Mimo wirusa… pracujemy!

362
Adam Truszkowski w swojej firmie w Garfield, NJ FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/ NOWY DZIENNIK

Pojawienie się koronawirusa sprawiło, że żyjemy w zamkniętym świecie. Nie działa wiele biznesów, ludzie stracili zatrudnienie. Ale są też takie firmy, które wysłały pracowników do domu i właśnie tam oni pracują. Jak wygląda ta zdalna praca i jakie płyną z tego wnioski, porozmawialiśmy z kilkoma naszymi czytelnikami.

90 PROCENT USTEREK USUWAM ZDALNIE
– Prowadzę mały biznes, praktycznie rodzinny, gdyż syn Michał trochę mi pomaga. Zajmuję się naprawą komputerów – mówi Adam Truszkowski, właściciel firmy ATT Outsourcing w Garfield, NJ. – Kiedy nadeszła epidemia koronawirusa, musiałem firmę zamknąć, bo znalazłem się w grupie non essential, czyli tych, którzy niekoniecznie muszą być otwarci. Ponieważ obowiązujące zasady nie są do końca jasne, próbowałem i wciąż próbuję prowadzić usługi dla ludzi. Tym bardziej że ludzie tego potrzebują, bo komputery się psują, a ja z czegoś muszę żyć. Dla wielu ludzi komputer jest dzisiaj jedynym sposobem na kontaktowanie się ze światem, więc kiedy przestaje działać, to jest po prostu tragedia. Nie wszyscy potrafią sami naprawiać błędy komputerowe, zerwane połączenie z internetem, uszkodzone dyski czy usunąć wirusy, więc ja dla tych osób jestem niczym pogotowie ratunkowe. Mój telefon (201-707-4457) wciąż działa i ludzie mogą do mnie dzwonić z prośbą o pomoc.
Jeśli chodzi o samą pracę, to nic się nie zmieniło, zmieniła się natomiast forma pracy. Wśród moich klientów dużą część stanowią firmy. Bałem się, że mogę stracić tych właśnie klientów, gdyż firmy mogą przestać działać i już nie będę im potrzebny. Okazuje się jednak, że niewielka ich liczba zaprzestała działalności, a teraz powoli ją odnawiają, gdyż następuje luzowanie restrykcji. Są to bardzo różne firmy. Obsługuję na przykład firmę działającą na Long Island, która kupuje licencje i dokonuje archiwizacji starych filmów. Wiele osób jest właścicielami starych licencji i usiłuje się ich pozbyć, ale nie za darmo. Można taką licencję wykupić na chwilę, na dłużej albo na zawsze. Są to filmy krótkometrażowe, czasami reklamy, w tym pierwsze reklamy coca-coli z dawnych lat, a także filmy dokumentalne.
Inne firmy, z którymi współpracuję, to są firmy budowlane z Long Island, z Nowego Jorku i New Jersey. Część z nich ma bardzo trywialne problemy. Prawdopodobnie któryś z pracowników mógłby je z łatwością usunąć, ale szefowie chcą skupić się na biznesie i mieć to szybko z głowy. Obsługuję też kilka biur adwokackich. Tam zazwyczaj jest tak, że szefowie nie chcą nawet wiedzieć, co się popsuło, lecz chcą mieć szybko usunięty problem. Oczywiście przynajmniej raz w takiej firmie jestem. Potem na ogół bywa tak, że łączymy się poprzez internet, usuwam problem i załatwiamy formalności. Często usuwam wszelkie usterki zdalnie, w nocy, aby nikomu nie przeszkadzać w pracy.
Mogę śmiało powiedzieć, że 90 procent usterek usuwam właśnie zdalnie, poprzez internet. Ale są przypadki, że muszę jechać do klienta. No bo zdarza się, że komputer, dana maszyna czy urządzenie nie działa fizycznie, nie jest podłączone do internetu i nie można dokonać żadnej diagnostyki na odległość. Oczywiście takie problemy też szybko załatwiam. Bardzo pomaga mi w tym syn Michał, bardzo utalentowany informatyk, który działa głównie na Long Island.
Teraz jest zdecydowanie mniej klientów lokalnych niż przed okresem pandemii, którzy dzwonią w sprawie jakiegoś problemu, a potem przychodzą do mojego biura. Kiedyś przychodziło kilka, a nawet kilkanaście osób w ciągu dnia, a teraz kilka osób pojawia się w ciągu dwóch tygodni. Dzisiaj miałem siedem telefonów od klientów i będę miał dwa spotkania z ich komputerami. Przyjdą do mojego biura. Wymiany twardego dysku czy ekranu w laptopie nie można dokonać w domu klienta, bo muszę mieć do tego odpowiednie warunki i narzędzia. Praca informatyka to jest również jego czas. Lepiej i taniej swoją pracę wykona tam, gdzie ma do tego stworzone warunki, a więc pełen serwis.
Liczba większych klientów, stałych, z którymi współpracuję od lat, zmniejszyła się minimalnie. To pokazuje, że starają się pokonać niedobry czas i walczą o swój byt. Niedawno byłem w biurze mojego stałego klienta – w firmie w Nowym Jorku zajmującej się między innymi konstrukcjami budowlanymi. Miałem zrobić serwis serwera oraz naprawić drukarkę. Obawiałem się trochę tam jechać, bo jest tam 30 komputerów i kilkunastu pracowników. Kiedy przyjechałem, biuro było puste, ale komputery były włączone. Okazuje się, że załoga pracuje z domów.
Mam świadomość, że ludzie boją się bezpośredniego kontaktu. Ja też, jeśli już muszę jechać do klienta, przestrzegam wszystkich restrykcji: nakładam maseczkę, rękawiczki, zachowuję dystans i stosuję środki dezynfekujące. Ta epidemia to zupełna nowość w naszej rzeczywistości, musimy ją traktować poważnie, bo pochłonęła już wiele ofiar.

