Nieobecność nieusprawiedliwiona – Wspomnienie o Krystynie Olszer (1939-2018)

0
2

“Jest Krysia, są Olszerowie” – wołaliśmy od progu, tak jak mówimy o zjawiskach niezmiennych, trwałych i podnoszących na duchu. Tej wiosny była – moje ostatnie z nią spotkanie, ostatnia (smutna) rozmowa – w Fundacji Kościuszkowskiej na wieczorze poświęconym 50. rocznicy Marca 1968, haniebnej historii, która także państwa Olszerów, polonistkę i fizyka, przygnała do Ameryki.

Wcześniej – manhattańskie przedstawienie „Iwony księżniczki Burgunda” (z uroczą wnuczką Mają), trochę wcześniej wieczór poezji Anny Frajlich w bibliotece Izabelli Barry na Greenpoincie. Dłuższe tam i weselsze rozmowy; jeszcze tu sporo nas, jeszcze się nie kończy czas.

O wiele częstsze i liczniejsze spotkania z Krystyną S. Olszer, nieomal w każdy piątek przez trzydzieści trzy lata, miały miejsce na łamach „Przeglądu Polskiego”, gdzie czytaliśmy z rozkoszą i pożytkiem jej felietony „Nasza ojczyzna-polszczyzna”. Ba, przyznawaliśmy między sobą, że zaczynamy czytać numer “od Olszerowej”. Tematem felietonów, a właściwie eseistycznych artykułów, był oczywiście język polski, kwestie poprawności językowej i zmian – na dobre czy na złe – jakim język nieuchronnie podlega.

Nie był to jednak nigdy wykład suchy, profesorski, ponieważ dla autorki język był zarazem literą i żywym strumieniem; posłuszny regułom, musiał je omijać, żeby nie zaschnąć. Nie wszystkie jednak innowacje profesor Olszer aprobowała. Przerażał ją natłok zapożyczeń z języka angielskiego, dowód, jej zdaniem, lenistwa i snobizmu. Czym tu mądrzej, powtarzała za Gombrowiczem, tym głupiej. Nie godziła się na mainstreamy (przecież mamy piękny polski “główny nurt”!) czy exity – natomiast z życzliwą uwagą śledziła twórcze zabawy językowe kolejnych młodych pokoleń.

Pamiętam jej jeden o tym tekst, pod tytułem “Pochwała ‘odlotowej’ blondynki”. Pisała w nim o powieści „Moje pierwsze samobójstwo” Jerzego Pilcha, pełnej młodzieżowych neologizmów, nawet wulgaryzmów, na które, jak twierdziła, w odpowiednim kontekście mówiony i literacki język pozwalał. (W przypadku książki Pilcha była to “zasrana śmierć”). Język Pilcha nazwała barokowym, co w jej krytyczno-literackiej ocenie miało związek z dominującym tonem powieści: o samotności i niespełnieniu. Pomyślałam wówczas, że znam ją mniej, niż przypuszczałam.

Miała teorię, że wzniosłość poruszanych w mediach i publicznych wystąpieniach tematów pozostaje w odwrotnym stosunku do jakości używanego przez prezenterów języka. To zgroza, twierdziła, żeby o patriotyzmie mówić kaleką polszczyzną. Wybór swoich tekstów (Media Rodzina, 2001) zatytułowała „Polszczyzna z oddali” i być może zawarła w tym tytule sugestię – potwierdzoną przez jakże wielu pisarzy emigracyjnych ostatnich dwóch stuleci – że oddalenie zaostrza wrażliwość i słuch językowy, doskonali muzykę języka, niezakłóconą zgiełkiem miejscowej teraźniejszości.

W pewnym sensie dotyczy to także naszego stosunku do przyrody, szukamy tu takiej, jaka przypomina nam tamtą. Krystyna czuła się najlepiej w letnim domu w Windham w górach Catskill. Pejzaż nieco podobny do Gór Świętokrzyskich, podobne do polskich drzewa. I właśnie o nazwach drzew napisała jeden ze swoich najpiękniejszych felietonów: jak po polsku i jak po angielsku, polskie drzewa, których tu nie ma, i amerykańskie, których nie ma w Polsce? Dzwoniłyśmy do siebie nawzajem, że jednak jodły trochę inne, wierzby inaczej płaczące…

Ostatnie godziny życia spędziła w windhamskim lesie, zbierała grzyby. O czym myślała? Wróciła do domu i w pachnącej grzybami kuchni spotkała ją śmierć.
Krysia: miła, mądra, cicha.

Autor: JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK