Kobiety są słabe, ale matki silne

153
Gdy rodzi się dziecko, rodzi się również matka. Zupełnie nowa osoba. Silna, odważna i zdeterminowana. Ale nierzadko też nieco zagubiona i potrzebująca wsparcia. Szczególnie gdy jest emigrantką, a własna mama została w Polsce. Jak pokazują statystyki, mieszkanki USA zostają matkami najczęściej między 26. a 30. rokiem życia. Co czwarta wychowuje dzieci sama. Z okazji Dnia Matki, który w tym roku, w USA przypadała 12 maja, a w Polsce, jak zawsze – 26, polonijne mamy podzieliły się swoimi doświadczeniami z czytelnikami „Nowego Dziennika”.

NIE DO ZDARCIA

Anna Suprun wyemigrowała do USA ze Szczecina 20 lat temu. Żartuje, że na emigracji dorobiła się kilku długoterminowych pożyczek, uzależnienia od sklepu Home Goods, skrzywienia kręgosłupa, anemii i nocnego zaciskania zębów. Tu też zaczęła się jej najważniejsza rola. Została mamą dwójki dzieciaków. Rok po przeprowadzce do Stanów urodził się Tomek. Cztery lata później Amelia. Anna przez wiele lat prowadziła w New Jersey sklep spożywczy razem ze swoim byłym już mężem. Obecnie mieszka w Pensylwanii, gdzie prowadziła kursy jazdy konnej, a teraz pracuje w polskim sklepie spożywczym. Swoimi doświadczeniami dzieli się na blogu pisankianki.com. „Z pełną świadomością zdecydowałam się zajść w drugą ciążę. Jako jedynaczka dość wcześnie zaplanowałam sobie, że będę miała chłopca i dziewczynkę, i nie ma zmiłuj się. Plan wykonałam” – uśmiecha się Anna. Gdy była w drugiej ciąży, syn Tomek miał 3 latka. „Były już mąż bardzo prosił, abym ze względu na prowadzony przez nas biznes, nie rodziła w okolicach żadnych świąt, i tu trochę mi nie wyszło, ponieważ z pełną świadomością zdecydowałam się urodzić dziecko w prima aprilis. A Wielkanoc wypadała 5 kwietnia – wspomina Polka i żartuje, że „konsekwencje” tego primaaprilisowego porodu ponosi każdego dnia. – Moja córka ma fantastyczne poczucie humoru, szybkie i cięte riposty, wielkie, kochające serce, piękną i wrażliwą duszę, a przede wszystkim, nigdy niezamykającą się buzię i wieczną potrzebę dzielenia się swoim światem. Kiedy proszę, żeby przestała już gadać, zaczyna śpiewać to, czego nie powiedziała. Cechuje ją także zupełny brak zrozumienia dla konceptu ładu i porządku oraz fantastyczne wyczucie absurdu, równe mistrzom Słonimskiemu i Tuwimowi. Jej miłość do zwierząt spowodowała, że żyjemy w małym zoo, z psem, kotem, królikiem i chomikiem. Ma fenomenalne zdolności negocjatorskie i przy każdej okazji próbuje wrobić mnie w następne zwierzę” – opowiada Anna.

„Jest takie koreańskie powiedzenie, że kobiety są słabe, ale matki silne. Swoją siłę jako matka miałam okazję poznać już w połowie porodu, kiedy udało mi się z mojej lewej nogi zrzucić znacznych rozmiarów pielęgniarkę. Jednym kopnięciem! Na kopniaka również niemal załapał się lekarz odbierający, bo niepotrzebnie się ucieszył, że to jego pierwsze takie duże dziecko urodzone metodą naturalną. Po pierwsze, nie jego. Po drugie, ja bym mu dała metodę naturalną, gdybym wiedziała, co w sobie noszę!” – przyznaje Anna.

