup konkursu „Schudnij zdrowo” w metropolii:

poniedziałki – siedziba konkursu „Schudnij zdrowo” 812 N. Wood Ave Suite 304. Linden, NJ 07036. początek o godz. 7:30 wieczorem
wtorki – Agencja Pol-Travel w Garfield, NJ, 114 Palisade Ave. początek o godz. 7:30 wieczorem
środy – Exit Real Estate na Greenpoincie, 121 Greenpoint Ave., o godz. 7 wieczorem.

Więcej informacji pod numerami telefonów: (212) 594-2266 w. 113 lub 120, albo (973) 727-4874.

Impuls
W moim przypadku nadwaga była przede wszystkim wynikiem długoletniego zaniedbania. Kilkanaście godzin pracy za biurkiem dziennie, brak ruchu i bliskość lodówki robiły swoje – przekraczałem kolejne wydawało się nieprzekraczalnie granice: 200, 210, 220, 230, 240 funtów…

Chyba każda osoba z nadwagą myślała lub myśli o poważnym zabraniu się za odchudzanie. I odkłada moment rozpoczęcia kuracji na później. „Najlepsze odchudzanie to odchudzanie od jutra” – mówi oklepany już żart-wytrych, którym usprawiedliwiamy własne łakomstwo. A ponieważ wiemy od Sławomira Mrożka, że „jutro to dziś, tyle że jutro” – nie zaczynamy nigdy. Potrzebny jest impuls, który przesądzi o tym, że się wreszcie zabierzemy za siebie. Dla mnie, z zawodu dziennikarza, bodziec do odchudzania przyniósł rok temu wywiad z Angeliną Jolie, który przeprowadziłem na Manhattanie dla polskiego tygodnika „Newsweek”. Kiedy po rozmowie z aktorką poprosiłem jej sekretarkę o zrobienie nam wspólnego zdjęcia iPhone'em, zobaczyłem na ekranie smartfona nadmuchanego jak balon faceta stojącego obok pięknej kobiety. A gdy kilka dni później pochyliłem się i miałem problem z zawiązaniem własnej sznurówki, wiedziałem, że przekroczyłem granicę, której nigdy nie powinienem przekroczyć.

Grupa
Powiedzmy sobie szczerze – nie zrzuciłbym nadwagi, gdyby nie pomoc grupy wsparcia. Kiedy mój redakcyjny kolega Janusz Szlechta, z którym mam przyjemność pracować biurko w biurko, powiedział mi o konkursie „Schudnij zdrowo”, puściłem najpierw informację mimo uszu. Dopiero po kilku tygodniach, gdy on sam zaczął tracić na wadze (red. Szlechta zgubił w sumie około 30 funtów), postanowiłem spróbować. Grupa „Schudnij zdrowo” zbierała się raz w tygodniu w agencji Pol-Travel w Garfield u gościnnych państwa Zofii i Tadeusza Strzałków. Spotkania okazały się więc nie tylko źródłem pożytecznych informacji o zdrowym odżywianiu – wykłady prowadził głównie dr Janusz Witkowski – ale także miłym wydarzeniem towarzyskim. W zebraniach grupy uczestniczyły (i uczestniczą nadal) osoby znajdujące się na różnych etapach procesu tracenia nadwagi. Sylwetkom niektórych uczestników nie można już było nic zarzucić – przychodzili na spotkania, aby miło spędzić czas w gronie znajomych i utwierdzić się w nawykach zdrowego odżywiania. Bo wiedza o tym, co nas żywi, a co nas tak naprawdę truje, jest bezcenna.

Na własnej skórze przekonałem się, że perspektywa stanięcia na wadze raz w tygodniu i porównania swoich osiągnięć z wynikami innych uczestników grupy była niezwykle motywująca. W grupie nie odczytywano publicznie całej wagi każdego z uczestników, ale każdy mógł się dowiedzieć, ile komu w ciągu tygodnia ubyło lub – co zdarzało się dużo rzadziej – przybyło funtów. Każdy więc chciał pojawić się na spotkaniu ważąc jak najmniej. Nagrody, a były takie, przyznawano natomiast za procentowy spadek masy ciała, a nie za liczbę zgubionych funtów.

W moim przypadku poskutkowało. W pierwszej edycji trzymiesięcznego konkursu, mimo że włączyłem się w połowie cyklu, zgubiłem około 35 funtów. W drugiej – już na przestrzeni pełnych trzech miesięcy – zrzuciłem mniej więcej tyle samo. Trzeci cykl był już tylko „kosmetyką” – nie miałem już specjalnie z czego chudnąć. Ale też straciłem kilka funtów. I kibicowałem innym członkom grupy, którzy chudli w podobnym tempie, jak ja podczas pierwszych dwóch cykli.

