O myśleniu kategoriami pro publico bono

2

11 października br. na łamach „Nowego Dziennika” ukazał się artykuł pt. „PNA sprzedaje nowojorskie nieruchomości”, w którym nieco miejsca poświęcono Instytutowi Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, dając niedwuznacznie do zrozumienia, że zapowiadana zmiana właściciela budynku przy 180 Second Avenue może mieć wpływ na dalsze losy tej szacownej i zasłużonej instytucji. Tak się akurat złożyło, że tekst ukazał się równocześnie z obchodami 70. rocznicy powołania do życia Instytutu, w których uczestniczyło kilkaset osób głównie z Polonii amerykańskiej, ale i miejscowego środowiska naukowego.

Budynek przy 180 Second Ave. w Nowym Jorku należący do Polskiego Związku Narodowego, a w którym swoją siedzibę ma Instytut Piłsudskiego, posiada bogatą historię związaną z polską obecnością w Nowym Jorku i na Manhattanie.

To właśnie w jego murach niemal sto lat temu, podczas pierwszej wojny światowej, mieściło się biuro rekrutujące ochotników do Armii Polskiej we Francji, zwanej Armią Błękitną lub po prostu Armią gen. Józefa Hallera. Dokładnie od 20 lat ma tam swoją siedzibę wspomniany już wyżej Instytut Józefa Piłsudskiego, założony 4 lipca 1943 r. przez aktywnych działaczy Polonii amerykańskiej (m. in. Maksymilian Węgrzynek, Franciszek Januszewski) oraz wybitne osobistości Drugiej Rzeczypospolitej (Ignacy Matuszewski, Wacław Jędrzejewicz, Henryk Floyar-Rajchman, Adam Koc). Ci ostatni musieli opuścić kraj w tragicznych dniach września 1939 r. Na skutek niechęci gen. Władysława Sikorskiego i jego otoczenia (czytaj: „polskie piekiełko”) zostali pozbawieni szans na udział w walce zbrojnej o niepodległość czy na pracę polityczną pod kuratelą rządu londyńskiego na rzecz podeptanej przez okupantów ojczyzny. Nie założyli jednak rąk i swoją aktywność przenieśli na kontynent północnoamerykański, traktując ją jako patriotyczny obowiązek. Dziś Instytut jest jedną z najpoważniejszych polskich placówek naukowo-kulturalnych istniejących poza krajem. Posiada przebogate i unikalne zbiory dokumentów, które przyciągają uczonych z Polski, USA i innych krajów. Spełnia zresztą rolę dalece wykraczającą poza ramy badań naukowych, gromadzenia archiwaliów i książek. Jest miejscem integrującym nowojorską Polonię oraz przyciągającym młodzież, pragnącą lepiej poznać dzieje ojczyzny ojców i dziadków. Wreszcie, a należy to szczególnie podkreślić, dodatnio wpływa na kształtowanie wizerunku Polski wśród Amerykanów, którzy interesują się naszym krajem, a niekoniecznie mają polskie korzenie. To szczególnie istotne, kiedy ma się na uwadze nie tylko trudne zadanie utrzymania polskich tradycji w USA i podkreślania ojczystej historii, ale i zaakcentowania polskiego wkładu w rozwój Stanów Zjednoczonych. W dzisiejszych centrach świata mamy jeszcze kilka takich placówek: w Paryżu jest to Biblioteka Polska na Wyspie św. Ludwika w pobliżu katedry Notre Dame i Stacja Naukowa PAN ulokowana przy ul. Lauriston niedaleko placu Zgody i Łuku Triumfalnego, w Londynie Instytut Polski i Muzeum im. Gen. Sikorskiego znajdujący się w pięknej kamienicy przy 20 Prince’s Gate, a w Nowym Jorku właśnie Instytut Józefa Piłsudskiego, który – co tu ukrywać – działa najprężniej spośród wszystkich polskich instytucji naukowo-kulturalnych założonych przez emigrację wojenną na ziemi amerykańskiej. Wszystkie wyżej wymienione przeze mnie ośrodki są naturalnie predestynowane do realizacji zadań związanych z tzw. dyplomacją publiczną, a nawet „polityką historyczną”. A w obu tych zakresach wciąż jeszcze mamy ogrom pracy do wykonania. Można oczywiście zaczynać wszystko od nowa, powołać do życia od zera kolejne instytucje, zabiegać o pomieszczenia dla nich w najlepszych dzielnicach stolic dzisiejszego świata… Tylko czy będzie to miało coś wspólnego z racjonalnym myśleniem i racjonalnym działaniem? Czy nie lepiej wspierać tych, którzy mają już swoją markę, pozycję i niemałe osiągnięcia?

Dr hab. Mariusz Wołos jest profesorem Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie i Instytutu Historii PAN w Warszawie

Jeszcze jedna konstatacja. Przechadzając się Second Avenue i przecinającymi ją ulicami, gołym okiem zobaczymy aktywnie działające instytucje diaspory ukraińskiej w Nowym Jorku – kościoły greckokatolickie, biblioteki, banki, stowarzyszenia kulturalne czy sportowe, restauracje. Na tym tle polska obecność na Manhattanie wyraźnie się kurczy, wycofuje do cienia, zanika… Nie wystawia to najlepszego świadectwa nam, Polakom. I mam w tym przypadku na myśli zarówno Polonię, jak i krajowych decydentów. Giną nowojorskie przyczółki polskości, ograniczają się możliwości oddziaływania na amerykańską, a przez to i światową opinię publiczną. Jaki będzie tego efekt? Nietrudno się domyślić. Ano, znów będziemy się oburzać słysząc w środkach masowego przekazu lub czytając we wpływowych gazetach o „polskich obozach koncentracyjnych”, o polskim nacjonalizmie czy zacofaniu.

Nie jestem bynajmniej człowiekiem naiwnym, aby nie wiedzieć, że decyzjami o sprzedaży takiej czy innej nieruchomości kierują względy materialne, biznesowe, słowem warunki gospodarcze. To jasne. Nie mam także wątpliwości odnośnie do dalszych losów Instytutu Piłsudskiego w Nowym Jorku. Przetrwa i tę burzę, będzie istniał dalej i w dalszym ciągu prowadził działalność dla Polski w Stanach Zjednoczonych. Trudno mi tylko uwierzyć, aby po kolejnej przeprowadzce, wymuszonej sprzedażą budynku przy Second Avenue, znalazł on równie dobrze położone lokum. Będzie musiał wykonać krok wstecz, opuścić centralnie położony na Manhattanie budynek, trafić w mniej dostępne miejsce. Nie będzie to, bo i być nie może, korzystne rozwiązanie dla tej ważnej placówki naukowo-kulturalnej.

Zależy mi jedynie na tym, aby osoby decydujące o sprzedaży budynku przy 180 Second Avenue miały tego świadomość.

Autor: Mariusz Wołos