KRONIKA FILADELFII. Trochę Warszawy na Fishtown

0
1

Foto: Regina Gorzkowska-Rossi
Komisarz wystawy "Little Warsaw" Matt Maycock i jej kustosz Marta Pawlaczek na tle fotografii z targu warzywnego na Zwierzyńcu

Wystawę "Little Warsaw" w Galerii "Little Berlin" w dzielnicy Fishtown zamknął w sobotę, 28 sierpnia, pokaz filmu Jana Jakuba Kolskiego "Pornografia" z 2003 roku i "Do widzenia, do jutra" Janusza Morgensterna z 1960.

Fishtown odwiedziła wreszcie polska sztuka. Wystawa trwała trzy tygodnie. Jej wernisaż, który odbył się 6 sierpnia, był dobrze rozpropagowany za pośrednictwem internetu. Publiczność zaintrygowało zestawienie nazw "Little Warsaw" (tytuł wystawy) i "Little Berlin" (nazwa galerii przy 119 West Montgomery, w pobliżu przystanku Berks linii kolejki nadziemnej – w krajobrazie kojarzącym się z odbudową życia po bombardowaniu). Miejmy nadzieję, że inicjatywa powrotu polskiego życia kulturalnego do tej dzielnicy będzie kontynuowana.
Oczywiście nawet pojedyncza prezentacja przy Berks jest godna zarejestrowania, choćby ze względu na położenie galerii. Sztuka polsko-amerykańska szuka dla siebie miejsca w starej dzielnicy, w pobliżu kościoła starej Polonii pod wezwaniem św. Wawrzyńca i Polskiego Instytutu Ameryki, który chyba nigdy nie wykorzystał swojego potencjału, o czym była mowa w Kronice Filadelfii sprzed tygodnia. Jest to bardzo pożądana inicjatywa, zrodzona poza instytucjami, które może byłyby powołane do tej pracy, ujmuje świeżością i bezpretensjonalnością. Jest to prezentacja początkujących artystów z Polski oraz kilkunastu artystów polskiego pochodzenia uprawiających sztukę w Filadelfii.
Kolorowy ukwiecony plakat towarzyszący zaproszeniom niewiele miał wspólnego z rzeczywistością galerii, ulokowanej w pobliżu kolejki. W zaproszeniu galeria określana jest jako "nieokreślona przestrzeń wystawowa". Miejsce wynajęte w starej fabryce ceramicznej, ze szkieletem surowych ścian, przeobraża w galerię tafla szkła rzucająca światło z dachu wprost na dół.
"Mała Warszawa" – to naprędce zbudowana wystawa grupowa, dzięki kontaktom koleżeńskim komisarza wystawy Matta Maycocka i jej kustosza – Marty Pawlaczek. Składa się między innymi z fascynacji fotografiką, z antyużytkowej ceramiki z warsztatu w Bensalem i udokumentowanych fotograficznie ciekawych instalacji. Skłonność do autoportretu to przecież poszukiwanie autoekspresji, bo artyści znajdujący się na najbardziej twórczym etapie swojej drogi życiowej nie są całkowicie określeni. Nie jest nawet oczywiste czy zostaną przy sztuce – ekonomia i komputery też są fascynujące. Niektórzy, jak Robert Francisco (malarstwo olejne, akrylik) po Tyler School of Art, mają przygotowanie artystyczne. Inni, jak Aga Bieniek, która uprawia grafikę komputerową w Polsce, już pracują w zawodzie.
Komisarz Matt Maycock, który mnie oprowadza po wystawie, studiował sztukę filmową przez dwa semestry na Uniwersytecie Warszawskim i wzbudza w nim nostalgię ściana fotografii warszawskich Tomka Szelińskiego, który się zajmuje fotografiką od kilkunastu lat, ale na wystawie w Filadelfii zaistniał po raz pierwszy. Marta Pawlaczek, która jest kustoszem wystawy, a do tego jest odpowiedzialna za aranżację, pochodzi z Gliwic, a studiowała we Wrocławiu. Interesuje ją podjęcie studiów doktoranckich w dziedzinie etyki w Filadelfii.
Drążenie kultury polonijnej i lokalizacja wystawy nieopodal kościoła św. Wawrzyńca, który odwiedził niegdyś Ignacy Jan Paderewski, niewiele im mówią. Natomiast lokalny artysta, który mieszka niedaleko od Frankford Transportation Center, jest świadom swojego pochodzenia. Pisze w dołączeniu do swojej prezentacji, że "utrwaliło się mu wyobrażenie – niewątpliwie zasłużone – że Polacy to ludzie dziwni i uparci".
"Timeshare" ("W tym samym czasie") Liz Rywelskiej – mający coś wspólnego z fotografią mody – to ambiwalentny dubeltowy autoportret, ze scenkami obrazującymi wewnętrzne rozdarcie i dialog wartości, bo modelka w fotograficznej scence to zarówno akwizytor-handlarz sztuki, jak i jej nabywca.
Na Fishtown wierzy się w sztukę jako medium odrodzenia i tworzenia komunalnych wartości. Zobaczymy, dokąd ta droga poprowadzi. Recepcja powystawowa, zasilona świetną smażoną na grillu kiełbasą (z zakładu Czerwa na Port Richmond), była istotną częścią budowy środowiska zainteresowanego polską sztuką i sztuką jako taką.
Marek Osiecimski w okresie pracy w reklamie nazwał filadelfijskie kondominia kolonizowane przez nowojorczyków miejscem "o x mil poniżej Canal Street". Jeśli szlak staromiejskich galerii w prostokącie między Second and Third a Market i Race, uczęszczanym w pierwsze piątki miesiąca, traktuje się jako filadelfijski "off-Broadway", to jednak to, co się dzieje w świecie dzielnicy Fishtown, zaliczamy do zjawisk "off-off-Broadway".
Świat artystyczny odkrywa Fishtown jako miejsce "niskich cen" – a świadomość pewnego zagrożenia w słabo patrolowanym rejonie to też część przygody. Tak czy owak ożywienie artystyczne dzielnicy jest faktem. Mnożą się galerie. Mamy raz w roku monstrualną paradę nowoczesnej rzeźby z odrzutów, z której jest dumny oficjalny Fishtown. Od wystawy do wystawy powstają nieformalne grupy. Dostrzegane jest zarówno sacrum, jak i profanum tego miejsca – kolebki Filadelfii uświęconej tradycją początków.
Od dawna zwracam uwagę na obdrapane, szkaradne witryny, szpecące Richmond Street – niegdyś główną ulicę polskiej dzielnicy Port Richmond. Może z Fishtown nadejdą posiłki i ratunek, i ktoś je odnowi, i wykorzysta do prezentacji sztuki? Granice się przesuwają. Port Richmond czasem jest podciągany pod Kensington – obie nazwy sięgają zresztą do anglofilskiego kolonialnego nazewnictwa sprzed rewolucji, kiedy obecna polska dzielnica była arystokratyczną enklawą na przedmieściach.

Autor: Regina Gorzkowska-Rossi