Koncert dla ciała, umysłu i duszy

93
Najpierw Małgorzata Gąsienica-Małek (z prawej) poprowadziła sesję oddechową, która pozwoliła uczestnikom spotkania wyluzować się i uwolnić napiecia ZDJĘCIA: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

W MM Art Studio w Wallington, gdzie na co dzień dzieci i dorośli obcują ze sztuką, ucząc się rysować i malować pod bacznym okiem Magdaleny Majerowicz-Lupiński, w piątek, 13 sierpnia, odbył się unikalny koncert zatytułowany „Dźwięki spod Himalajów“. Uczestniczyło w nim 20 osób, a prowadzącą była Małgorzata Gąsienica-Małek.

Spotkanie zaczęło się od wyjaśnienia przez prowadzącą na czym polega ów koncert, jaki wpływ na nasze ciało mają te dźwięki i kiedy zainteresowała się tą dziedziną terapii.

– Zajmuję się tym już prawie 20 lat. Inspiracją były dla mnie wyjazdy na trekkingi w Himalaje, gdzie byłam dwukrotnie, zwiedzając również Indie i Nepal. Pierwsza moja wyprawa trwała 6 tygodni, a druga cztery tygodnie – opowiadała Małgorzata Gąsienica-Małek. – To, z czym tam się zetknęłam, było dla mnie zaskoczeniem. Zachwyciło mnie nie tylko piękno wielkich gór, ale też sposób bycia ludzi mieszkających w tych górach, ich relacje ze sobą i z turystami przybywającymi z całego świata. Wszystko to, co obserwowałam, było dla mnie czymś zarówno naturalnym, jak i fascynujacym. Bycie wśród gór i tamtych ludzi sprawiło, że zaczęłam szukać przyczyny, skąd u nich, żyjących w tak skrajnych warunkach, w górach, tyle spokoju i pozytywnego nastawienia wobec siebie nawzajem i przybyszów z innych krajów. Żyją bardzo skromnie w małych chatkach. Na bardzo stromych stokach tworzą poletka ryżowe, czasami mniejsze od powierzchni stołu. Wszystko to  robią rękami, traktując każde źdźbło ryżu z ogromnym pietyzmem. Obserwacja życia tych ludzi była dla mnie szokiem. Spokój, absolutna koncentracja na tym, co robią i życie chwilą – to jest to, czego nam tak naprawdę brakuje. Bo my bez przerwy jesteśmy zabiegani i na nic nie mamy czasu – kontynuowała pani Małgorzata. – Zauważyłam też, że ci mieszkańcy gór mają wiele instrumentów, których używają na co dzień do różnych rytuałów i  medytacji, która jest tutaj powszechna. Każda miska ma inny dźwięk i każdy gong ma inny dźwięk. Kiedy się słyszy taki dźwięk nie ma możliwości, aby myśleć. To jest piękny “kluczyk” do tego, aby powiedzieć umysłowi: teraz jest przerwa, teraz odpoczywam! Tego praktycznie nie jesteśmy w stanie sami zrobić. Tam, na wschodzie, mówią, że mózg jest jak małpka, która bez przerwy musi skakać i coś robić. Kiedy spróbujesz małpę złapać, aby się uspokoiła, to wtedy się dopiero zaczyna szaleństwo. To samo jest z mózgiem człowieka. Kiedy usiłujemy wyciszyć natrętne myśli to właśnie wtedy się zaczyna seria następnych i praktycznie nie mamy takiego narzędzia, którym bylibyśmy w stanie je zatrzymać.

Małgorzata Gąsienica-Małek gra na gongu z Butanu

Te instrumenty, które tu przedstawiam państwu, oprócz idealnie czystych dźwięków mają bardzo silną wibrację. Wiadomo, że każdy dźwięk to jest wibracja. Wibracja tych mis i gongów jest bardzo mocna i korzystna dla naszego ciała. Będąc blisko tej wibracji automatycznie rozluźniamy ciało, uspokaja się również nasz umysł. Dzieje się to spontanicznie. Oznacza to, że nie będziecie musieli państwo nic robić, wystarczy tylko się położyć i spokojnie oddychać – podkreśliła pani Małgorzata.

