Nasze życie w czasach epidemii

332
Rysunek Ryszarda Drucha – "Mała czarna w czasach zarazy"

Przyszło nam żyć w realiach, jakich nikt chyba by nie wymyślił. Szalejąca pandemia koronawirusa sprawiła, iż świat wokół nas diametralnie się zmienił. Restauracje i kluby pozamykane, nie ma żadnych imprez, nie możemy się spotykać z przyjaciółmi, a nawet z rodziną. Zadajemy sobie pytanie, jak żyć i jak sobie radzić w takich czasach? Co to będzie, jaka przyszłość nas czeka?

Zapytaliśmy naszych Czytelników, jak sobie radzą w tej rzeczywistości. Czy pracują jeszcze, a jeśli nie, to jak wypełniają czas pozostając w domu? Czy i jak zmieniło się ich życie rodzinne? Czy spędzają czas przed komputerem lub telewizorem, a może sięgają po książki? Jak dają sobie radę z tą niepewnością co do przyszłości? Czy i kiedy wrócimy do normalnego życia – tego, jakie mieliśmy przed nadejściem epidemii?

Wiele osób chętnie podzieliło się z nami swoimi przemyśleniami i emocjami.

RYSZARD DRUCH: CZAS NA TWÓRCZOŚĆ ARTYSTYCZNĄ

Już niemal 30 lat mieszkam w Stanach Zjednoczonych, a od 17 lat jestem polonijnym nauczycielem plastyki we własnym ognisku artystycznym w Trenton, NJ, które nazwałem Akademią Sztuk Plastycznych. Od kilkunastu lat uczę również w sobotnich polskich szkołach dokształcających – najpierw byłem nauczycielem w szkole Trenton, NJ, a od sześciu lat w Morrisville w stanie Pensylwania. Od blisko trzech dekad prowadzę jednoosobową firmę Druch Studio. W roku 2003 rozszerzyła ona swoją działalność i w polonijnym środowisku znana jest bardziej pod nazwą Druch Studio Gallery, gdzie organizuję comiesięczne Salony Artystyczne. Ostatni, 186. – poświęcony twórczości Pabla Picassa – odbył się kilka tygodni temu. W piątek, 27 marca, zamierzałem – w ramach kolejnego salonu – otwierać wystawę rysunku satyrycznego słynnego polskiego karykaturzysty Henryka Cebuli i gościć artystę. Niestety, pandemia koronawirusa w Europie oraz w USA zniweczyła ten plan. Zamknąć musiałem nie tylko galerię, ale i moje atelier, gdzie wieczorami prowadziłem zajęcia z rysunku i malarstwa dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Z dnia na dzień zostałem bezrobotny…

Najmłodsi studenci Akademii Sztuk Pięknych Ryszarda Drucha w Trenton jeszcze do niedawna uczyli się malować w galerii, ale teraz mogą rozwijać swoją pasję przez internet
FOTO: Z ARCHIWUM R. DRUCHA

Mało tego, odwołać musiałem swoją wizytę w Polsce, gdzie 3 kwietnia w Muzeum Powiatowym w Nysie miałem uczestniczyć w wernisażu mojej retrospektywnej wystawy emigracyjnej pt. „Made in Poland –  karykatura, plakat, ilustracja i promocja polskiej kultury 1992-2020”. Zamknięcie w Polsce szkół, teatrów i muzeów oznaczało również odwołanie mojego wykładu „Karykatura polska historycznie i osobiście” w Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego w Warce oraz w Bibliotece Miejskiej w Grodkowie, a także w Klubie Artystycznym „Pod Papugami”, prowadzonym przez Wiesława Kubasika w Białogardzie.