Doskonale pamięta też czas ciąży i narodziny pierwszego dziecka, Tomka. Syn przyszedł na świat dokładnie w Dzień Matki. Ważył aż 5 kg. „Jest takie koreańskie powiedzenie, że kobiety są słabe, ale matki silne. Swoją siłę jako matka miałam okazję poznać już w połowie porodu, kiedy udało mi się z mojej lewej nogi zrzucić znacznych rozmiarów pielęgniarkę. Jednym kopnięciem! Na kopniaka również niemal załapał się lekarz odbierający, bo niepotrzebnie się ucieszył, że to jego pierwsze takie duże dziecko urodzone metodą naturalną. Po pierwsze, nie jego. Po drugie, ja bym mu dała metodę naturalną, gdybym wiedziała, co w sobie noszę!” – przyznaje Anna. W szpitalu towarzyszyła jej była już szwagierka. „Jako świeża matka, bez własnej mamy przy boku, za to ze zdziecinniałą 50-letnią szwagierką, opowiadającą z przerażającą rubasznością, jak to każde dziecko w rodzinie udało jej się upuścić na podłogę lub w jakiś sposób wyrzucić z wózka, postanowiłam cieszyć się z faktu, że urodziłam sobie od razu trzymiesięczne dziecko, i że jestem do przodu – żartuje rozmówczyni „Nowego Dziennika”. – Zastanawiam się czasem, jak to się dzieje, że w moim dziecku może być tyle mnie? No niby wiem, geny rozumiem, maturę z biologii pisałam, już udowodniono, że nasze cechy charakteru przenoszą się genetycznie, ale jednak łatwiej mi ogarnąć, że dzieciak ma oczy po mnie, niż gdy przywali jakimś zdaniem niemal z moich ust wyjętym. Przez lata nazywałam go moim ‚mini me’, ale odkąd patrzy na mnie z góry – już nie wypada. Coraz łatwiej sama padam ofiarą jego żartów. Niesłychanie inteligentna bestia, z rewelacyjnym poczuciem humoru i ‚starą’ duszą. Czasem takim dobrze w życiu, czasem gorzej. Trzymam kciuki, żeby jemu gorzej nie było” – mówi Anna.

Myśląc o swoim dotychczasowym życiu uważa, że jest nie do zdarcia. „Nie wykrwawiłam się jeszcze. Przeszłam kilka ciąż. Urodziłam dwoje dzieci. Nie spałam latami albo spałam gdzie popadnie. Wykarmiłam, sama nie dojadając. Od lat jadę na rezerwie, a czasem nawet pędzę. Ogarniam życie swoje i dzieci. Jestem planerem, księgową, bankiem, kim trzeba, kiedy trzeba. Sama. Ja. Jestem Siłą. Bo Kobieta jest Siłą! Powinnyśmy pękać z dumy” – twierdzi Anna Suprun.

JAK JAZDA NA ROLLER COASTERZE

Maria Majka Nowak wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych ponad 20 lat temu z Podkarpacia. Mieszka w Lodi w stanie New Jersey. Pracuje jako technik laboratoryjny, a w wolnym czasie spełnia swoje marzenia artystyczne. W Polsce uczyła się na kierunku metaloplastyki. W USA maluje obrazy, a także tworzy je z różnych rodzajów ziaren. Do tego trzy razy w tygodniu prowadzi zajęcia plastyczne dla najmłodszych. Ale przede wszystkim jest mamą trójki dzieciaków: 17-letniego Konrada, 12-letniego Norberta i 6-letniej Kariny. „Wychowanie dzieci to jak jazda na roller coasterze. Nigdy nie wiesz, co zmajstrują – mówi Maria. – Każde z nich ma zupełnie inny charakter i do każdego muszę mieć inne podejście. Tłumaczyć, rozmawiać, działać zawsze instynktownie. Ja doświadczam tego w trzech wersjach wiekowych. Na przykład najmłodsza, 6-latka, płacze, bo nie chce następnych urodzin, by nie być starą. Średni – 12-latek – nie lubi, gdy mama całuje go przy rówieśnikach, a najstarszy najchętniej rzuciłby szkołę, która jest beznadzieja, i wyruszył w świat superbryką. A ja, jako mama, próbuje to wszystko ogarnąć, a przynajmniej się staram, będąc w ciągłym biegu. Jak każda pracująca mama” – dodaje Maria.

