Nie – bo ja tak chcę!

135
Robert Lubera podczas koncertu w Wiśle zagrał kilka własnych fajnych utworów FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/ NOWY DZIENNIK

"W piosenkach, które gram i do których napisałem teksty, zawsze są zawarte fragmenty mojego życia" – mówi Robert Lubera, założyciel i lider grupy NIE-BO.

Zespół NIE-BO zagrał w piątek, 30 sierpnia, koncert bluesa w klubie Wisła w Garfield, pt. „Spotkanie po latach”. Skąd się wziął pomysł tego koncertu i to przesłanie?

Pomysł wziął się stąd, że w Nowym Jorku i w północnym New Jersey mieszka i pracuje sporo osób z Nowej Dęby. Ja też urodziłem się w Nowej Dębie. Jest to małe miasteczko położone w pobliżu takich znanych miast, jak Sandomierz, Tarnobrzeg, Stalowa Wola, Mielec i Rzeszów. Ponad miesiąc temu spotkałem się w Nowej Dębie z przyjaciółmi, aby uczcić 40-lecie zakończenia szkoły podstawowej. Wiedziałem już, że w poniedziałek, 2 września, będziemy grać na wielkim festiwalu Taste of Polonia w Chicago. Podczas tego spotkania pomyślałem sobie, że byłoby fajnie zagrać po drodze w New Jersey – dla przyjaciół z Nowej Dęby, z którymi już dawno się nie widziałem. Celem tego koncertu było przyciągnięcie tych osób, danie im szansy, żeby się spotkali, pogadali ze sobą i zintegrowali. Bo muzyka ma służyć zbliżaniu ludzi do siebie. Fajne są takie spotkania po latach. Zagraliśmy głównie utwory bluesowe, ale przede wszystkim chodziło nam o to, aby zagrać utwory, które powstały w Nowej Dębie. Wiele z tych utworów jest mojego autorstwa.

A jak to się stało, że trafiliście do klubu Wisła i tutaj właśnie zagraliście koncert?

Pomógł nam w tym Zbyszek Dera, człowiek oddany Polonii i świetny muzyk, z którym znam się od lat. Kilka lat temu zagraliśmy wspólny koncert w Polsko-Amerykańskim Centrum Kultury w Passaic, NJ.

Zagraliście sporo twoich utworów, ale też utwory Tadeusza Nalepy, słynnego lidera grupy Breakout. Zapewne coś ciebie z nim łączy – oprócz miłości do bluesa.

O tak, bardzo dużo. W Polsce, ale także w Stanach Zjednoczonych, grywałem i grywam z Piotrem Nalepą, synem Tadeusza. W ubiegłym roku w Chicago zagraliśmy wraz z orkiestrą symfoniczną koncert pt. „Breakout“. Mam nadzieję, że kiedyś taki koncert zagramy również w Nowym Jorku i w którymś z miast w stanie New Jersey. Muszę bowiem przyznać, że Tadeusz Nalepa w moim artystycznym życiu odgrywał bardzo wielką rolę. Często grywaliśmy razem, zaprzyjaźniliśmy się, więc to jest oczywiste, że jego utwory pojawiły się podczas tego koncertu w klubie Wisła.

Jesteś założycielem i liderem grupy NIE-BO. To ciekawa nazwa. Dlaczego tak właśnie nazwałeś zespół?

Jest to nazwa wieloznaczna. Z jednej strony oznacza miejsce, do którego wszyscy dążymy i kiedyś chcemy się w nim znaleźć. Niebo dla nas, chrześcijan – jako cel życiowej podróży tutaj na ziemi – jest bardzo ważne, a ja w takiej tradycji zostałem wychowany. Z drugiej strony w tej nazwie jest pewien protest. Jestem indywidualistą i do wszystkiego dochodzę swoją ścieżką, co oznacza, że staram się wszystko robić po swojemu. Nie – bo ja tak chcę. Nie – bo ja wiem swoje i chcę to zrobić tak, jak uważam. Jak chyba każdy, przeżyłem wiele różnych, trudnych sytuacji i nauczyłem się, że muszę się trzymać własnej drogi. Staram się nie ulegać zbyt łatwo różnym systemom i modom, którym wciąż jesteśmy poddawani. Dlatego zachowanie swoich tradycji, przekonań, pilnowanie tego, co ma dla nas istotne znaczenie – ale nie zamykanie się na świat – jest bardzo ważne. Żyję już trochę, więc wiem, że w tak różnorodnym świecie, szczególnie dla nas Polaków, jest bardzo ważne, aby zachować swój język, kulturę, obyczaje. Wciąż przecież konfrontujemy się z innymi nacjami i kulturami i spotykamy się z często niesprawiedliwymi ocenami. Ja nigdy nie byłem emigrantem, ale dużo jeżdżę po świecie – oczywiście z gitarą. Wiele razy spotkałem się z niesprawiedliwymi schematami myślowymi na temat Polaków, niezwykle krzywdzącymi. Zrozumiałem, że nie wolno się im poddać. Trzeba pielęgnować te dobre rzeczy, które są w nas.

Czy znajduje to odbicie w twoich utworach?

Oczywiście. Podczas koncertów chcę podzielić się ze wszystkimi radością z grania na żywo i opowiedzieć za pomocą tekstów i dźwięków prawdziwą historię. W piosenkach, które gram i do których napisałem teksty, zawsze są zawarte fragmenty mojego życia. To jest efekt różnych moich doświadczeń. Od kilku lat gramy w tym samym składzie: Józef Rusinowski, Wojciech Famielec, no i ja. Gra z nami Piotr Nalepa, a śpiewa moja córka Żaneta – ale, niestety, nie przyjechali tym razem z nami do USA. W ciągu roku gramy dużo koncertów – głównie w Polsce, ale także w wielu krajach. Niedawno graliśmy w Kanadzie, więc czas najwyższy na Nowy Jork i New Jersey. Chcielibyśmy wystąpić w pełnym składzie.

Dzisiaj zagraliśmy kilkanaście moich utworów, m.in. „Inny świat”. Jestem wychowany na muzyce bluesowej. Są w niej również elementy rocka. Oczywiście, że mamy plan koncertu, ale podczas grania – w zależności od reakcji publiczności – zawsze gramy coś, co wynika z danej chwili. Gramy już tyle lat ze sobą, że wystarczy mrugnięcie okiem czy kiwnięcie ręką i… gramy dany utwór. To są fantastyczni młodzi muzycy. W Polsce rośnie kapitalne pokolenie młodych, niezwykle zdolnych muzyków, z którymi granie jest prawdziwą przyjemnością.

ROZMAWIAŁ JANUSZ M. SZLECHTA