Niekończąca się podróż z „Nowym Dziennikiem”

102
Emanuel Marian Zalejko w swoim domu w San Diego w Kalifornii czyta "Nowy Dziennik" FOTO: MAŁGORZATA ZALEJKO

"Kiedy przeprowadziliśmy się do San Diego, podałem redakcji nowy adres i w dalszym ciągu dostaję gazetę do domu. Z 'Nowym Dziennikiem' jestem już związany co najmniej 40 lat" – mówi Emanuel Marian Zalejko, wierny Czytelnik naszej gazety, jeden z kilkunastu tysięcy każdego tygodnia.

Kiedy Pan przyleciał do Stanów Zjednoczonych? Jakie były Pana pierwsze kroki? Czy udało się Panu odnaleźć w nowych realiach?
– W 1975 roku przyjechałem do Bostonu. Tam mieszkała moja rodzina: mama, ojciec i dwie siostry. Pierwszy rok był dla mnie trudny, ale bardzo mnie wspierała rodzina. W Polsce pracowałem jako technolog w fabryce Unimor, która produkowała telewizory, a potem w szkolnictwie – w technikum elektrycznym w Gdańsku. W Bostonie musiałem szukać innej pracy, bo nie znałem języka angielskiego. Właśnie dzięki najbliższym znalazłem pracę w niewielkiej firmie, w której pracowałem dwa lata, wykonując różne obowiązki fizyczne. Potem znalazłem pracę w laboratorium w Massachusetts Institute of Technology. Byłem bardzo zadowolony, bo miałem kontakt ze studentami i z naukowcami. Pracowałem tam aż do emerytury – przeszedłem na wcześniejsze świadczenie w wieku 62 lat. Bardzo dobrze wspominam to miejsce i ludzi, z którymi pracowałem.
Kupiliśmy dom w San Diego i kiedy przeszedłem na emeryturę, opuściliśmy Boston i przeprowadziłem się z żoną do Kalifornii. Przez pewien czas wcześniej wynajmowaliśmy go lokatorom. Kiedy otworzyliśmy drzwi, zobaczyłem, że dom jest bardzo zniszczony. Wpadłem w rozpacz, no ale cóż… żyć trzeba. Wziąłem się za remont. Trwało to trochę, ale doprowadziłem dom do porządku. Mieszkamy w nim do dziś.
W ten sposób dołączyliśmy do naszej córki Małgosi, która skończyła studia na Boston University, a kontynuowała je w San Diego. W mieście tym mieszkamy już 20 lat, w pięknej dzielnicy, blisko jeziora. Nasze dwie wnuczki też mieszkają w San Diego. Młodsza kończy medycynę i będzie niedługo lekarzem.

Bohater artykułu ze swoją córką Małgorzatą FOTO: ARCHIWUM E. ZALEJKO

Czy ma Pan możliwość korzystania z uroków tego pięknego miasta?
– W dzisiejszych czasach pandemii koronawirusa spotykamy się głównie w gronie rodzinnym, tym bardziej, że żona ma problemy ze zdrowiem. Jeszcze do niedawna dużo podróżowaliśmy, wędrowaliśmy po ciekawych rejonach i pływaliśmy kajakami po jeziorze.
Zawsze lubiłem uprawiać sport i wędrować po górach, ale teraz mam 87 lat i nie mam już tej kondycji. Żona nie może, ale ja często chodzę jeszcze na spacer nad jezioro, co świetnie wpływa na moje samopoczucie.
Lepiej mi się mieszka w San Diego również dlatego, że w Bostonie mieliśmy trzy pory roku: wiosnę, lato i zimę, a tutaj mamy tylko lato, zwłaszcza w tym roku. Od tygodnia mamy ponad 100 stopni Fahrenheita.
Mamy polską telewizję i często ją oglądamy. Dzięki temu – i oczywiście także dzięki naszej gazecie – wiemy na bieżąco, co w Polsce się dzieje.

Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z „Nowym Dziennikiem”?
– Kiedy przyjechałem do Bostonu, w pewnym momencie zauważyłem, że mój ojciec regularnie czyta „Gwiazdę Polarną”, która była i jest wydawana w Stevens Point w stanie Wisconsin. Przeglądałem od czasu do czasu tę gazetę, ale rzadko czytałem zawarte w niej artykuły.
Któregoś dnia dostałem od znajomego „Nowy Dziennik”. Przeczytałem tę gazetę i pozostały we mnie bardzo dobre wrażenia. Pokazałem ją ojcu. Mój ojciec był już starszym panem i stwierdził, że on nie chce czytać „Nowego Dziennika”, woli „Gwiazdę Polarną”. Ale ja postanowiłem zaprenumerować właśnie „Nowy Dziennik”, bo dla mnie była to ciekawa gazeta. Zacząłem ją regularnie czytać. Gazetę otrzymywałem codziennie. Kiedy przeprowadziliśmy się do San Diego, podałem redakcji nowy adres i w dalszym ciągu dostaję gazetę do domu. Raz w tygodniu od czasu, kiedy z gazety codziennej stała się tygodnikiem. Z „Nowym Dziennikiem” jestem więc już związany co najmniej 40 lat. I – jestem tego pewien – nasza przyjaźń wciąż będzie trwać.

Zna Pan może inne osoby w San Diego, które również prenumerują „Nowy Dziennik”?
– Nie, nie znam takich osob. Ale mam znajomego, który mieszka niedaleko nas i zaproponowałem mu, aby też zaprenumerował „Nowy Dziennik”. On stwierdził jednak, że jest rencistą, ma mało pieniędzy i nie stać go na to. Dlatego wszystkie gazety, po przeczytaniu, przekazuję temu znajomemu. On z kolei daje te gazety swojemu znajomemu do czytania. I w ten sposób „Nowy Dziennik” wędruje po San Diego.
Moja żona czasami zagląda do „Nowego Dziennika“, ale przede wszystkim czyta polski miesięcznik dla kobiet „Zwierciadło”.

Nasz Czytelnik z żoną Józefą FOTO: ARCHIWUM E. ZALEJKO

Jak Pan ocenia naszą gazetę?
– Jest to naprawdę dobra gazeta, bardzo ją lubię i na pewno będę ja w dalszym ciągu prenumerował. Początkowo płaciłem 60 dolarów za pół roku, ale od pewnego czasu płacę 95 dolarów i mam zapewnioną dostawę przez cały rok. Wiele artykułów jest bardzo ciekawych. Jest dużo informacji o wydarzeniach w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Czytałem z zainteresowaniem informacje i artykuły o wyborach prezydenta Polski (odbywających się także tutaj w USA), którym został Andrzej Duda. Teraz z kolei czytam o zbliżająych się wyborach prezydenta USA.

A czy czyta Pan artykuły i informacje zamieszczane na stronie internetowej „Nowego Dziennika”?
– Niestety nie. Nie mam komputera i nie korzystam z internetu. Córka i jej mąż oczywiście korzystają z internetu, wnuczki też, ale… ja nie mam takiej potrzeby. Wystarczy mi papierowe wydanie „Nowego Dziennika” i polska telewizja. Myślę, że nie ma już wielu czytelników, którzy tak długo prenumerują tę gazetę…

Dziękuję Panu za rozmowę i życzę wciąż pełnej dobrych wrażeń lektury.

Rozmawiał: Janusz M. Szlechta