(Nie)polska dzielnica Glendale

10

„Kurczymy się, a co za tym idzie, zmieniają się nasi klienci. Ci, którzy mówią po polsku, stanowią już tylko 50 procent. Pozostali to Amerykanie, Włosi, Rumuni czy Ukraińcy” – ocenia właścicielka polonijnego sklepu na Glendale na Queensie. Jeszcze 15 lat temu rejon ten był tak polski, że prawie na każdym rogu funkcjonował jakiś biznes polonijny. Teraz zostało już tylko kilka, a większość nie koncentruje się tylko na naszej grupie etnicznej. „Kto tak robi, marnie kończy” – twierdzą zgodnie polscy właściciele firm.

Jak wynika z ostatniego spisu ludności w dzielnicy Glendale na Queensie, sąsiadującej m.in. z Ridgewood, Forest Hills i Woodhaven, mieszka nieco ponad 32 tys. osób. Kiedyś, oprócz Amerykanów, byli to głównie imigranci z Włoch i Niemiec. Mniej więcej 15 lat temu okolica ta stała się popularna wśród Polonii, kiedy rodacy nie tylko wynajmowali tutaj mieszkania, ale też inwestowali w nieruchomości.

Pod koniec lat 90. dwurodzinny dom, w dobrym stanie, można było kupić na Glendale za mniej niż pół miliona dolarów, a za wynajęcie mieszkania dwusypialniowego płaciło się niecały tysiąc.

„KURCZYMY SIĘ”
„Dlaczego ta dzielnica? Bo udało nam się tutaj znaleźć fajny dom za rozsądną cenę. Nieruchomość kupiliśmy od Niemców” – mówi Ewa Stopczyk, która wtedy pracowała w urzędzie pocztowym. Na Glendale wprowadziła się 20 lat temu. „W biurze nieruchomości powiedziano mi, że za rogiem mieszka tylko jedna polska rodzina. Nie było też polonijnych sklepów czy restauracji. Zaczęły pojawiać się z czasem, kiedy rodacy, chcąc zaoszczędzić pieniądze, przenosili się tutaj na przykład z Greenpointu i inwestowali w nieruchomości na Queensie” – wspomina Ewa Stopczyk. Osiem lat temu odkupiła, istniejący już wtedy pięć lat, polonijny sklep spożywczy.

My Junior’s Deli znajduje się przy głównej ulicy Glendale – Myrtle. Jeszcze kilka lat temu w tej części dzielnicy były cztery polskie deli. Teraz zostały już tylko dwa. „Kurczymy się, a co za tym idzie, zmieniają się nasi klienci. Ci, którzy mówią po polsku, stanowią już tylko 50 proc. Pozostali to Amerykanie, Włosi, Rumuni czy Ukraińcy” – ocenia nasza rozmówczyni. Mimo to nie zamierza, przynajmniej na razie, zmieniać asortymentu. Choć do jej sklepu przychodzi  mniej polskich klientów, to ci anglojęzyczni chętnie sięgają po polskie produkty. „Doceniają smak naszych słodyczy, w tym czekolady, która jest o wiele lepsza niż amerykańska. Mamy też bardzo dobrą wędlinę i codziennie świeże obiady.

Wśród naszych klientów jest na przykład Amerykanin, który codziennie zabiera je ze sobą na Manhattan” – mówi właścicielka My Junior’s Deli. Jak zauważa, Polacy, którzy opuszczają Glendale, przenoszą się do innego stanu lub na Long Island. „W ciągu ostatnich dwóch lat wyprowadziło się stąd osiem dużych rodzin. Kupiły nieruchomości w New Jersey lub na Long Island, gdzie wciąż jest taniej niż u nas, na Queensie” – twierdzi.

NATURALNY PROCES
Podobnymi spostrzeżeniami dzieli się z „Nowym Dziennikiem” Jolanta Wykowska, właścicielka Euro Optical przy Myrtle Avenue na Glendale. Biznes ten prowadzi od 12 lat, a otworzyła go w miejscu sklepu z tanimi produktami codziennego użytku. „Zanim zdecydowałam się na własny salon, przez kilka lat pracowałam na Greenpoincie, a później prowadziłam sklep na Long Island.

W końcu przyszedł czas na coś swojego, a że uwielbiam swój zawód – jestem licencjonowanym optykiem, jednym z nielicznych polskojęzycznych w Nowym Jorku – postanowiłam założyć salon optyczny. Tę okolicę wybrałam dlatego, że miała duży potencjał i zaczęło się tutaj osiedlać sporo Polaków” – wyjaśnia Jolanta Wykowska. Mimo że, jak ocenia, Polonii jest nieco mniej niż 12 lat temu, to klientów nie brakuje. W jej salonie można nie tylko dobrać odpowiednie szkła i oprawki, ale również skorzystać z usług okulisty. „Pomagamy też w nagłych wypadkach, gdy na przykład panom pracującym na budowie wpadnie coś do oka albo komuś dokucza uczucie suchości oczu” – wyjaśnia właścicielka Euro Optical.