Wychowanie dzieci to jak jazda na roller coasterze – uważa Maria Majka Nowak z New Jersey. Na zdjęciu jej ukochane pociechy: 17-letni Konrad, 12-letni Norbert i 6-letnia Karina

Przyznaje, że kocha swoje pociechy tak samo mocno jak w dniu, kiedy przyszły na świat. „Bycie mamą to dla mnie miłość, odpowiedzialność, zapewnienie najlepszej przyszłości dla dzieci, mimo że wiem, iż to one, tak naprawdę, będą same o niej decydować. To także rozpieszczanie i wyrzuty sumienia, że to robię. Ale to też strach i zamartwianie się, choć wiem, że to i tak nic nie pomoże. No i wreszcie, jest to przeżywanie sukcesów, każdych, nawet tych najmniejszych, i dopingowanie w chwilach, kiedy już sami stracili ochotę do walki” – uważa. Maria przyznaje też, że bardzo tęskni za swoją mamą, która została w Polsce. To właśnie z myślą o niej, kilka lat temu, gdy po raz trzeci została mamą, napisała wiersz:

Matka-Matce

Mniej lat mam niż Ty Mamo masz,
Mniej zmarszczek na czole.
Mniej doświadczenia życiowego.
Mniej przeżytych zmartwień.
Ale już wiem, co czuje Matka, bo też nią już jestem.
Troszczy się o jutro swojego dziecka.
Martwi się, jaka będzie jego przyszłość.
Radość w jego oczach, to radość w jej sercu.
Smuci ją każde niepowodzenie.
Niejedną złą chwilę wolałaby wziąć na swoje barki, by tylko dziecko było szczęśliwe.
Nie doceniałam tego MAMO, dopóki sama nie zostałam Mamą.
Ktoś myśli, że wszystko kończy się wraz z odejściem dziecka w drogę życia? Troska Matki nigdy się kończy – teraz to wiem.
Dziękuje Ci za wszystko kochana MAMO.

MACIERZYŃSTWO TO WYRZECZENIA

Sylwia Struk z Nowego Jorku ma dwoje dzieci: 9-letniego Aleksandra oraz 6,5-roczną Karolinę. Obydwoje urodzili się w Stanach. Gdy Sylwia była w pierwszej ciąży, pracowała praktycznie do terminu porodu. W piątek wyszła z firmy, a dzień później, w sobotę, Olek pojawił się na świecie. „Byłam spokojna, między innymi dlatego, że pracowałam w klinice medycznej i znałam różnych lekarzy, w tym ginekologa. Miałam też dość dobrze opanowany język” – wspomina Sylwia. Po porodzie podjęli wraz z mężem decyzję, że ona zrezygnuje z pracy, by zająć się synkiem. „Moja mama mieszka w Polsce, więc nie mogła mi pomóc. W Stanach mieszka teściowa, ale ona też pracowała. Stąd decyzja, że ja zostanę w domu. Mogłam wrócić do firmy, ale biorąc pod uwagę, ile kosztowałoby wynajęcie niani, nie za bardzo się to opłacało. Poza tym zależało mi na tym, by na początku, po urodzeniu, być z dziećmi, najpierw synkiem, a później córeczką” – wyjaśnia Sylwia.