Uczestnicy spotkania słuchają wyjaśnień Małgorzaty Gąsienicy-Małek,
jak będzie wyglądał koncert

Najpierw jednak uczestnicy spotkania zaproszeni zostali do sesji oddechowej, która pozwala nieco się wyciszyć i uwolnić napięcie. Pouczani przez prowadzącą, wszyscy wygodnie usiedli na matach. Każdy zatkał palcem prawą dziurkę nosa i lewą dziurką robił głęboki wdech, potem drugi i trzeci. Następnie tą samą dziurką trzeba było zrobić jeden wydech, drugi i trzeci. Potem należało zatkać lewą dziurkę i powtórzyć trzy wdechy i wydechy. Kilka razy proces ten powtarzano.

– A teraz będę grała około 40 minut. Jeśli w tym czasie zauważycie państwo, że macie ochotę zasnąć lub dokądś “odlecieć” – to bardzo dobrze – wyjaśniała Małgorzata Gąsienica-Małek. – Proszę wygodnie położyć się na plecach, a jeśli w trakcie sesji będziecie potrzebowali się poruszyć, proszę nie szturchać sąsiada, aby go nie wytrącać ze skupienia. Będziecie państwo stopniowo się relaksować. Nic nie trzeba robić, tylko po prostu leżeć i spokojnie oddychać. Może się zdarzyć, że jeśli ktoś ma jakieś problemy z trawieniem, kolanem, stawami lub kręgosłupem, to kiedy zacznę grać, poczujecie państwo w tym miejscu chwilowy ból – to będzie sygnał, że energia tam dotarła. Proszę się tego nie bać, bo to ustąpi. Pozbycie się stresu i napiecia w ciele i umyśle to początek procesu uzdrawiania. Jest to piękny dar dźwiękow i wibracji tych niecodziennych instrumentów.

Uspokojeni i wyciszeni, wszyscy położyli się na matach. Zgasło światło, tylko z boku kilka maleńkich świeczek rozpraszało ciemność. Zapadła kompletna cisza. W mroku rozległ się cichy dźwięk wydobyty pałeczką z małej miseczki. I popłynęly kolejne dźwięki…

Koncert rozpoczęty. Zrelaksowani uczestnicy leżą na matach

Pani Małgorzata grała koncert na śpiewających tybetańskich misach, gongach i dzwonkach. Początkowo powoli i cicho, a potem coraz głośniej i głośniej. Te unikalne instrumenty emanują idealnie czyste dźwięki i harmonijne wibracje, które wprowadzają człowieka w stan głębokiego odprężenia. Była to więc zarazem sesja relaksacyjna dla ciała, umysłu i duszy.

Kiedy po 40 minutach zapadła cisza, wszyscy leżeli na matach uspokojeni, niemalże bez ruchu. Od czasu do czasu rozlegał się jedynie z nagła cichy dźwięk, a potem znowu było cicho. To był powolny poroces powracania do rzeczywistości. Trwało to około 15 minut. W pewnym momencie rozległ się dźwięk wydobyty z miski i zapaliło się światło. Wyciszeni uczestnicy koncertu siadali na matach, a potem powoli wstawali.

Już po zakończonym koncercie można było obejrzeć wszystkie instrumenty z bliska, a nawet spróbować na nich zagrać. Pani Małgorzata w tym pomagała. Odpowiadała też na liczne pytania.

Już po sesji relaksacyjnej jej uczestnicy mogli rozmawiać z prowadzącą, a nawet uczyć się grać na miseczkach. Na zdjęciu od lewej: Małgorzata Cynar-Smolarski,  Małgorzata Gąsienica-Małek i Anna Cudzich, która gra na misce

– Gongi nie są dla mnie nowością, bo byłam w Nepalu z mężem i znamy tę kulturę. Przyjechałam na to spotkanie ze świadomością, że jadę na terapię – powiedziała „Nowemu Dziennikowi“ po zakończonym koncercie Marta Pisarczyk. – Małgosia mówi, że to był koncert, ale to było znacznie więcej niż koncert. W dzisiejszym bardzo chorym świecie taka terapia jest niezbędna. Dla mnie było to bardzo potrzebne. Myślę, że dla wszystkich uczestników tego spotkania również. Dźwięki bywają bowiem lecznicze. Na początku pracowaliśmy z oddechem, ale ja muszę bardzo długo pracować z oddechem, aby mnie wyciszył.  Przy tej terapii mogę odpocząć. Dobrze, że są tacy ludzie jak Małgosia. Te dźwięki to harmonia, jest w niej coś pierwotnego. Koi duszę i czyści umysł. Po prostu leczy. Terapia z gongami, czy praca z oddechem to dziś niezbędne. Mam nadzieję, że Małgosia nie raz jeszcze powtórzy taką sesję – dodała Marta.