Najmłodsi “karmią się” reklamą

0
7

Iwona, oprócz tego, że jest żoną wielokrotnego reprezentanta Polski, to także mama 7-letniej Dominiki i 13-letniego Sebastiana. W jej domu zawsze jadło się zdrowo, ale od pewnego czasu jeszcze uważniej patrzy na to, co serwuje swoim bliskim na talerzach. “Chodziło m.in. o to, by maksymalnie przedłużyć życie siatkarskie męża, tak by mógł jak najdłużej wytrzymać na boisku, ale największym bodźcem była alergia pokarmowa mojego syna. To ona sprawiła, że zanim włożyłam coś do koszyka, dokładnie czytałam etykiety poszczególnych produktów. Nagle okazało się, że rzeczy, które wydają nam się zdrowe – na przykład jogurty owocowe – mają niewiele wspólnego ze zdrowym odżywianiem. Często zawartość truskawek, malin czy jabłek w opakowaniu nie przekracza nawet jednego procentu. Bierzesz kiełbasę do ręki, a w niej jest więcej wody i ulepszaczy niż mięsa. To wszystko otworzyło mi oczy na to, jak bardzo jestem oszukiwana przez przemysł spożywczy” – mówi Iwona Ignaczak.

NA PIERWSZE ŚNIADANIE: SŁODKA BUŁKA I COLA

Żona mistrza świata i Europy promuje od kilku lat – między innymi w mediach społecznościowych – zdrowe odżywianie. Przede wszystkim bez cukru i tłuszczów trans, czyli utwardzonych tłuszczów roślinnych, które są tak niebezpiecznie dla naszego zdrowia, że wielu lekarzy i dietetyków bez ogródek nazywa je nawet śmiertelnie groźnymi. Czego jeszcze na pewno nie dałaby swoim dzieciom? “Myślę że na pewno nie dałabym czipsów, ze względu właśnie na transy, i wszystkiego, co jest dosładzane syropem glukozowo-fruktozowym, więc m.in. napojów gazowanych. Oczywiście, że dzieci o nie proszą, co więcej – wiem, że piją je gdzieś tam po kryjomu. Ale też uważam, że od czasu do czasu szklanka coli czy sprite’a nikomu krzywdy nie zrobi pod warunkiem, że na stałe nie zagości w naszym menu. Gdy odprowadzałam córkę do szkoły i czekałam z nią przed klasą, aż rozpoczną się zajęcia, to często widziałam, jak maluchy zaczynały drugie śniadanie – oby to było drugie śniadanie – od słodkiej bułki kupowanej gdzieś w sklepie, której termin ważności mija za kilka lat, i popijały to napojem zwanym mlekiem, który może stać otwarty ponad tydzień, czy colą. Często powtarzam, że nie każdy rodzic może przekazać dziecku np. pieniądze czy konkretne zdolności, ale każdy może przekazać zdrowie i nauczyć dbania o siebie” – uważa Iwona Ignaczak.

W PLECAKU LITROWY NAPÓJ GAZOWANY

Problem otyłości dotyczy przecież nie tylko dzieci w Stanach Zjednoczonych, ale coraz więcej coraz cięższych dzieci jest także w Polsce. Bożena Szmydowska jest nauczycielką i wychowawczynią w jednej z rzeszowskich szkół podstawowych. Na zadawane przez nią pytanie – ile dzieci zjadło w domu śniadanie – rękę podnoszą dwie, czasem trzy osoby w klasie. Efekt? Maluchy przychodzą na zajęcia głodne, a w przerwach dosłownie rzucają się na śmieciowe jedzenie. “Pamiętam, jak jakiś czas temu wybuchła awantura o to, że dzieci mają za ciężkie plecaki. A co się w nich znajduje? W wielu litrowa cola lub inny słodki napój gazowany. Do tego maluchy już w pierwszej klasie podjadają czipsy, cukierki, batony. Co z tego, że w stołówce mają obiady przygotowane według przepisów opracowanych przez dietetyka, jeśli w ciągu dnia karmią się tak niezdrowym jedzeniem. Do tego sporo dzieci przynosi zwolnienia z lekcji wychowania fizycznego. Efekt jest taki, że wielu uczniów już w wieku 8-10 lat nie tylko ma nadwagę, ale jest otyłych” – mówi Bożena Szmydowska.

