My, imigranci

8

„Radzimy sobie świetnie. Może dlatego, że część z nas zahartował komunizm” – uważa Agnieszka „Agnes” Mitchell z Chicago. Do USA przyjechała kilkanaście lat temu. Zaczynała, jak większość emigrantów, od ciężkiej pracy. W jej przypadku – w serwisie sprzątającym i nauki języka. Kilka lat temu stała się właścicielką firmy promującej zdrowy tryb życia. Jak miliony innych rodaków, udowadnia, że Polonia amerykańska jest jedną z lepiej radzących sobie społeczności w Stanach Zjednoczonych.

Jak wynika z różnych badań, Polacy chętnie zakładają firmy, i to nie tylko budowlane czy serwisy sprzątające. Do tego dobrze zarabiają. Przeciętny roczny dochód amerykańskiej rodziny polskiego pochodzenia wynosi ok. 60 tys. dolarów rocznie, co oznacza, że Polonia amerykańska jest jedną z zasobniejszych społeczności w USA. Jest też dobrze wykształcona – ukończone podstawowe studia i dyplom bakalarski ma 24 procent Amerykanów polskiego pochodzenia i ponad 17 procent imigrantów z Polski. Przy czym co najmniej 15 procent jednych i drugich posiada dyplomy szkół wyższych. To też więcej niż przeciętnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie tylko 11 procent ludzi ma ukończone studia magisterskie lub wyższe studia zawodowe. Mimo że Polonia się starzeje, to i tak aktywna zawodowo jest większa część naszej społeczności niż średnia dla populacji całego kraju. Zatrudnienie posiada 63,4 procent Amerykanów polskiego pochodzenia w wieku powyżej 16. roku życia i prawie 62 procent imigrantów z Polski.

NAJWIĘKSZA ZMIANA PO ŚMIERCI MAMY

Agnieszka „Agnes” Mitchell wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych kilkanaście lat temu. Przez pierwszy rok pracowała „na sprzątaniu”, później opiekowała się dziećmi. W tym czasie szkoliła swój angielski i zapisała się na studia magisterskie na kierunku biznesowym. Mając dyplom, dostała pracę w banku, gdzie doszła do stanowiska relationship manager. Doradzała finansowo około 300 rodzinom. „Po pewnym czasie wypaliłam się, a praca przestała przynosić mi satysfakcję. Wiedziałam, że jest coś innego, co na mnie czeka” – mówi. Od zawsze interesowała się sportem. 10 lat temu przebiegła swój pierwszy maraton. Jakiś czas później ukończyła szalenie trudne zawody triatlonowe typu ironman. „Największa zmiana w moim życiu nastąpiła po odejściu mamy. Zmarła na chorobę, której można było zapobiec, czyli z powodu raka jelita. Wywołał ją niezdrowy tryb życia. Ból, który przeżyłam, sprawił, że zrodziła się we mnie chęć pomocy innym kobietom w zmianie ich niezdrowych przyzwyczajeń. Zaczęłam kolejne studia, tym razem dotyczące żywienia, i zostałam trenerem personalnym” – opowiada Agnieszka. Po pewnym czasie, zachęcona przez znajomą z Włoch, której pomogła wrócić do zdrowej wagi, zaczęła udzielać porad przez internet, a że efekty były jeszcze lepsze niż podczas pracy twarzą w twarz z klientkami, zajęła się tym na pełen etat. Teraz prowadzi firmę razem z mężem, w której zatrudnione są dwie inne osoby. Co miesiąc grupa klientek liczy nawet 80 osób, nie tylko z Chicago, ale też na przykład z Nowego Jorku. „Teraz mogę powiedzieć, że świetnie odnalazłam się na emigracji i robię to, co kocham najbardziej. Lubię Polskę, bo też bardzo się zmieniła na plus, ale to właśnie w Stanach odnalazłam moje miejsce na ziemi. Przynajmniej tak teraz sądzę, a co będzie w przyszłości – czas pokaże” – mówi Polka.

PRZEPROWADZKA, BO MIŁOŚĆ…

Według danych amerykańskiego urzędu statystycznego, w USA mieszka 44 mln imigrantów. Najwięcej jest Latynosów, w tym Meksykanów, a także Azjatów i obywateli Indii. Wśród Europejczyków sporą grupę stanowią Polacy. Cudzoziemcy, którzy zamieszkali w USA w ciągu ostatnich 10-15 lat, coraz częściej osiedlają się poza typowymi ośrodkami imigracyjnymi, jak Nowy Jork, Chicago czy Los Angeles; w regionach, gdzie do tej pory mieszkali głównie rodowici Amerykanie. W Pensylwanii, na przedmieściach Filadelfii, mieszka od kilku lat z rodziną fotograf Krzysztof Kuraś. Mając dobrze prosperujące studio fotograficzne w Rzeszowie i całkiem fajną karierę zawodową, zostawił to wszystko i przyjechał do Stanów Zjednoczonych. Powodem była miłość, ale nie do tego kraju, tylko do obecnej żony Moniki. „W listopadzie minie pięć lat mojej emigracji. Praktycznie od razu po przylocie zderzyłem się z brutalną, amerykańską rzeczywistością. Myślałem, że szybko dojdę do tego, co miałem w Polsce, ale realia okazały się zupełnie inne” – przyznaje.