Szacuje, że tylko już co trzeci jej klient mówi po polsku, reszta posługuje się językiem angielskim. Wśród nich są nie tylko Amerykanie, ale też Rumunii, Włosi czy Ukraińcy. „Sporo rodaków mieszkających do niedawna na Glendale zainwestowało w nieruchomości na Long Island lub poza Nowym Jorkiem i się wyprowadzili. Domy, które mają tutaj, przeznaczyli pod wynajem. Inny powód malejącej polskiej populacji, zresztą nie tylko w tej części metropolii, to zmieniający się kierunek emigracji. Jest mniej chętnych do pracy zarobkowej w USA niż jeszcze w latach 90.” – uważa Jolanta Wykowska.

Swoją emigrację rozpoczęła po wylosowaniu zielonej karty w 1993 r. Gdy miała 26 lat, razem z mężem i 4-letnią córeczką przeprowadzili się z Łomży do Nowego Jorku. To była jedna z najtrudniejszych decyzji, jaką podjęli w życiu. Początki na obczyźnie też nie były łatwe, ale udało się odnieść sukces. „Robię to co kocham, czyli pracuję z ludźmi. Wielu moich klientów jest spoza Glendale, dlatego nie martwi mnie kurczenie się Polonii w tej dzielnicy. W miejsce naszych rodaków pojawiają się inni klienci, to naturalna kolej rzeczy, szczególnie w takim mieście jak Nowy Jork” – uważa nasza rozmówczyni.

BIZNES TYLKO DLA POLONII? BEZ SENSU
O tym, że prowadzenie biznesu skupionego wyłącznie na jednej grupie etnicznej nie ma już sensu, mówi „Nowemu Dziennikowi” Robert Luc, właściciel Ella Business Center w dzielnicy Glendale. Jego biuro istnieje od 14 lat. „Zaczęliśmy od wysyłania paczek i pieniędzy do Polski, teraz skupiamy się przede wszystkim na obsłudze prywatnych firm – od momentu ich założenia po rozliczenia podatkowe, ubezpieczenia czy administrowanie dokumentacją pracowniczą.

Mamy licencję ważną w sześciu stanach – wylicza Robert Luc. – Głównymi klientami są Polacy, wśród nich właściciele film kontraktorskich czy sklepów internetowych, ale nie zamykamy się tylko na Polonię. W przeciwnym wypadku musiałbym zrezygnować z połowy swoich klientów” – podkreśla właściciel Ella Business Center. Jego biuro obsługuje m.in. Amerykanów, Włochów, Rumunów czy Niemców. „Nie do końca zgadzam się z tym, że Polaków jest mniej niż 10 czy 20 lat temu, samoloty LOT-u wciąż są wypełnione do ostatniego miejsca, ale mimo to odradzałbym zakładanie biznesu z myślą tylko o Polonii.

Ci, którzy tak robią, płacą wysoką cenę” – twierdzi. Z zamknięciem biznesu włącznie. Robert Luc zauważa, że współczesny emigrant zna język angielski na poziomie co najmniej dobrym i szybciej, niż na przykład w latach 80., osiąga sukces. „30 lat temu trzeba było 10 lat, by stanąć na nogi. W tej chwili, szczególnie młodzi imigranci, potrzebują maksymalnie dwóch lat, by zacząć funkcjonować w odpowiedni sposób. Dobrze znają język, są wykształceni, nie mają kłopotów z komputerem. Uzyskanie dobrze płatnej pracy nie jest aż tak skomplikowane. Łatwiej jest im zarobić na kromkę chleba niż wcześniejszemu pokoleniu” – twierdzi właściciel Ella Business Center. Siedzibę biura wybrał przypadkowo.

Szukał taniego lokalu na inny biznes, który nie był uzależniony od klientów mieszkających w dzielnicy. Z czasem powstała agencja, bo było na nią zapotrzebowanie. Teraz jego pracownicy obsługują klientów z całej metropolii nowojorskiej, a nawet spoza stanu. Wśród nich są tacy, którzy kiedyś mieszkali na Glendale, zainwestowali tutaj w nieruchomości, a sami wyprowadzili się albo w inną część stanu, albo do New Jersey czy Connecticut.

„DOBRZE JEST TUTAJ ZAINWESTOWAĆ”
27-letnia Paulina rok temu wprowadziła się na Glendale. Razem z koleżanką wynajęła dwusypialniowe mieszkanie. Opłaty, razem z rachunkami, wynoszą co miesiąc, na jedną osobę, ok. 1100 dol. Więcej niż wynosiła ich górna granica, gdy szukały mieszkania, ale nic tańszego nie udało im się znaleźć. „Zależało nam na tej części Queensu, bardziej nawet na Ridgewood, ale Glendale okazała się tańsza i mieszkania w lepszym standardzie” – mówi Paulina. Od października musi znaleźć nowe lokum, gdyż koleżanka wyprowadza się poza Nowy Jork. Fajnego mieszkania szuka już od czterech tygodni. Na razie bez skutku. „Kilka dni temu odpowiedziałam na ogłoszenie umieszczone na polskojęzycznym portalu.