Apele do rodziców na wywiadówkach też nie zawsze przynoszą skutek. “Może dlatego, że rodzice, którzy są zazwyczaj w wieku 35 plus, nie mieli za czasów swojego dzieciństwa napojów gazowanych, czipsów czy takich słodkości, jakie są teraz na sklepowych półkach. Pozwalają więc dzieciom na kupowanie tego, co tak do końca nie jest smaczne, bo tego typu produkty bardzo szybko uzależniają, a na pewno nie są zdrowe – tylko dlatego, że sami mają coś, co można określić 'głodem z dzieciństwa'. Tak już jest, że człowiek zawsze chce dać dziecku to, czego sam w dzieciństwie nie miał” – uważa wychowawczyni z rzeszowskiej podstawówki.

Pewnym rozwiązaniem miała być wprowadzona w ub. roku w Polsce ustawa zakazująca sprzedaży śmieciowego jedzenia w sklepikach szkolnych. Ustalono nawet kary pieniężne za złamanie przepisu, wynoszące do 5 tys. złotych, ale jak to często bywa: prawo sobie, a życie sobie. Dzieci wciąż maszerują po korytarzach z drożdżówkami w rękach. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych. Tutaj też jakiś czas temu wprowadzono zmiany w stołówkach szkolnych, z których miały zniknąć frytki, pizza i czipsy, a pojawiać się wyłącznie dobre dania. Przedstawiciele szkół zaczęli narzekać, że codziennie wyrzucają gigantyczne porcje jedzenia, bo dzieciom to co zdrowe zwyczajnie nie smakuje. Dlatego śmieciowe jedzenie nie zniknęło. W większości stołówek ustawiono tylko bary sałatkowe. Jednak które jednak dziecko wybierze marchewkę zamiast smażonego kurczaka?

OBSESYJNE PRAGNIENIE CZIPSA

Koncerny spożywcze wiedzą, co zrobić, by nie stracić klientów wśród najmłodszych – mają doskonale opracowane kampanie reklamowe. Jak podaje “Medical News Today”, każdego roku wydawanych jest ok. 1,8 miliarda dol. tylko po to, by coraz więcej dzieci sięgało po to co słodkie, kolorowe, rozreklamowane i niezdrowe. Obliczono, że co roku maluchy w wieku od dwóch do pięciu lat zobaczą takie reklamy ok. 1000 razy, a nastolatki nawet dwa-trzy razy częściej. W sierpniowym raporcie opublikowanym przez “The Journal of Pediatrics” można przeczytać, że przeważająca większość reklam telewizyjnych z produktami spożywczymi w roli głównej wpływa na korę przedczołową mózgu maluchów w taki sposób, iż sprawia, że dzieci obsesyjnie wręcz zaczynają pragnąć śmieciowego jedzenia. Badania przeprowadzili naukowcy z University of Kansas Medical Center oraz University of Missouri w Kansas City. Testom zostały poddane dzieci w wieku od 8 do 14 lat, którym przez pewien czas wyświetlano reklamy różnych produktów uznanych za niezdrowe.

Podczas, gdy dzieci generalnie wolą czipsa czy frytkę od marchewki, to oglądanie reklam czyniło to pragnienie o wiele silniejszym. “Łatwy dostęp do niezdrowych produktów i ich reklam to szczególnie niebezpieczny duet, mający związek z wysokim spożyciem niezdrowej żywności. Prowadzi to do częstszego sięgania po słodzone napoje, czipsy i inną wysokokaloryczną żywność” – mówi współautorka badań dr Amanda S. Bruce. “Dzieci – przez reklamę – są tak silnie motywowane do tego, by w ich codziennej diecie pojawiły się niezdrowe przekąski, że rodzicom jest i będzie coraz trudniej przekonać potomstwo do zdrowego jedzenia. W dodatku to co tłuste i słodkie uzależnia praktycznie tak samo jak narkotyki” – zwraca uwagę dr Bruce. Dodaje też, że reklamy niezdrowego żywienia są emitowane zwłaszcza między programami dla dzieci. Nic w tym dziwnego, że maluch widząc swojego ulubionego bohatera z paczką czipsów utożsamia ten produkt z pozytywnymi emocjami. A twórcy reklam dokładają wszelkich starań, żeby tak właśnie było. “My, dorośli, sami jesteśmy bardzo podatni na treści płynące z kolorowych reklam, a cóż dopiero dzieci?” – mówi dr Amanda S. Bruce.