W Polskiej Szkole „Ogniwo” w Morrisville, PA, w sobotę, 21 marca, kierownictwo oraz nauczyciele zdecydowali o wznowieniu nauki zdalnej, czyli za pomocą sieci internetowej. Ten eksperyment – przynajmniej po pierwszej edukacyjnej sobocie – okazał się dobrym pomysłem i będzie kontynuowany. Odważyłem się więc i w mojej Akademii Sztuk Plastycznych uruchomić lekcje plastyki online. Zacząłem w środę, 25 marca, od spotkania z dziećmi w wieku 9-11 lat. Mam już zgłoszenia od rodziców starszych dzieci – dotychczasowych uczniów zajęć plastycznych – i wygląda na to, że zwiększę liczbę godzin edukacyjnych w formule internetowej.

W polskiej dzielnicy zlokalizowanej wzdłuż Brunswick Avenue w Trenton, NJ, życie prawie zamarło. Czynne są dwa sklepy spożywcze, ale inne firmy ograniczyły godziny otwarcia lub zawiesiły działalność. Ja czas spędzany z konieczności w domu wykorzystuję na twórczość artystyczną, i to zarówno malarską, jak i rysowniczą. Codziennie wykonuję kilka rysunków satyrycznych lub karykatur portretowych, które publikuję regularnie na Facebooku.

Z obawą myślę o czerwcowej IX Świętojańskiej Nocy Kabaretowej – największej dorocznej imprezie artystycznej organizowanej w Viva Dance Studio w Lawrenceville, NJ, przez Kabaret „Odlot”, który prowadzę od 1997 r. Mają w niej zaprezentować się dwaj artyści z Polski, którzy mają w kieszeniach bilety lotnicze wykupione na czerwiec. Nie chcę zapeszać, ale kwiecień będzie miesiącem decydującym dla wyników pandemii i wówczas zapewne będzie można planować wydarzenia na czerwiec…

MARIA Z LODI, NJ: DBAM O SIEBIE I RODZINĘ

Nie pracuję od poniedziałku, 23 marca. Nie obawiam się bezczynności w domu. Do tej pory miałam dwie prace, pracowałam bardzo intensywnie i nie miałam czasu zadbać o dom. Teraz mogę spokojnie powymiatać wszystkie śmieci z kątów, opróżnić szafy i zrobić w nich miejsce na wiosenne rzeczy oraz wykonać wiele drobnych prac domowych. No i wraz z mężem i z dzieciakami odsypiamy ten czas, kiedy to musieliśmy zrywać się wcześnie rano, żeby zdążyć do szkoły i do pracy.

Po zakupy udajemy się tylko do najbliższej farmy, gdzie nie ma dużo ludzi. Od czasu do czasu całą rodziną wychodzimy na świeże powietrze. Wybieramy wówczas parki, ale też miejsca rzadko odwiedzane przez ludzi.

Oczywiście, że ten obecny czas jest bardzo niepewny, pełen strasznych wiadomości z Europy, ale także i z różnych stanów, ale ja wciąż wierzę, że nie będzie u nas, w USA, tak źle, jak na przykład we Włoszech. Aby tak nie było, wszyscy musimy o to się zatroszczyć i potraktować serio wszelakie zakazy. Zadbajmy o siebie, o nasze rodziny i ludzi starszych.

Żyjąc w obecnych realiach każdy z nas powinien zatrzymać się i zastanowić, co w życiu jest ważne. Nie gonitwa za sukcesami i za pieniędzmi są najważniejsze, ale relacje pomiędzy ludźmi, domownikami, rodziną. Ten czas, w jakimś sensie nam podarowany, staram się spędzać z mężem i trójką dzieci na rozmowach, wspólnym czytaniu  książek, pieczeniu ciasta, malowaniu, zabawach, chodzeniu za rękę po parku, gdzie nigdzie nie musimy się spieszyć. Myślę, że kiedy epidemia koronawirusa minie, kiedy wszystko się uspokoi i wróci do normy, będę wspominać ten trudny okres jako piękny czas, bo mogłam być wreszcie z rodziną.

Wszystkim życzę zdrowia i znalezienia swojego miejsca oraz sensu poczynań w tym trudnym okresie.

