Moja pierwsza bitwa

97
Feliks Brudek urodził się w 1914 r. w Warszawie. Po przegranej wojnie z Niemcami w 1939 r. dotarł do Anglii – przez Rumunię, Francję i Norwegię. Od 1951 r. zamieszkał na stałe w Stanach Zjednoczonych - początkowo w Connecticut, a później na Greenpoincie w Nowym Jorku. Zmarł w 2013 roku. FOTO: JANUSZ SKOWRON

Był wrzesień 1939 roku. Byłem żołnierzem 18. Dywizji Wojska Polskiego, a dokładniej – obserwatorem i adiutantem przy dowództwie tej dywizji. Staliśmy gdzieś nad Narwią. Nasza pierwsza bitwa była prawdziwym chrztem bojowym. To było okropne.

Żołnierze nie byli przyzwyczajeni do boju. Dowództwo wydało tajny rozkaz, żeby od tyłu żołnierzom strzelać po piętach. W innym przypadku nie szliby do walki. Rozległ się krzyk, że to nieprzyjaciel strzela. To był trik. Żołnierze byli przerażeni i nie myśleli już o zmęczeniu, tylko gonili do przodu i w górę. My z dowództwem staliśmy na dole. Na górze było pole śmierci. Tyle trupów. Widzę trupy leżące wszędzie. Niemcy zajęli wzgórze, a nasi żołnierze zaczęli chować się, gdzie kto mógł. Taki był nasz pierwszy chrzest bojowy. Z czasem żołnierze się zahartowali i odważnie szli do boju. Lecz ten pierwszy raz…

Po bitwie widzę górę mięsa. Trzęsie się w konwulsjach tuż obok mnie. A z tej góry mięsa wystaje ręka. Słyszę jęczenie: ”Aaa…aa..”. Ręka unosi się nad tym wrakiem ludzkim i rozpoznaję, że to mój kolega, porucznik Tarczatowicz. Znałem go, byliśmy w tej samej kompanii. On był cały w strzępach. Nachylam się, krzyczę do jego ucha, ale on już wkrótce umarł.

Idę w pobliski las, a tam żołnierze chowają się jak zające przed dowództwem. Boją się mnie, myślą, że to oficer idzie. Nie chcą iść na linię walki. Ja im krzyczę, że to tylko ja, Feliks. Potem jakoś wszyscy się zeszliśmy i znów do boju. Kule latają jak pszczoły nad głową. Każda może zabić. Mój hełm był cały obity od kul. Kark miałem cały odparzony od hełmu. Jak dużo kul leciało, to żołnierz uciekał, gdzie popadnie. Byliśmy w rozsypce. Ja też uciekałem. Przybiegliśmy do jakiejś małej wioski, a tam trupy leżą wokoło, ludzie pochowali się. Kilkoro małych dzieci zostało porzuconych, nawet niemowlę, i płakały szukając matek. Gdzie te matki mogły być? Może zabite, może gdzieś leżą ogłuszone.

Bomby padają z góry, a ja nie wiem, co robić. W końcu wpadłem na pomysł i zacząłem te dzieci sadzać w samym środku kraterów po bombach. Pomyślałem , że tak będą najbezpieczniejsze, bo dwa razy bomba w to samo miejsce nie trafi. Potem zobaczyłem jak świnie ciągną jelita z zabitych ludzi. Rozeźliłem się, wyciągnąłem pistolet i zacząłem zabijać te świnie… Dzieci płakały, bomby leciały z nieba, dookoła trupy – myślałem, że to koniec świata. Aż czarno mi się w oczach robiło ze zgrozy.

Później jakoś odnalazłem dowództwo naszej dywizji. Ktoś przyniósł meldunek, że po drugiej stronie rzeki zauważono dowództwo niemieckie, jak przegląda mapy. Został wydany rozkaz, żeby strzelcy wyborowi to dowództwo starali się zastrzelić. I kto przekroczy Narew i zdobędzie tych zabitych insygnia wojskowe, „dostanie kaprala”. Nie wiem, ilu dostało kaprala, bo mnie wysłali, żebym obserwował okolicę. Wziąłem lornetkę i wdrapałem się na słomiany dach pobliskiej stodoły. W pewnym momencie poczułem na sobie odblask. To słońce odbiło się od lornetki niemieckiego obserwatora, który musiał mnie namierzyć! Przeraziłem, że mnie zabiją, i w mgnieniu oka, nie namyślając się, zsunąłem się w dół po dachu. Stanąłem na ziemi. Zrobiłem to błyskawicznie. Dopiero, gdy podniosłem się z ziemi, to zobaczyłem, że upadłem o parę centymetrów od kosiarki, której stalowe ostrza były ustawione na sztorc. Mogłem się na nie nadziać, gdybym tylko zsunął się o te kilka centymetrów na prawo… Pan Bóg mnie miał w swojej opiece. Wszak Feliks znaczy szczęśliwy.

13 września złożyliśmy broń. Dowódca naszej dywizji polecił nam złożyć całą broń w jedno miejsce, a niemieckie dowództwo stało obok i obserwowało nas. Sam dowódca, gdy oddawał swój pistolet Niemcom, upuścił go tak zręcznie, że Niemiec musiał się schylić przed nim i podnieść pistolet z ziemi. Mała to pociecha, ale wszyscy widzieliśmy, że Niemiec skłonił się przed naszym dowódcą, choćby to było to jakby przypadkowe. Po kapitulacji przedostałem się do Rumunii i Francji. Walczyłem w Norwegii. Byłem jako żołnierz polski w polskiej jednostce, która została uformowana w Wielkiej Brytanii i jako część armii brytyjskiej okupowaliśmy później Niemcy, już po ich kapitulacji. Po wojnie zostałem w Anglii, po czym wyemigrowałem do Ameryki. Przypłynąłem do portu w Nowym Jorku statkiem „General Taylor” 22 stycznia 1951 roku i zaczęło się moje imigranckie życie.