W USA nikogo, oprócz obecnej żony, nie znał. Nie miał też kontaktów biznesowych, co sprawiło, że budowanie swojej kariery musiał zaczynać od nowa. Najtrudniejszy był pierwszy rok, kiedy Krzysztof szukał zleceń. Konkurencja w jego branży, szczególnie w metropolii nowojorskiej, jest ogromna. Pierwsze zlecenia dotyczyły sesji rodzinnych. Później, pojawiły się zdjęcia ceremonii ślubnych i fotografie komercyjne. „Trzy lata temu, przez przypadek, poznałem właściciela dużej firmy budowlanej, który zaproponował mi współpracę. Sam zaczynał od zera i doskonale rozumiał moją sytuację. Do tej pory poleca mnie amerykańskim właścicielom firm kontraktorskich, dzięki temu baza kontaktów poszerza się” – twierdzi rozmówca „Nowego Dziennika”.

Krzysztof nie zamyka się tylko w polonijnym środowisku, swoje usługi oferuje każdemu. By dotrzeć do klienta, spore pieniądze inwestuje w reklamę. Jak uważa, jest ona konieczna, by zaistnieć w tej branży, bo dobre portfolio nie zawsze wystarczy. Trudno mu policzyć, w ilu sesjach brał już udział i ilu, na przykład zaręczyn, był świadkiem, bo było ich naprawdę sporo. „Pamiętam oświadczyny dyrektora niemieckiego oddziału Facebooka, który zaprosił swoją dziewczynę do Nowego Jorku. Zaręczyny były zaaranżowane, oczywiście miała to być niespodzianka. Całe wydarzenie miało miejsce w helikopterze nad Central Parkiem. Aby partnerka się nie zorientowała zbyt wcześnie, skłamaliśmy, że jestem fotografem wynajętym przez firmę organizującą loty i mam robić zdjęcia komercyjne turystom. Przyszły pan młody w pewnym momencie wyciągnął kartkę i zaczął czytać wiersz, partnerka się rozpłakała, po czym on wyciągnął pierścionek i się oświadczył. Oczywiście powiedziała 'tak'” – opowiada Krzysztof.

Przyznaje też, że gdyby kiedyś ktoś mu powiedział, że regularnie będzie latał helikopterem i robił zdjęcia nad Nowym Jorkiem, na pewno by nie uwierzył. Takie sceny kojarzyły mu się z obejrzanym wiele lat temu filmem „Szczęśliwego Nowego Jorku”. „Pamiętam scenę, jak Rafał Olbrychski, siedząc w helikopterze, wyrzucał pieniądze. Tymczasem kilka lat później startowałem z tego samego lądowiska, by robić fotografie zaręczynowe” – mówi. Emigracji nie planował. A już na pewno nie do Stanów Zjednoczonych. Los potoczył się jednak inaczej. Krzysztof z Moniką wychowują 6-letniego Adasia i kilkunastomiesięczną Anię. „W naszym domu pierwszym językiem jest język polski, ważna jest dla nas historia naszej ojczyzny. Nawet teraz podczas półfinałów Mistrzostw Świata w siatkówce, kiedy walczyliśmy z Amerykanami, wszyscy kibicowaliśmy Polsce. To, że mieszkamy w USA, nie zmienia faktu, że jesteśmy Polakami, i tak już będzie do końca i tego też chcemy uczyć nasze dzieci, by tę polskość miały we krwi” – podkreśla Krzysztof Kuraś. Na razie się udaje. 6-letni Adaś często nie tylko dopytuje o historię Polski, ale przed snem prosi, by włączać mu audiobooki po polsku.

WCIĄŻ NIE U SIEBIE

Jeden z analityków Kauffman Foundation ocenia, że emigranci w USA dwukrotnie częściej są skłonni do zakładania nowych firm niż rodowici Amerykanie. W 2016 roku prawie 30 proc. nowych amerykańskich firm zostało założonych przez pierwsze pokolenie emigrantów, co oznacza 13-procentowy wzrost w porównaniu do roku 1996 – podano w zeszłorocznym raporcie Fundacji Kauffmana. Przyczyną tego stanu może być fakt, iż wielu z nich nie może znaleźć w USA pracy zgodnej z wykształceniem i dyplomami, które zdobyli w rodzinnych krajach.