„Myślę, że ta samotność imigranta, to, że nie ma się obok mamy, babci czy siostry, bardzo utrudnia. Ale wiele nas jest w podobnej sytuacji i ważne, by się nawzajem wspierać. Pamiętam, że przez chwilę karmiłam piersią dziecko mojej koleżanki, bo ona nie mogła. A gdy ja musiałam na kilka godzin wyjść z domu, to moje maluchy zostawały pod opieką przyjaciółki” – wspomina Sylwia

Została więc mamą na pełny etat, ale też zaczęła się rozglądać za pracą, którą mogłaby wykonywać z domu. „Myślę, że ta samotność imigranta, to, że nie ma się obok mamy, babci czy siostry, bardzo utrudnia. Ale wiele nas jest w podobnej sytuacji i ważne, by się nawzajem wspierać. Pamiętam, że przez chwilę karmiłam piersią dziecko mojej koleżanki, bo ona nie mogła. A gdy ja musiałam na kilka godzin wyjść z domu, to moje maluchy zostawały pod opieką przyjaciółki” – wspomina. Gdy Aleksander skończył rok, Sylwia kontynuowała naukę. Miała już dyplom szkoły wyższej, przyszedł czas na zdobywanie kolejnych certyfikatów, związanych między innymi z pracą w medycznej recepcji. „Będąc z drugim dzieckiem w ciąży, najpierw zdałam jeden egzamin, później kolejny i zaczęłam się rozglądać za pracą. Znalazłam zajęcie, gdy Karolina miała roczek. Wtedy doszły kolejne obowiązki, no bo to ja musiałam dopilnować, by dzieci rano zjadły posiłek, później je ubrać i zawieźć do niani albo żłobka. Nieważne, co by się działo. Czy na przykład jedno z nich właśnie na mnie zwymiotowało, czy marudziły przy śniadaniu. Mąż nie mógł w tym pomagać, bo wtedy pracował po 12 godzin dziennie. Zresztą jego dochody były o wiele wyższe niż moje, i to on przede wszystkim musiał pilnować pracy” – opowiada Sylwia.

W jej firmie, jak podkreśla, szefostwo bardzo szło jej na rękę. Pozwolono jej przez jakiś czas pracować z domu. Ale mimo wszystko i tak było to spore wyzwanie. Gdy cokolwiek działo się w żłobku z pociechami, opiekunki dzwoniły do Sylwii. Rozmówczyni „Nowego Dziennika” uważa, że to właśnie czas, kiedy dzieci były malutkie, był tym najtrudniejszym. Teraz dzieci chodzą do szkoły podstawowej, a Sylwia pracuje na pełen etat w prywatnej firmie konsultingowej, w branży związanej z medycyną, a konkretnie między innymi kodowaniem medycznym. Bycie mamą, jak mówi, oznacza między innymi wielozadaniowość. „Niedawno rozmawiałam z ważnym klientem. A tu nagle telefon ze szkoły, bo mój synek coś nawywijał – przytacza przykład. – Nie wiesz, co masz zrobić. Klient liczy na twoją decyzję, bo omawiacie ważny kontrakt, a tu telefon nauczycielki. Ponieważ to nie pierwsza taka sytuacja, mam już system. Jeśli spotkanie z klientem mogę przełożyć, to wtedy przepraszam i wychodzę. Dzieci są najważniejsze” – podkreśla Sylwia. Ale to też sprawia, że w walce o tych najważniejszych klientów przegrywa ze współpracownikami, którzy nie mają takich obowiązków.