JEST ZAPOTRZEBOWANIE NA DOMY
– Moja praca polega na bezpośrednim kontakcie z ludźmi. Pojawienie się epidemii koronawirusa i ogłoszenie przez władze ostrych restrykcji sprawiło, że zaczęłam się bać o siebie, najbliższych, no i co to dalej będzie. Biuro mojej agencji real estate, mieszczące się w Morris County, NJ, zawsze pełne ludzi i tętniące życiem, z dnia na dzień zamarło – mówi Regina Pawłowska, agentka zajmująca się sprzedażą nieruchomości. – Od kilku miesięcy pracowałam intensywnie nad zamknięciem kilku kontraktów, dotyczących zarówno sprzedaży, jak i kupna – no i wszystko stanęło. Miałam taką sytuację, że klienci byli już blisko zamknięcia transakcji, ale prawdopodobnie ze względu na epidemię w ostatniej chwili wycofali się. Opóźnienie sprzedaży jednego domu wynikało z faktu, że właściciel nie otrzymał na czas certyfikatów z urzędu miasta. W końcu formalności zostały dopełnione, ale… już była epidemia i kupujący zrezygnowali, wystraszeni nową rzeczywistością. Niektórzy klienci utracili pracę, a co się z tym wiąże – także zdolność kredytową i transakcje rozpadały się tuż przed closingiem.
W pierwszych tygodniach epidemii, jak większość z nas, starałam się nie wychodzić z domu. Klienci jednak dzwonili do mnie i prosili o pokazanie różnych nieruchomości. Ten pierwszy strach mamy już za sobą i zauważyłam, że rynek zmalał dość nieznacznie. Tak jak i liczba zainteresowanych kupnem domów, zwłaszcza tych tańszych. Wydaje się to trochę dziwne, tym bardziej że przecież ekonomia jest obecnie nieprzewidywalna. Ludzie w dalszym ciągu szukają domów, najczęściej w cenie do 300 tysięcy dolarów. Chętnych jest wielu, więc takie domy kupowane są natychmiast po pojawieniu się na rynku, często powyżej ceny wywoławczej. Niestety, jest ich mało – w obecnej sytuacji właściciele mniej chętnie się ich pozbywają. A popyt na nie jest, choćby dlatego, że osoby, które wynajmują domy lub apartamenty, płacą dziś dosyć wysokie czynsze. Ci potencjalni klienci kalkulują, że przy wpłaceniu nawet minimalnego down paymentu ich raty za dom lub mieszkanie będą takie same, albo nawet niższe, niż wynosi opłata za wynajem.
W połowie maja biuro naszej agencji zostało częściowo otwarte. Jednocześnie może przebywać tam kilku agentów, którzy muszą załatwić coś pilnego, ale z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Nie ma na razie normalnych spotkań pracowników agencji, jak to bywało trzy miesiące wcześniej – spotkania takie odbywamy przez internet.
Wszyscy agenci są zachęcani do tego, aby robić virtual tour, a nawet open house przez internet. Zdarza się też tak, że osoba wybiera dom, oglądając go w internecie i… kupuje, bez realnego wejścia do środka (choć osobiście takich sytuacji nie miałam i mimo wszystko nie doradzam). Oczywiście gdy idę z klientem obejrzeć dom, który chce on kupić, zachowujemy wszelkie środki ostrożności. Zakładamy maseczki na twarz i specjalne ochraniacze na buty. Klient podpisuje też dokument, że nie miał kontaktów z osobą zarażoną, nie ma symptomów zarażenia wirusem… i jest zdrowy. Uzmysławia to ludziom stopień zagrożenia i konieczność zachowania ostrożności. Ludzie naprawdę zachowują się bardzo odpowiedzialnie.
Co ciekawe, zakupem nieruchomości w New Jersey zainteresowanych jest dużo osób z Nowego Jorku. Pytają o możliwość kupna domu, ale także townhouse’u czy apartamentu. Mimo że w dalszym ciągu mają pracę w Nowym Jorku, to chcą się przenieść z rodzinami do New Jersey. Jest też dużo chętnych do kupienia domu na północy stanu Nowy Jork. Oznacza to, że wiele osób zamierza wynieść się z Wielkiego Jabłka ze względu na liczne niedogodności życia w tym mieście, które ujawniły się w okresie pandemii. Według najnowszych danych, ponad 30 procent mieszkańców chciałoby przeprowadzić się z Nowego Jorku do stanu New Jersey. Jeśli więc nastąpi powrót do normalności, w lipcu bądź sierpniu, to może być rzeczywiście ogromne zapotrzebowanie na zakup mieszkań i townhouse’ów w naszym stanie. Problem tylko w tym, czy będzie wystarczająca liczba domów i apartamentów na sprzedaż odpowiadających zapotrzebowaniom nowojorczyków.