Pan z Glendale oferował studio za tysiąc dolarów. Przysłał zdjęcia i wydawało się, że jest w porządku. Po wejściu do środka okazało się, że mieszkanie przypomina labirynt, a toaleta umieszczona została w kuchni. Przedziwny rozkład” – uważa Paulina. Wcześniej oglądała bejsment, także za tysiąc dol. Nie chciała w nim zamieszkać, bo jak ocenia, był w fatalnym stanie. „Właścicielka, Polka, pokazując mi to miejsce, sama skarżyła się, że bejsment wymaga generalnego remontu, a za zniszczenia miała odpowiadać była lokatorka. Inne ogłoszenia dotyczą pokoi – te na Glendale kosztują ok. 600-700 dol., a mieszkanie często dzielone jest ze starszymi osobami” – twierdzi Polka.

Nie ukrywa, że poszukiwanie lokum bardzo ją stresuje. Przede wszystkim ze względu na cenę. „Nie wiem, czy jest jakaś tańsza i równie bezpieczna dzielnica, gdzie mogłabym zamieszkać. Ktoś podpowiedział mi Bay Ridge i Borough Park na Brooklynie, ale tam ceny też są wysokie. Zresztą drogie potrafią być mieszkania w budynkach położonych w okolicach bloków socjalnych. Nie mam pojęcia z czego to wynika, ale faktycznie to miasto staje się coraz trudniejsze do życia” – ocenia 27-latka.

Obecnie za średniej wielkości dom dwurodzinny na Glendale, w dobrym stanie, trzeba zapłacić nawet ponad milion dol., czyli dwa razy więcej niż 10 czy 15 lat temu. Jednorodzinna nieruchomość kosztuje co najmniej 600 tys. dolarów. Mieszkanie dwusypialniowe o 200 tys. mniej. W wielu z nich konieczne jest przeprowadzenie generalnego remontu, a to generuje dodatkowe koszty.

„Nie wiem, ilu Polaków jest właścicielami nieruchomości na Glendale, ale przeglądając tylko nasze oferty mogę powiedzieć, że nawet co czwarty dom należy do polskich imigrantów – mówi Thomas z agencji nieruchomości na Queensie. – Ceny rosną, podobnie zresztą jak w innych rejonach miasta. Obecnie za wynajęcie mieszkania dwusypialniowego na Glendale właściciele żądają od 1700 dol. do nawet 2500. Jednosypialniowe kosztuje ok. 1500 dolarów za miesiąc. Jeszcze 10 lat temu ceny były o połowę niższe. Nawet bejsmenty, w tym te nielegalne, wynajmowane są już za tysiąc dolarów” – twierdzi agent nieruchomości.

Zwraca też uwagę, że część osób dzieli domy na kilka mieszkań, często w sposób niezgodny z kodami budowlanymi. Brakuje w nich na przykład drogi ewakuacyjnej. „Nie zwracają na to uwagi, liczy się to, by zmieścić w domu jak najwięcej rodzin. Odradzałbym takie mieszkanie, ale też rozumiem, gdy ktoś decyduje się na te warunki. Czynsz w Nowym Jorku pochłania sporą część zarobków, więc wiele osób nie ma innego wyjścia” – uważa Thomas.

Spora część domów remontowana jest tak jak trzeba. Choć dzielona na kilka mieszkań, to w odpowiedni sposób. Właścicielką takiej nieruchomości, w okolicach Myrtle Avenue, jest pani Monika. Razem z mężem kupili dwa lata temu tzw. szeregówkę. Szacują, że na tej samej ulicy domy kupiło już co najmniej pięciu Polaków.

„My mieszkamy na Maspeth, ale ktoś nam podpowiedział, że warto inwestować w Glendale. Za nasz dom zapłaciliśmy w 2016 r. 820 tys. dol. Teraz jest już warty prawie milion. Wynajmujemy go czterem rodzinom. Dwie to Amerykanie, jedna para jest latynosko-włoska, a jedna to nasi rodacy. Czynsz w apartamentach dwusypialniowych, na pierwszym piętrze, wynosi 2000 dol., a w jednosypialniowych 1600 dol.” – mówi Monika. Agenci nieruchomości szacują, że już za kilka lat dzielnice takie jak Glendale – czyste i bezpieczne, choć położone kilkadziesiąt mil od centrum Manhattanu – mogą stać się tak samo drogie jak obecnie Greenpoint czy Williamsburg, dlatego warto w nie inwestować.

Autor: Anna Arciszewska