JUSTYNA Z CLARK, NJ: MUSIMY MIEĆ NADZIEJĘ!

Najgorszy był dla mnie pierwszy tydzień epidemii. Zamknięte zostały szkoły i syn Antoś, który ma 5 lat, musiał zostać w domu. Ja mam dwa razy więcej nauki na studiach, bo jestem na ostatnim roku w college’u, a w maju będę je kończyć. Do tego mam pracę oraz zajęcia domowe: gotowanie obiadu, podstawowe porządki itp. Bardzo trudno jest mi odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości. Syn mnie pyta: „Mamo, kiedy spotkamy się z koleżankami i kolegami? Kiedy pójdziemy na plac zabaw, aby się pobawić? Dlaczego nie mogę pójść do szkoły? Dlaczego ja muszę odrabiać pracę domową?”. Nie chce się skupić na odrabianiu lekcji, chce robić tysiące różnych rzeczy… A musi codziennie odrobić zadaną pracę szkolną, ja muszę wykonać zdjęcie tego, co zrobił i wysłać nauczycielce, aby miał zaliczony dzień. Syn się denerwuje, bo mu się nie chce odrabiać tych lekcji, ja się denerwuję, że on nie chce i że to zabiera tyle czasu. Nierzadko zdarza się, że muszę mu długo tłumaczyć zadanie, jakie ma do wykonania.

Mam też swoje obowiązki jako studentka. Jestem też cały czas matką i żoną, no i pracuję zawodowo. Teraz nie jeżdżę na uczelnię, ale mam trzy klasy online, co wymaga ode mnie dużo wysiłku i czasu. Wieczorem muszę mieć ciszę w domu, bo słucham wykładów drogą internetową. Jeśli mąż jest w domu, to mi pomaga, i wtedy jest mi trochę lżej.

W czwartek po południu byliśmy na spacerze i spotkaliśmy kolegę Antosia ze szkoły. Antoś bardzo chciał pójść z nim na plac zabaw i pobawić się. Znowu musiałam mu tłumaczyć, że plac zabaw jest zamknięty i nie może się bawić z kolegą. Trudno jest dziecku to wytłumaczyć, bo przecież jeszcze niedawno nie było z tym problemu.

Ta nowa rzeczywistość jest trudna zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców. Narasta w nas niepewność co do przyszłości. Słucham w mediach, że coraz więcej osób w Polsce, we Włoszech czy w USA jest chorych i umiera. Takie wiadomości działają na człowieka bardzo depresyjnie. Zastanawiam się, czy mój syn, mąż lub ja zachorujemy, czy przeżyjemy. Nie ma jednak wyboru, musimy pogodzić się z sytuacją i po prostu mieć nadzieję.

CEZARY GAWEŁ: WIRTUALNIE, ALE WCIĄŻ DZIAŁAMY!

Prowadzę Cezary Gawel Agency & Financial Services LLC w Linden, NJ. Można u nas ubezpieczyć dom, samochód, łódź, a nawet biznes. We wtorek, 17 marca, zamknąłem biuro i powiedziałem wszystkim moim pracownikom, aby zabrali komputery, telefony i drukarki do domu. Biuro jest skonfigurowane, abyśmy mogli pracować zdalnie, jeśli będzie to konieczne. Mój system telefoniczny to Voip (Voice over Internet). Ten system pozwala mi podłączyć telefony do domowego internetu i działają one tak samo, jak w biurze. Mamy wirtualnie cztery lokacje w stanie New Jersey: w Marlboro, Woodbridge, Cartaret i Bayonne.Jesteśmy dostępni na telefon, e-mail, fax, texting, Skype, factime. Nasi klienci nawet nie zdają sobie sprawy, kiedy dzwonią do biura, że pracujemy z domu. Z jednej strony świetnie, że nie tkwimy w korku, jeżdżąc do pracy, ale z drugiej strony bycie w domu przez cały czas sprawia, że czasami już człowiek ma dość przebywania ciągle w tym samym miejscu. Podłączyłem kamery Skype’a dla wszystkich moich pracowników i robimy wideokonferencje w ciągu dnia. Pomaga to utrzymać przepływ informacji w taki sam sposób, jak w biurze.