“Magia” ekranowego przekazu jest tak wielka, że dochodzi do tego, iż dzieci wstydzą się zdrowego jedzenia. Wielu – szczególnie polonijnych – rodziców, którzy przygotowują maluchom pożywne kanapki do szkoły, przyznaje, że znajduje je później w plecakach, a starsze dzieci proszą, by im nic nie dawać na lunch. “Na początku nie mogłam w to uwierzyć, ale zarówno starsza, jak i młodsza córka przyznają, że zdarza się, iż część rówieśników – mających np. chleb tostowy, a na nim plasterek żółtego sera z woreczka – śmieje się z naszych kanapek z pomidorem, sałatą i wędliną. Dochodziło do tego, że dziewczynki jadły lunch po kryjomu. Na szczęście udało mi się im wytłumaczyć, że nie mają się czego wstydzić. Rozmawiałam o tym z innymi polskimi mamami i wiem, że nie tylko ja miałam taki problem” – mówi Edyta z Brooklynu.

CIĘŻKIE DZIECI, TO CIĘŻCY DOROŚLI

Zupełnie wbrew reklamie postępuje też Iwona Ignaczak. Jej dzieci nie korzystają ze stołówek szkolnych, za to dostają smaczne przekąski. Na przykład własnoręcznie robione przez mamę masło orzechowe, do tego plasterki jabłka lub “kulki mocy”, czyli płatki owsiane, siemię lniane, miód zmieszane z masłem orzechowym. “Czy jest łatwo zacząć zdrową dietę? Nie. Na początku jest panika, bo wydaje ci się, że nie masz co jeść, choć u mnie ten proces trwał przez pewien czas. Najpierw na przykład zrezygnowałam z glutenu. Człowiek staje się bardziej kreatywny i rozpoznaje więcej smaków. Nagle się okazuje, że na przykład owoce są bardzo słodkie” – mówi Iwona Ignaczak. Żartuje, że w kuchni przenosi się w czasie, bo przygotowuje śniadania, obiady czy kolacje według przepisów mamy czy babć. “Na śniadanie jemy na przykład jajka smażone na boczku, prawdziwą kiełbasę, zdarza się nawet stek. Na obiad mięso z warzywami i ziemniakami lub kaszą. Zupełnie wyrzuciłam cukier i przetworzone produkty. Efekt jest taki, że obecnie alergia Sebastiana jest znikoma, a to, jak się czujemy w porównaniu do okresu sprzed kilku lat, nie da się nawet opisać. Po prostu dostaliśmy skrzydeł” – twierdzi Iwona. 

W doborze odpowiedniej diety pomaga jej dietetyk, dużo też czyta na ten temat i jeździ na szkolenia. “Mieszkałam w Stanach Zjednoczonych przez dwa lata i do tej pory sprzątam bałagan, jakiego sobie narobiłam w organizmie w czasie pobytu za oceanem. Do ulubionych moich przekąsek należały nachosy, bo wtedy w Polsce nie było takich czipsów, i marshmallow – jadłam te cukrowe pianki pod każdą postacią – oraz masło orzechowe. W ciągu dwóch miesięcy przytyłam 10 kilogramów. Miałam wrażenie, że codziennie puchnę. Ale nic samo się nie robiło, powodem było oczywiście niezdrowe jedzenie, które jest już teraz tak samo dostępne w Polsce i, niestety, kosztuje grosze. Efekt widać na ulicach” – zauważa żona mistrza świata.

Bo otyłość, kojarzona głównie ze Stanami Zjednoczonymi, coraz częściej dotyka także dzieci w Polsce, które wprawdzie przerastają starsze pokolenia, ale tyją już nieproporcjonalnie bardziej. Według WHO to właśnie nadwaga jest w Europie najpowszechniejszym problemem zdrowotnym wieku dziecięcego. Co trzeci jedenastolatek, a więc dziecko u progu dojrzewania, cierpi na nadwagę lub otyłość. Nadzieja, że “wyrośnie z tego” jest płonna, bo jak pokazują statystyki, zdecydowana większość zbyt ciężkich dzieci zamienia się w zbyt ciężkich dorosłych. Stają się schorowane i narażone na choroby obniżające i jakość, i długość życia. Jeszcze przed 30. urodzinami stają się pacjentami diabetologów, kardiologów, endokrynologów i rehabilitantów, a także onkologów. A wystarczy tylko trochę zdrowiej się odżywiać. Tylko i aż tyle.

Autor: Anna Arciszewska