SĄ PEWNE PLUSY OBECNEJ SYTUACJI
– Pierwsze problemy związane z epidemią koronawirusa pojawiły się w mojej firmie w połowie marca. Przede wszystkim klienci z Nowego Jorku zaczęli mi przekazywać informacje, że wirus już robi swoje, a to źle odbije się na naszym życiu i pracy. 20 marca zamknąłem biuro – mówi Władysław Jęczeń, właściciel biura Polonia PL+US Travel w Garfield, NJ. – Gubernator stanu New Jersey Phil Murphy zarządził bowiem, że wszystkie non essential business, czyli takie, które nie muszą funkcjonować w okresie pandemii, powinny zostać zamknięte do odwołania. Zajmuję się między innymi: rozliczaniem podatków osób prywatnych i firm, otwieraniem nowych biznesów, usługami imigracyjnymi (pomagam w złożeniu odpowiednich dokumentów, aby uzyskać zieloną kartę czy obywatelstwo oraz przygotowuję daną osobę do egzaminu na obywatelstwo), tłumaczeniem dokumentów i sprawami notarialnymi. Od tamtego momentu do dzisiaj praktycznie pracuję z domu.

Władysław Jęczeń w swoim biurze w Garfield, NJ
FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/ NOWY DZIENNIK


Pierwsi klienci, którzy do mnie przyjechali – bo mieli do załatwienia pilne sprawy imigracyjne – podali mi za pomocą długiego kija dokumenty w reklamówce, gdyż stałem na balkonie. Śmialiśmy się z tego, ale na wszelki wypadek zachowywaliśmy ostrożność.
Raz w tygodniu przyjeżdżam do biura, aby wziąć od klientów jakieś dokumenty bądź je oddać, bo czasami nie jestem w stanie do końca załatwić jakiejś sprawy drogą elektroniczną. Dokumenty przekazujemy sobie przez uchylone drzwi, z maseczkami na twarzach.
Oczywiście nie tylko rozliczam podatki, ale też w dalszym ciągu załatwiam wszystkie sprawy imigracyjne czy notarialne – no bo muszę wychodzić naprzeciw ludzkim potrzebom. Nie mam bezpośredniego kontaktu z urzędnikami. Urzędy działają, ale głównie online. I tutaj muszę powiedzieć, że wiele spraw imigracyjnych załatwiają o wiele sprawniej niż dotychczas. Na przykład do marca było tak, że kiedy wysyłałem aplikację klienta chcącego odnowić pozwolenie na pracę, to klient musiał się zgłosić do urzędu, aby ponownie zrobić odciski palców. Było to mało logiczne, bo odciski palców przecież się nie zmieniają. Logika w tym była taka, że klient musiał zapłacić za proces wykonania odcisków 85 dolarów. Teraz urząd przedłuża zgodę na wykonywanie pracy bez konieczności ich wykonywania. Urzędy imigracyjne mają być zamknięte do 4 czerwca.
Zarejestrowałem też sporo nowych biznesów, co dla mnie jest dużą niespodzianką. Tylko w maju zarejestrowałem ich kilka (trzy w ostatnich dwóch tygodniach), co nie zdarzyło mi się od stycznia do kwietnia. Jeden z tych biznesów jest bardzo ciekawy. Młodzi ludzie kupili dużą liczbę basenów dmuchanych, które są bardzo popularne w Kalifornii. Musieli zarejestrować biznes, żeby mogli te baseny sprzedawać.
Wiele innych spraw również załatwiam online, co jest dzisiaj błogosławieństwem, bo innej możliwości nie ma. Widzę pewne, nawet duże, plusy tej sytuacji. Do tej pory nigdy nie udało mi się zmobilizować klientów, aby przesyłali mi niezbędne dokumenty przez internet czy faksem. Teraz wszyscy tak robią – i mam nadzieję, że to już tak zostanie. Oczywiście bardzo lubię spotykać się z moimi sympatycznymi klientami. Ale jeśli nie jest to konieczne, to możemy zaoszczędzić sporo czasu. Wszystkie sprawy możemy załatwić zdalnie szybciej i sprawniej. Płatności też dzisiaj nie są problemem, bo można ich dokonać na przykład za pomocą telefonu.
Wciąż uczymy się tej nowej rzeczywistości. Część wymuszonych zmian na pewno pozostanie, bo powrót do tak zwanej normalności, która była, na pewno nie nastąpi w stu procentach. W niektórych sprawach może to i nawet będzie lepiej.