Cezary Gaweł przeniósł biuro do domu, gdzie pracuje wraz żoną Kasią (na zdjęciu) FOTO: CEZARY GAWEŁ

Duże zakupy domowe zrobiłem ponad dwa tygodnie temu, gdy sklepy były pełne. Teraz po pracy, wieczorem, spotykam się ze swoimi znajomymi, korzystając z nowoczesnych technologii takich, jak Facebook, Messenger czy FaceTime. Czasami oglądam z żoną telewizję. Lampka wina przed ekranem telewizora też dobrze robi!

WOJCIECH WOŹNIAK: WIRUS PRZYSZEDŁ, TO I ODEJDZIE

W trudnym czasie przyszło nam żyć. Koronawirus czyha na nas w każdym kącie. Ja na szczęście jestem emerytem i nie muszę biec do autobusu czy metra, aby zdążyć do pracy. Siedzę sobie przy kominku z książką w ręku, a obok żona robi kolejny sweter na drutach. Co jakiś czas żona odrywa mnie od lektury i pyta, co myślę o tej pandemii. Ot, chce pogadać. W pokoju bawi się nasz wnuk Jozus. W łóżeczku śpi jego siostrzyczka.

A w telewizji ciągle to samo: koronawirus i koronawirus. Lubię wiedzieć, co i gdzie się dzieje, więc telewizor mamy włączony od samego rana. Codziennie dzwoni syn, pytając, jak się czujemy i ostrzega, żeby nigdzie nie wychodzić. Mieszkamy w Middle Village, dzielnicy Queensu. Mieszka z nami córka, która wciąż chodzi do pracy. Kiedy wraca, przygotowuje obiad, a gotuje naprawdę dobrze. Przy okazji opowiada nam o tym, co się dzieje i co ludzie mówią o wirusie. I tak nam, emerytom, leci czas. A wirus przyszedł, to i odejdzie.

TOMASZ SKROBECKI: MOŻE W MAJU ROZWINIEMY ŻAGLE

Mam to szczęście, że pracuję w firmie inżynieryjnej, która obsługuje projekty współfinansowane przez miasto i rząd. To daje nam status „Essential Services”, dlatego jeszcze cały czas chodzę do pracy. To jednak może się wkrótce zmienić i również mogę dostać polecenie pozostania w domu. Moja żona pracuje w placówce medycznej, ma styczność z wirusem na co dzień, ale jak na razie do domu nic nie przyniosła.

Staramy się normalnie żyć. Chodzimy z córką do parku, wychodzimy z psem. Jeżeli każą nam siedzieć w domu, a Nowy Jork nie będzie zamknięty, to będziemy jeździć poza miasto na wycieczki do lasu czy nad jeziora.

Barka po zimie. Grupa żeglarzy już robi tam porządki, aby przygotować ją do sezonu, który zazwyczaj rozpoczyna się na początku maja FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/ NOWY DZIENNIK

Mam dodatkowe obowiązki, bo jestem komandorem Polskiego Klubu Żeglarskiego, którego siedziba mieści się na Barce w Moonbean Gateway Marina na Brooklynie. Klubowi, tak jak i innym organizacjom, wirus też dokucza. Musieliśmy odwołać kilka imprez, nie wiadomo, czy klub będzie mógł normalnie działać i czy w lecie wszystko nam się uda zrealizować. Plany mamy bogate, ale czas pokaże, czy będą one możliwe do wykonania. Sezon normalnie otwieramy w maju, więc wszystko jest jeszcze możliwe. Ja jestem pełen optymizmu. Grupa naszych klubowiczów przyjeżdża na Barkę i robią wiosenne porządki (oczywiście dystans jest utrzymywany). Na razie nie słyszałem, aby któryś z naszych klubowiczów się rozchorował. Mam nadzieję, że wirus nas ominie i wkrótce wszystko wróci do normy.