Aneta z Clifton, NJ, jeszcze do niedawna, miała napisane na Facebooku „stuck in America”. Wpis usunęła, ale poczucie, że nie do końca jest u siebie, zostało. Mieszka w Stanach Zjednoczonych, na stałe, od ponad 16 lat. W pierwszym dniu pobytu w USA poznała swojego obecnego męża Piotra. „Mój kuzyn zaraz po przylocie oprowadzał mnie po mieście i w pewnym momencie, na skrzyżowaniu, zobaczyłam jakiegoś chłopaka w samochodzie i od razu mi się spodobał. Kilka godzin później, gdy byłam u kuzyna w domu, z pokoju wyszedł chłopak, którego zauważyłam na skrzyżowaniu. Okazało się, że są współlokatorami” – opowiada Aneta. Zaiskrzyło między nimi i z kilkutygodniowych wakacji zrobiło się pół roku. Później, przez kilka lat, regularnie się odwiedzali – w Stanach i w Polsce, aż w końcu pojawiła się decyzja o ślubie i przeprowadzce na stałe. „Chyba najtrudniejsza decyzja w moim życiu, taka, którą do dziś analizuję. Przyznam, że nie czuję tak do końca, że jest to miejsce, gdzie powinnam być. Mnie trzyma w tym kraju nie amerykański sposób życia, tylko miłość do męża. Co więcej, USA nie były nigdy na liście moich marzeń. To mój wujek uparł się, bym po studiach odwiedziła jego i kuzyna” – twierdzi nasza rozmówczyni.

Upłynął jakiś czas, zanim Aneta zaczęła realizować swoje marzenia, bo początkowo myślała, że może jednak wróci do Polski. Z zawodu jest plastykiem, skończyła studia w Krakowie na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego. „To jest jedyna praca, jaka mnie interesuje, i nic innego nie chciałam robić. Ale realia okazały się brutalne i przez kilka lat musiałam pracować w innym zawodzie” – mówi Polka. Była m.in. opiekunką do dzieci. Dzięki temu nauczyła się języka angielskiego. Później pracowała jako asystent nauczyciela w ośrodku dla dzieci z porażeniem mózgowym. Gdy na świat przyszedł jej syn Szymon, na pewien czas zrezygnowała z etatu. Po jakimś czasie założyła pierwszą własną firmę. Dwa lata temu – kolejną – Rustic Square Art Studio „Całe moje umiejętności, kursy, doświadczenia i pasję wykorzystuję w swojej obecnej pracy. Mam studio artystyczne, gdzie prowadzę zajęcia z dziećmi – wychowanie przez sztukę. Organizuję też przyjęcia dla najmłodszych, na przykład urodziny” – wyjaśnia Aneta. W drugiej swojej firmie skupia się z kolei na ozdabianiu przyjęć. „Na emigracji zawsze robiłam to, co lubię, tylko przez lata moja pasja nie przynosiła mi żadnego zarobku. Nie mogłam się z tego utrzymać, bo robiłam to na małą skalę. Więc musiałam mieć jakieś dodatkowe zajęcie. Dopiero od kilku lat zaczynam konkretnie rozwijać swój biznes” – przyznaje. Zawodowo się spełnia, co ważniejsze, ma kochającą rodzinę, ale wciąż nie czuje się w USA jak w domu.

„Wiele osób mówiących, że są szczęśliwe, i że chcą tu być na stałe, ma w oczach pewien smutek, związany właśnie z tęsknotą za krajem. Gdzieś tam tkwi w nich to, że nie jesteśmy u siebie. Ja sama ciągle nie czuję, że jestem u siebie” – twierdzi. Każde wakacje spędza z synem w rodzinnych stronach na południu Polski. Wtedy, jak mówi chłonie Polskę całą sobą. „Uwielbiam tam wszystko i na mnie argumenty, że w urzędach jest źle, że służba zdrowia nie taka, nie działają, bo tu, w USA, jest też różnie, też miałam trudne sytuacje. Chociażby w urzędach imigracyjnych. Myślę, że część tak mówi, by poczuć się lepiej, przekonać do Ameryki” – uważa. Razem z mężem wychowują 11-letniego syna Szymona w szacunku do Stanów Zjednoczonych i Polski. Syn mówi biegle w dwóch językach, ale mimo że urodził się w USA, jakoś bliżej mu do ojczyzny rodziców. „Kiedyś z okazji Dnia Matki miał napisać w amerykańskiej szkole wiersz. Uparł się, że zrobi to w języku polskim. Nauczycielka na początku się nie zgodziła, a później poleciła, by napisał w dwóch językach. Zapytany, dlaczego tak bardzo zależało mu na polskim, odparł, że angielski wiersz nie dotrze tak do serca mamy, jak ten pisany w jej języku. Miał rację” – mówi Aneta.

Autor: Anna Arciszewska