Ruch
Drugim sekretem szybkiego chudnięcia okazał się ruch. Wyjaśnianie dlaczego, nie ma sensu – o zbawiennym wpływie ćwiczeń fizycznych na linię wiemy przecież wszyscy. Mimo siedzącej pracy prowadzę dość aktywne życie (jeżdżę na nartach, sędziuję mecze piłkarskie). Trzeba było tylko przełamać lenistwo i przemóc się. Co najmniej 30 minut ruchu sześć dni w tygodniu. I żadnych usprawiedliwień. Zacząłem wykorzystywać abonament do gymu, do którego i wcześniej mogłem chodzić 3 razy w tygodniu. W innych dniach był rower, bieżnia na pobliskim stadionie albo po prostu przebieżka po uliczkach. A w dni słotne – stacjonarny rowerek, który stał od ponad roku w pokoju jak wyrzut sumienia, kupiony przez rodzinę z nadzieją, że kiedyś wreszcie się zabiorę za odchudzanie. Stawiałem go przed telewizorem także wtedy, gdy oglądałem transmisje sportowe, przekonując się na własnej skórze, że rzeczywisty czas rozegrania jednej kwarty meczu futbolowego czy koszykówki trwa co najmniej 40-45 minut.

Nie od razu rzuciłem się jednak, aby przebiec maraton. Zacząłem od krótkich przebieżek, bo na początku już po 100 metrach truchtu dostawałem zadyszki. Potem stopniowo zwiększałem obciążenia. Dziś bez większego wysiłku przebiegam kilka mil. Podobnie było z pływaniem – z pół mili na basenie zrobiło się najpierw 3/4, a potem już cała mila. Dłuższych dystansów na razie nie pływam, bo przepłynięcie ponad 70 długości 25-jardowego basenu jest po prostu nudne.

Dieta
Pierwszych kilkanaście funtów zgubiłem jeszcze zanim zacząłem korzystać z produktów Herbalife, które pomogły mi jednak walnie w dalszej kuracji. Dzięki stałemu kontaktowi z doktorem Januszem Witkowskim stale monitorowałem proces chudnięcia, aby gubić przede wszystkim tkankę tłuszczową, a nie mięśnie. Dietę udało mi się zmienić z dnia na dzień. Węglowodany i słodycze poszły na bok, ich miejsce zajęły jarzyny, ryby i mięso. A rano koktajl mleczny Herbalife. Ze słodyczami nie było problemów – nigdy za nimi nie przepadałem, a niesłodzona herbata zaczęła mi smakować już po kilku dniach. Dużo trudniej było z produktami mącznymi. Przed kuracją wydawało mi się, że życie bez klusek, pierogów i makaronów nie ma sensu. Ale wystarczyło trochę konsekwencji – na co zresztą patrzono się dziwnie nawet w redakcji, gdy rezygnowałem nawet z urodzinowych tortów kolegów. Na pierwszych kilka pierogów i kromkę razowego chleba pozwoliłem sobie dopiero po dwóch miesiącach. Ale uczestnicy grupy, którzy od czasu do czasu pozwalali sobie na węglowodanowe szaleństwo, też chudli, choć trochę wolniej.

Efekty
Gdy na początku maja 2012 roku stanąłem po raz pierwszy na oficjalnej wadze konkursu „Schudnij zdrowo”, licznik pokazał 248 funtów, czyli 112 kilogramów. Z klinicznego punktu widzenia dawno już przekroczyłem granicę otyłości drugiego stopnia. W połowie grudnia, gdy kończyła się trzecia edycja konkursu „Schudnij zdrowo”, zmierzono mi niewiele ponad 166 funtów, czyli 75 kg – jest to normalna waga mężczyzny w moim wieku i mojej postury. Nawiasem mówiąc – chudnięcie w funtach jest dużo bardziej efektowne niż w kilogramach, nieprawdaż? W międzyczasie zmieniłem trzy rozmiary ubrań. Dziś moja żona ma problemy z odróżnieniem moich dżinsów od spodni mojego 16-letniego syna, który uprawia trzy dyscypliny sportu.

Moja waga oscyluje dziś między 166 a 171 funtów. Oprócz porannych koktajli Herbalife jem normalne posiłki – trudno by było zresztą przeżyć święta Bożego Narodzenia i sylwestra na samej sałacie. To ciekawa faza procesu odchudzania – próbuję utrzymać wagę i jednocześnie zbadać, na co mogę sobie pozwolić nie zyskując niepotrzebnych funtów. Za to czuję się, jakby ubyło mi 15 lat, a mój kardiolog zadecydował, że nie muszę brać leków obniżających cholesterol, które ponoć miałem brać do końca życia. I to jest chyba największa nagroda za kilka miesięcy wyrzeczeń, które z perspektywy czasu nie wydają się bardzo uciążliwe.

 

Autor: Tomasz Deptuła