„Nie mogłam na przykład obsługiwać jednego ze szpitali w Nowym Jorku, bo musiałabym być z klientem już od 7 rano. Niestety, mój mąż wraca do domu o godz. 7, więc nie jestem w stanie wyjść z domu na czas. Problemów nie miała koleżanka z pracy, która dzieci nie ma. Wiele mam się pewnie ze mną zgodzi, że macierzyństwo to jedna z najwspanialszych, jeśli nie najwspanialsza rola, ale też wymagająca mnóstwa wyrzeczeń. Jednym z nich jest odłożenie kariery na bok, jeśli naprawdę chce się spędzać z dzieciakami jak najwięcej czasu” – uważa Sylwia. Żartuje, że podobnie jak wiele matek-Polek jest taką trochę „crazy” mamą. „Jak gotuję, to staram się, by codziennie było coś innego. Zwracam uwagę na produkty spożywcze. Muszą być zdrowe i organiczne, i jeszcze uważam, że powinnam prowadzić dzieci na większą liczbę zajęć dodatkowych. Ale gdy rozmawiam z koleżankami-Polkami, to one działają podobnie. Po prostu ogarniamy mnóstwo spraw. Takie już jesteśmy – podkreśla Sylwia. – Bardzo zakochane w swoich pociechach, które są dla nas całym światem”.

POLKI – ZARADNE I TWARDE KOBIETY

„Bycie rodzicem, matką, to najbardziej odpowiedzialna rola, jaką dano nam, ludziom, tutaj na ziemi” – uważa Monika Wróblewski z Queensu, mama dwójki dzieci: 10-letniej Julii i 7-letniego Kacperka. „Choćby człowiek na uszach stawał, nie ma chyba recepty na wzorowe rodzicielstwo. Każda mama wychowuje swoje dzieci tak, jak uważa, że jest dla nich dobrze, a bycie mamą na emigracji ma swoje plusy i minusy”– dodaje. Zauważa, że często, podczas porodu, mamy imigrantki są same, bo tata albo musi zostać z drugim dzieckiem w domu, albo jest w pracy. Natomiast najbliższa rodzina jest w Polsce. „Do kobiety, z którą leżałam w pokoju po porodzie, codziennie przychodziły tabuny, gości. A ja czekałam, aż po pracy przyjedzie mój mąż. Bardzo wiele kobiet tak samotnie przeżywa te pierwsze chwile, właściwie te najważniejsze chwile. Matka dopiero zaczyna uczyć się swojej roli, natomiast nie może się ruszyć, często wstać, a nie ma nikogo, kto może podać dziecko w ramiona. Ta samotność, tym bardziej jak patrzy się na kobiety, które mają bliskich przy sobie, bo jest z nimi rodzina, jest bardzo przygnębiająca – uważa Monika Wróblewski. – Myślałam o tym, żeby założyć fundację „Welcome”, która pomagałaby mamom Polkom w szpitalu, szczególnie właśnie tym, których cała rodzina jest w Polsce, i które może nie znają dobrze języka, a przez to mogą czuć się zagubione. Ja miałam szczęście, bo mój mąż mógł być ze mną przy porodzie i miał okazję dwukrotnie przecinać pępowinę. Piękny, ale trudny czas. Po porodzie jest się wykończonym, ale radzić musiałam sobie sama, bo mąż musiał wrócić do pracy. A z kolei moja mama była w Polsce. Ale dałam radę, bo Polki są zaradnymi i twardymi kobietami” – uważa Monika.

Bycie mamą to najbardziej odpowiedzialna rola, jaką dano nam, ludziom, tutaj na ziemi – uważa Monika Wróblewski z Queensu, mama dwójki dzieci: 10-letniej Julii i 7-letniego Kacperka