HANNA BIELAWSKI Z LINDEN, NJ: CZAS NA DŁUGIE ROZMOWY

Nie mam pracy, chociaż mnie nie zwolniono. Jestem fotografką. Muszę śledzić pocztę emailową, bo powinnam otrzymać wiadomość, kiedy będę mogła ewentualnie wrócić do pracy. Siedząc w domu mam dłuższy i bliższy kontakt ze swoimi dorosłymi córkami. Mieszkają ze mną. Jedna teraz pracuje przez internet (jej firma mieści się w Nowym Jorku), a druga wychodzi do pracy codziennie, pracuje bowiem w służbie medycznej.

Zawsze miałam bliski kontakt ze swoją małą rodzinką, a teraz mam nawet bliższy, bo wspólnie gotujemy obiady, wynajdujemy przepisy na nowe potrawy i ciastka. Do tej pory odkładałyśmy to na „jutro”.

Hanna Bielawski dużo czasu spędza z córkami, między innymi na wspólnym gotowaniu FOTO: HANNA BIELAWSKI

Teraz jest czas na długie rozmowy, na wiosenne zmiany, selekcję ubrań, pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy oraz relaks przed telewizorem i oczywiście sprzątanie. Dużo czytamy książek, artykułów w gazetach i odpowiadamy na zaległą korespondencję. Przyjaciele dzwonią częściej, jednak tematyka bywa monotonna, bo zazwyczaj dotyczy koronawirusa. Wszyscy mówią o tym samym, ale też wykazują dużą troskę o rodzinę, znajomych i przyjaciół.

Można się dużo nauczyć przeglądając strony internetowe oraz poprzez częstszą wymianę doświadczeń z przyjaciółmi przez telefon lub e-mail.

ANDRZEJ CIECIERĘGA: ZERO KONTAKTÓW OSOBISTYCH

Czas, którego dożyliśmy, zmienił rutynę naszych codziennych, zakodowanych przez lata zachowań tak w domu, jak i w pracy. Mieszkamy w Clifton, NJ. Ulice miasta opustoszały. Z dnia na dzień moja żona przestała odbierać wnuczkę z przedszkola i dowozić ją na dodatkowe zajęcia. Ograniczyliśmy kontakt z dziećmi i wnuczętami do rozmów na FaceTime, aby nie zapomnieć, jak wyglądają i jak sobie radzą. Zero kontaktów osobistych. Pozostała wymiana zakupów, które zostawiamy przed drzwiami.

Ze zgromadzonych zapasów moja żona przygotowuje smakołyki, którymi dzielimy się z najbliższymi zostawiając je, podobnie jak zakupy, przed drzwiami. Mamy dużo wolnego czasu, więc poświęcamy go na oglądanie aktualnych wiadomości, czytanie książek i czasopism. Mamy piękną wiosnę, więc coraz częściej znajdujemy zajęcia w przydomowym ogródku.

Moja praca polega na prowadzeniu i dozorowaniu zespołu operatorów w zakładzie pracującym na potrzeby przemysłu  spożywczego. Dostarczamy oleje jadalne dla głównych firm w tej branży: Hershey, Nestle, Kraft, Nabisco i innych. Ze względu na bezpieczeństwo, rozporządzenia władz stanowych i epidemiologów wymusiły reorganizację naszej pracy i inne ustawienie personelu w tak zwanym centrum dowodzenia. Ograniczono liczbę osób w jednym pomieszczeniu do dwóch i pracownicy muszą zachować odpowiednią odległość, dlatego zorganizowano kolejne centrum dyspozycyjne w osobnym pomieszczeniu. Zmieniono nam godziny pracy, aby również w szatni w jednym czasie nie przebywało więcej niż trzy osoby. Dezynfekcja i higiena osobista, poza dystansem między osobami, są priorytetem, aby zminimalizować potencjalne zagrożenie zarażenia się koronawirusem.

