Jechałam z aniołami

281
Wspólne zdjęcie wszystkich uczestników pielgrzymki przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej w sanktuarium w Doylestown, PA ZDJĘCIA: Z ARCHIWUM ORGANIZATORÓW PIELGRZYMKI

Pomimo pandemii, zakazu spotkań, obcowania w grupie, w zasadzie zamkniętych kościołów i ograniczonych sakramentów udało się zebrać ludzi do pracy, sponsorów, wolontariuszy, samochody... Dzięki nim wszystkim odbyła 5. Międzystanowa Pielgrzymka Rowerowa „Wierni w wierze na rowerze”.

17 lipca rano wyruszyliśmy ze Stamford i Nowego Jorku w kierunku Doylestown, PA. Przed nami było do pokonania 138 mil. Nawet psa mieliśmy na trasie, który nas pilnował. W strugach deszczu w Stamford i przy pełnym zachmurzeniu w Nowym Jorku wyruszyliśmy w drogę.

Grupy pielgrzymów z Wallington, Stamford i Brooklynu przed kościołem Najświętszego Serca Pana Jezusa w Wallington, NJ

Sobota przywitała nas pełnym słońcem i najdłuższą trasą do przebycia – 56 mil. Z pomocą braci i sióstr, dobrego słowa, zimnych elektrolitów i opieki naszych wolontariuszy dotarliśmy do celu: ślicznego kościoła St. Elizabeth Ann Seton w Three Bridges w stanie New Jersey, który kolejny już raz przyjął nas na nocleg i ugościł. Uczestniczyliśmy we wspólnej mszy świętej i nabożeństwie różańcowym. Śpiewami, modlitwami oraz tańcami zakończyliśmy nasz dzień.

Grupa pielgrzymów wyruszyła z Wallington do Three Bridges, NJ

W niedzielę pobudkę mieliśmy o godzinie 3 rano. Po szybkiej kawie rozpoczęliśmy kolejny wspólny dzień. Dla mnie był on najtrudniejszy, bo nogi już były zmęczone, a te 32 mile do pokonania to nie taka znowu pestka…

Pielgrzymi przekraczają most na rzece Delaware w mieście Stockton, na granicy stanów New Jersey i Pensylwania

Jeśli myślę o pielgrzymce, to głównie nasuwa mi się myśl o zmęczeniu. Rodzi się więc pytanie, po co jechać, po co się tak męczyć w skwarze czy strugach deszczu? Otóż po to, że pielgrzymowanie to ofiara samego siebie i całego tego trudu za kogoś.

Podczas każdego postoju na trasie był czas na wspólne śpiewanie. Dyrygował ksiądz Andrzej Waśko, a na gitarach grali ks. Tomasz Koszałka, Norbert i Andrzej, na bębenku Justyna

Pielgrzymka to nie tylko jazda na rowerze, sprawdzenie swoich możliwości fizycznych, wytrzymałości związanych z pogodą czy terenem. To głównie ludzie, którzy potrafią zdobyć się na wysiłek i dać z siebie coś w tym wygodnym świecie. W świecie, w którym dominuje konsumpcja i zaspokajanie własnych potrzeb, spotyka się jednak ludzi, którzy wyrzekają się wygody i idą robić coś za kogoś lub dla kogoś.

Przy wjeździe do Narodowego Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej pielgrzymów powitał ojciec Bartłomiej Marciniak

Bo pielgrzymuje się w intencjach. Jedni za zmarłego właśnie ojca – zdruzgotani niemożnością wylotu do Polski i wzięcia udziału w ostatnim jego pożegnaniu. Inni za uratowanie małżeństwa, jeszcze inni za walkę z nałogiem. Niektórzy pielgrzymują po to, aby błagać Matkę Boską Częstochowską o zdrowie i przedstawić jej wiele innych próśb. Są też ofiary wdzięczności za otrzymaną łaskę nowego życia czy pracy.
Pielgrzymka to też ludzie, rozmowy z nimi o problemach, które – okazuje się – mamy takie same, a w ogóle się o nich nie mówi. To radosne uśmiechy, tańce, śpiew, gitara i bębny. To muzyka, na którą czeka się cały rok. To grupa wolontariuszy, którzy rzucają swoją pracę po to, żeby wozić nam wodę, bagaże, czekają, aby pozbierać nas z drogi, naprawić zepsute przerzutki czy oponę i doprowadzić do celu.

Panie przywiozły specjalny prezent dla Maryi – obraz dzieciątka namalowany olejem na kawałku drewna. Obraz trzyma siostra Maria Dziuban. Pielgrzymi jechali pod hasłem „Za życiem na rowerze“ – stąd ten obraz. Siostra pełniła na trasie funkcję pielęgniarki

Dziękujemy Bogusławowi Gawędzie za stworzenie Pielgrzymki Rowerowej do Amerykańskiej Częstochowy „Wierni w wierze na rowerze”, za inicjatywę, za parcie do celu, za to, że 6 lat temu pojechał sam, bo nikt nie chciał, po to, aby przetrzeć szlaki i rok później zabrać ze sobą 40 pielgrzymów. Dzisiaj, 5 lat później, w czasie pandemii, było nas 118 pielgrzymów, 9 wolontariuszy, 5 kapłanów, 1 siostra zakonna.

W mszy świętej uczestniczyli wszyscy uczestnicy pielgrzymki rowerowej

Na koniec chcę dodać, że kiedy Bóg, Kościół czy wspólnoty katolickie są tak wyśmiewane, podczas tej pielgrzymki spotkałam aniołów, którzy pomogli mi dotrzeć do celu. Dlatego warto wierzyć, warto być blisko Boga i warto żyć we wspólnotach katolickich. Mieszkając w Stanach Zjednoczonych znalazłam tu ludzi, dla których nieważne jest, jak masz na imię, ale czego potrzebujesz. Niechaj wszystkie nasze intencje zostaną wysłuchane, niechaj Pan Bóg nam błogosławi i otacza swoją opieką do następnego roku.