Los poddał ją bardzo ciężkiej próbie. Dwa lata temu jej mieszkanie w dzielnicy Rockaway w ciągu czterech minut stanęło w płomieniach. W środku była ona i dwójka jej dzieci. Zdążyła je uratować, między innymi dzięki córce, 8-letniej wtedy Julce, która zaalarmowała mamę. Monika była wtedy w łazience. „Na początku próbowałam jej wytłumaczyć, że jest to niemożliwe, bo przecież nic w tym czasie nie gotowałam ani nie piekłam, ale ona była uparta i powtarzała: ‚Mamusiu, proszę cię! Ja naprawdę czuję dym’. Gdy wyszłam z łazienki, to zobaczyłam dym na balkonie. Na początku myślałam, że ktoś grilluje… Przez myśl mi nie przeszło, że ten dym jest początkiem tak dramatycznego pożaru” – przyznaje Monika. Starszej córce kazała wziąć 4-letniego wówczas brata za rękę i natychmiast wyjść z domu. Sama próbowała walczyć z żywiołem, ale bardzo szybko zrozumiała, że nie ma szans. W ciągu kilku minut ogień strawił dwusypialniowe mieszkanie. Bohaterką tych dramatycznych wydarzeń, co podkreślali między innymi policjanci i strażacy, była 8-letnia Julia. Od razu, gdy zobaczyła dym na balkonie, zaalarmowała mamę i dzięki temu cała trójka zdążyła się na czas ewakuować. Tata był w pracy. „Także później, widząc, że ja nie jestem w stanie się odezwać, bo byłam w szoku, ona wszystkim się zajęła. Podała daty urodzin, numery telefonów do mnie i męża. Poprosiła policjantów o wodę dla brata. Co więcej, widząc, jak on to przeżywa, powiedziała: ‚Kacperku, nie martw się, na pewno znajdą się dobrzy ludzie, którzy nam dadzą zabawki’” – dzieli się przeżyciami Monika.

Uważa też, że wychowanie pociech w Stanach Zjednoczonych jest zupełnie inne niż w Polsce. „Jeśli nie nauczę dzieci języka polskiego, historii, geografii Polski i naszych tradycji, to kto to za mnie zrobi? Nikt. Jest to dodatkowa praca dla najmłodszych, ale też i ich rodziców. By były wychowane w duchu polskości, trzeba się nieźle nagimnastykować. Na przykład, żeby dziecko co tydzień, w sobotę, wstawało do szkoły, podczas, gdy wielu jego rówieśników smacznie śpi. Także, by rozwiązywało dodatkowe zadania domowe, nie dlatego, że trzeba, ale robiło to z przyjemnością. Trzeba do tego odpowiednio zachęcić, a nie jest to takie proste” – podkreśla Monika. Te najtrudniejsze momenty są wtedy, gdy dwoje dzieci choruje, a mąż jest na przykład w pracy albo w delegacji i nie ma nikogo, kto może pomóc zrobić zakupy lub zaopiekować się jednym maluchem, gdy z drugim trzeba jechać do lekarza. „Zdarzało się, że były takie dni, że dopiero po południu przypominałam sobie, że nic nie zjadłam, nawet śniadania, bo nie było czasu, by o sobie pomyśleć. Wtedy brakowało mi mojej mamy najbardziej. Kiedy nawet pobyt w toalecie był grupowy, bo jedno dziecko trzymałam na rękach, a drugie stało przy drzwiach i ze łzami w oczach powtarzało ‚mama, mama’. Ale i wtedy udawało się jakoś umyć zęby, przemyć twarz, a w czasie drzemki dzieciaków wejść na kilka minut do wanny, ale obowiązkowo z otwartymi drzwiami” – wspomina Monika.

Trudne dla niej było także to, że jej mama nie mogła być obecna na komunii Julii albo na chrzcie Kacperka. „Myślę, że szczególnie dla młodych mam ta tęsknota za bliskimi w Polsce, ta niemożność osobistego podzielenia się zdarzeniami z życia pociech, jest wyjątkowo trudna” – uważa rozmówczyni „Nowego Dziennika”. Jej najważniejszy cel jako mamy to wychowanie dzieci na dobrych ludzi, którzy pamiętają, skąd pochodzą. „Kocham moje dzieci baaaaaaaardzo i po cichu liczę na to, że w Dniu Mamy zabiorą mnie na lody (za które zapłacę ja) – uśmiecha się Monika. – A wszystkim wytrwałym i dzielnym mamom życzę tego, czego im w życiu najbardziej potrzeba”.