Myślę, że wyrobienie określonych nawyków, jeżeli chodzi o zachowanie higieny, będzie procentowało po opanowaniu pandemii i zmieni zachowania ludzi. Czekamy. I marzymy o powrocie do normalności, bo przed nami wakacje i planowany wyjazd do Polski.

JÓZEF PAŁKA: MIMO WSZYSTKO CODZIENNIE TAŃCZĘ

Obecnie nigdzie nie pracuję. Siedzę w domu, ale nie nudzę się. Przede wszystkim zająłem się porządkowaniem archiwum mojego studia – Joseph’s Dance Studio – które działa już prawie 28 lat. Odnalazłem wiele dokumentów, które już dawno uznałem za zaginione. Postanowiłem też zrobić porządek na pogorzelisku, gdyż w sobotę, 22 lutego, spalił się budynek gospodarczy na moim podwórku. Wtedy spłonęły praktycznie wszystkie eksponaty związane z działalnością studia, turniejami tanecznymi i uczestnictwem moich tancerzy w Paradzie Pułaskiego.

Kontynuuję przygotowania do 11. Polonijnych Mistrzostw USA w Tańcach Towarzyskich. Mistrzostwa te miały się odbyć 15 marca w Polskim Domu Cracovia Manor w Wallington, NJ, ale odwołałem je ze względu na obecną sytuację. Mam nadzieję, że w październiku będę mógł je zorganizować. To wszystko pochłania bardzo dużo czasu.

Wszystkie zajęcia taneczne zostały zawieszone. Mimo wszystko codziennie sam tańczę w moim prywatnym studiu i przygotowuję choreografię dla przyszłych młodych par małżeńskich, które po odwołaniu kwarantanny na pewno przyjdą do mnie kontynuować naukę tańca, aby potem pochwalić się tymi umiejętnościami na weselu.

Telewizję rzadko oglądam, zdecydowana większość programów dotyczy epidemii koronawirusa, co wpędza mnie w depresję. Spędzam dużo czasu z żoną. Nadrabiamy stracony czas, dużo rozmawiamy i spacerujemy. Jesteśmy w ciągłym kontakcie telefonicznym i emailowym z naszymi dziećmi i wnukami, z rodziną i znajomymi w  Polsce. Odnowiłem wiele kontaktów, na które ciągle brakowało mi czasu. Niezbędne zakupy robimy od czasu do czasu, na ogół wcześnie rano.

Józef Pałka wreszcie miał czas na uporządkowanie archiwum swojego Joseph’s Dance Studio FOTO: Z ARCHIWUM J. PAŁKI

Jestem osobą bardzo aktywną i generalnie nie toleruję siedzenia w domu. Lubię przebywać wśród ludzi, a przede wszystkim z instruktorami i tancerzami mojego studia. Dlatego teraz, kiedy nie mogę prowadzić zajęć, nie mogę spotykać się ze znajomymi, czasami czuję się w domu jak… w więzieniu. Mam nadzieję, że ta kwarantanna już niedługo dobiegnie końca. Mam też nadzieję, że przywódcy wszystkich państw zreflektują się i zamiast przeznaczać pieniądze na zbrojenia i wojny, przeznaczą je na obronę ludzi przed takimi epidemiami, jaka nas dotknęła.

ELŻBIETA KIESZCZYŃSKA: NIC NIE WYCHODZI Z PLANÓW

Nadmiar czasu nigdy nie był moim problemem. Od lat jestem zawsze zajęta. Zawsze. W czasach przymusowego siedzenia w domu planów miałam mnóstwo. Sprzątanie w szafach, segregacja ciuchów, sprzątanie w komodach i na półkach. Błyszcząca kuchnia. Lśniąca łazienka. Jak na razie wszystko w marzeniach. Rzeczywistość skrzeczy. W ciszy.