NORMALNA PRACA
– Pandemia koronawirusa nie pozbawiła mnie pracy, chociaż zmodyfikowała jej wykonywanie – mówi Piotr Grabowski z Rutherford, NJ. – Jestem kreślarzem i pracuję dla jednego z biur architektonicznych w stanie New Jersey. Do czasu wybuchu choroby jeździłem każdego dnia do firmy, ale po zamknięciu naszego budynku właściciele zdecydowali się na pracę online. Teraz każdego dnia o godz. 9:30 pracownicy łączą się na wspólne zebranie, na którym omawiane są nasze zadania i obowiązki. Wchodzimy na nasz serwer firmowy i tam każdy z zespołu, tak jakby był w biurze, pracuje nad swoim projektem. Zagadnienia z nim związane wyjaśniamy telefoniczne, emailowo lub przez Skype’a. Zdarzyło się, że musiałem pojechać do klienta, aby wykonać pomiary budynku przed przystąpieniem do realizacji projektu. Wszystko odbyło się z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Zarówno ja, jak i zleceniodawca zachowaliśmy przepisową odległość, nosiliśmy maseczki i rękawiczki. Dalsze uzgodnienia przeprowadziliśmy drogą internetową. No cóż, chociaż większość mojej pracy wykonuję w odpowiednim programie w komputerze, to na przykład wizję lokalną najlepiej odbyć osobiście i na miejscu.

Wiele osób swoją pracę obecnie wykonuje online w domu FOTO: PEXELS.COM


Ponieważ zdarzało mi się już nieraz przygotowywać projekty w domu, to obecna sytuacja nie jest dla mnie czymś nowym. Po prostu pracuję przy własnym, domowym biurku również w tym czasie, który zwyczajowo spędzałem w firmie. Czy jest lepiej? Pod pewnymi względami tak. Nie muszę rano jechać do pracy, nie muszę stać w korkach, nie wydaję pieniędzy na benzynę czy na lunche w restauracji. Śniadanie jem z rodziną – do tej pory było tak tylko w weekendy. Cenię bardzo te ranki, które, jak nigdy, są spokojne i możemy wspólnie zaplanować sobie dzień. Ten godziny spędzone z rodziną są wręcz bezcenne. Oboje z żoną do tej pory żyliśmy w pośpiechu. Jedynie soboty i niedziele były momentem wytchnienia, a i to nie zawsze. Ponieważ nasz syn jest studentem, więc teraz mieszka z nami. Ma zajęcia online. Widzę, jak sumiennie pracuje, co daje mi poczucie, że dobrze go wychowaliśmy – bo traktuje naukę poważnie, bierze odpowiedzialność za swoją przyszłość. Fajne jest też to, że gdy chcemy oderwać się od komputerów, wychodzimy do ogrodu, w którym teraz jest już bardzo kolorowo. To naprawdę znakomity relaks. Mam też więcej czasu, aby się zajmować moimi uprawami. Warzywnik w tym roku wygląda bardzo obiecująco. Sporo warzyw wyhodowałem sam, z nasion. W poprzednich latach kupowałem przede wszystkim sadzonki.
Człowiek jest jednak istotą stadną, więc przyznaję, że brakuje mi bezpośrednich kontaktów z ludźmi. I na poziomie towarzyskim, i zawodowym. Pewne problemy projektowe szybciej rozwiązywałem w biurze, gdy wystarczyło podejść do kolegi siedzącego obok. Teraz trwa to znacznie dłużej. Ale nie narzekam. Cieszę się, że nadal jestem czynny zawodowo, bo przecież wiele osób straciło pracę z powodu koronawirusa i z niepokojem patrzy w przyszłość. Mam nadzieję, że stopniowe otwieranie się poszczególnych stanów nie zostanie zahamowane przez nawrót choroby. Wszyscy przecież chcemy, aby nasze życie wróciło na normalne tory, chociaż na pewno wiele jego aspektów ulegnie zmianie.