Godziny snu wydłużyły się w nieskończoność. Zawsze mam ochotę sprawdzić, czy mogłabym jeszcze raz zasnąć. I zawsze mi się udaje. Wcześniejsze wpadnięcie w objęcia Morfeusza z mocnym postanowieniem, że jutro na pewno zacznę realizację planu od pierwszego punktu na liście, staje się normą.

Potem nos wtopiony w laptop. Wzrok wyłapuje wszystkie zmiany barw na mapach świata i Stanów Zjednoczonych. Co jest bardziej czerwone na mapie USA na stronie www.nbcnews? Stan Nowy Jork czy – jak było na początku – stan Waszyngton? Ilu chorych, ile zgonów? Co się dzieje w Nowym Jorku, czy to tylko pięć dzielnic, czy obszar całego stanu? Jak jest możliwe, aby wpakować do Javits Center setki łóżek, by właśnie w tym przeogromnym centrum wystawowym stworzyć szpital dla tych, którzy nie są zaatakowani przez wirusa? Żeby oddzielić chorych od zakażonych. Ileż godzin można tkwić w poszukiwaniach coraz to nowszych i coraz to bardziej przejmujących wiadomości?

Nic nie wychodzi z planów, nie można na niczym się skupić. Jak tylko zamknę oczy, widzę postacie ubrane jak przed wejściem do statku kosmicznego, które pakują do szpitali następnych chorych na noszach. Nie mogę zapomnieć wywiadu z włoską pielęgniarką, która opowiadała o swojej pracy, a za jej plecami leżeli młodzi chorzy. Na brzuchu. Bo wtedy się lepiej oddycha.

Ile jeszcze przed nami? I co to jest ta kwarantanna? To tak jakby zamknięcie w klatce, a inni potrzebują naszej pomocy. Jak na razie wiadomo, że poszukiwani są w Nowym Jorku wszyscy emerytowani pielęgniarze, pielęgniarki i lekarze. Może nas też kiedyś ktoś poprosi o pomoc. Przed nami ciężkie dni.

EDWARD MADEJ: MÓJ PESYMIZM WYNIKA Z OCENY RZECZYWISTOŚCI

Zwolniło tempo życia przez koronawirusa. Wiele rzeczy, które kiedyś wydawały się ważne, teraz są dla nas mało istotne. Czuje się ogólne wyczekiwanie na jakiś przełom. Nawet nie widać, żeby Kościół się modlił. Jest to zrozumiałe, bo zdaję sobie sprawę, że to nic nie pomoże. Zacznie to robić dopiero wtedy, kiedy będzie widać, że coś się zaczyna poprawiać. Wydaje mi się, że prezydent Trump też siedzi na razie cicho, bo nie ma się czym chwalić. Koronawirus szaleje w Nowym Jorku. Być może przez to, że zabrakło półtora tygodnia, bo można było zamknąć samo miasto Nowy Jork, jak proponował burmistrz de Blasio. Nie wiem, czy winić za to gubernatora, czy jakieś nieżyciowe przepisy.

Wczoraj jakoś nie mogłem zasnąć, więc z nudów napisałem krótki wiersz na aktualny temat. Ten pesymizm nie wiąże się z moim stanem psychicznym, ale wynika z oceny rzeczywistości, w której być może człowiek zrobił coś, z czym teraz nie może sobie poradzić. Widać wyraźnie, że staliśmy się niewolnikami własnej (ludzkiej) cywilizacji.

Zaklęcie koronawirusa

Być może żyję, bo noszę maskę?

Czym zasłużyłem na taką łaskę?

Pandemia zbiera okrutne żniwo

Może ostatnie wypijam piwo?

Ostatnie słowa, co teraz piszę?

W banalny sposób odejdę w ciszę?

Nie jestem gotów by „być w niebycie”

Wirus! Spie…j! Ja kocham życie!