Od dachowca do salonowca

12

Miłość, pasja, ciekawość świata, wrażliwość na jego niezmierzone bogactwo, umiejętność dostrzegania w nim tego, czego nie widzą inni – te cechy na pewno predestynują do tworzenia poezji. A do tego potrzeba jest jeszcze o wiele więcej, bo poezja to przecież sztuka słowa, więc i wyczucie jego wartości, znaczenia, barwy, tonu – to także niezbędny warunek, by tworzyć.


Jednak i to jeszcze nie wystarczy, bo przecież trzeba mieć pewną wiedzę i wyczucie formy, trzeba mieć oryginalne pomysły na utwór. Potrzebna jest też oczywiście kreatywność, dusza i natchnienie. Czy to wszystko? – na pewno nie. Bo poezja jest tajemnicą. Jest też ucieczką od prozy… od prozy życia. Albert Schweitzer powiedział: „Istnieją dwa sposoby ucieczki od prozy życia: muzyka i koty”.
„Człowiek jest cywilizowany na tyle, na ile potrafi zrozumieć kota” – powiedział kiedyś Jean Cocteau. Urszula Kowalska, uciekając od prozy życia, stworzyła tomik poezji „Od dachowca do salonowca”. Uwielbia koty i jest ich bardzo uważną obserwatorką. Wcześniej tworzyła wiersze na najróżniejsze tematy, teraz powstał już drugi tomik monotematyczny, ale bogactwo spostrzeżeń i pomysłów na opisanie kota sprawia, że owa monotematyczność nie jest w żadnym wypadku nużąca. Wiersze są dla wszystkich, którzy kochają koty („Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los” – Oscar Wilde), wiek czytelnika nie gra tu roli. Zebrane w tomiku teksty z jednej strony potwierdzają pewne ustalone opinie o kotach, np. jako istotach niezależnych, wolnych, które chodzą własnymi drogami (Paul Gray powiedział: „Koty są czułymi panami, tak długo dopóki znamy swoje miejsce”), z drugiej strony rozbijają pewne stereotypy, jak choćby ten, który wyraża powiedzenie: „żyją jak pies z kotem”, bo jest tu przecież wiersz opowiadający o tym, jak „Kotek zdobył psie serducho”.
W wierszach Urszuli Kowalskiej obecna jest narracja pierwszoosobowa. Podmiot liryczny dość mocno zaznacza swoją obecność w wierszach, ale swą uwagę skupia głównie na przedmiocie opisu. Czasem utwór przybiera formę opowieści o różnych zdarzeniach – przygodach z kotami. Prawie zawsze ujawnia się w nich jakaś nowa cecha tajemniczej, nieodgadnionej, złożonej i niezgłębionej kociej natury.
Jest tutaj wiele ciepła, pogodnego nastroju, łagodnego humoru i trochę subtelnych pouczeń o tym, jak należy właściwie traktować zwierzęta. Jest wszystko, co trzeba, aby polubić te wiersze.

Stanisław Sadowski


URSZULA KOWALSKA

Kocia sensacja

Znałam kota niesfornego,
gniewnie miauczał: I co z tego,
że nie mogę znaleźć domu,
ja nie wierzę już nikomu!
Wnet zatrzymał się w ogrodzie:
Tak tu ładnie i przy wodzie.
Wszedł na drzewo dość wysoko,
znalazł gniazdko,
tak na oko, na dom by się nadawało,
choć przestrzeni trochę mało.
Lecz ułożył się w kłębuszek
i pogładził łapką brzuszek.
Ale hojne są te ptaki,
chyba wezmę dom dla draki.
To gniazdo nie jest bocianie,
on z rodziną w nim nie stanie.
Może wilgi to robota?
Czy wie, że ma już w nim kota?
Myślał czy nie szukać żony…
Choć dom nie był wymarzony,
bo brakuje w nim kuwety,
coś wciąż spada w dół, niestety!
Gdy ktoś palcem mu pogroził,
miauknął, że drzewo nawozi.
I tak dumał przez trzy dni,
myślałby kto, że się leni.
Nagle reporterów chmara,
zdjęć zrobiła co niemiara!
Bo kot w gnieździe, to sensacja!
Kot się zgadza, może racja,
ale gdy się nie ma domu,
co znalazłem, szkodzi komu?
Nie czas myśleć, co kto gada,
trzeba w łapki brać, co wpada!


Ja cię kocie nie porzucę

Choć od dawna kota mam,
to nie znaczy że go znam,
bo on wciąż mnie zaskakuje,
jak mu humor dopisuje,
to zabawką się pochwali,
kiedy indziej książkę zwali,
z półki prosto na mą głowę,
bo ma już dość, jednym słowem,
że śniadania mu nie daję,
wstać powinnam – a nie wstaję!
Ja cię za nic nie porzucę,
bo ty czekasz, kiedy wrócę,
grzbiet ocierasz o me nogi,
jak tu być dla kota srogim?
Kiedy leżę w łóżku chora,
nie potrzeba mi doktora,
on swym ciepłem i mruczeniem,
działa jak powietrze z tlenem.
Szybko zdrowie mi przywraca
i cierpienie moje skraca.
Gdy się w jego futro wtulę,
zaraz lepiej się poczuję,
i  jak piórko łapie w locie,
tyle gracji jest w mym kocie.
Kiedy siedzi sam w mieszkaniu,
często myślę o tym draniu
i dopada mnie tęsknota,
do mojego super kota!


Metamorfoza

Gdy kolega żony wyjechać miał w czwartek,
ja nad jego kotką objąć miałem wartę.
Wchodzę do mieszkania, nos chustką zasłaniam,
i już czuję kota, koło mnie się miota.
Siadam na kanapie, ona z marszu drapie,
Sawa się nazywa i ze mną pogrywa.
Jan podał mi kawę, na stole mam Sawę,
ogonem zamiata, już w ciastku mam kłaka!
Ostrożnie przeżuwam, o byciu z nią dumam.
Idę do kibelka, a tam znów rozterka,
sikanie w duecie mam tutaj w komplecie.
Gdy nagle przybiera pozycję startera,
wychodzę, nie mogę, chwyta mnie za nogę,
grzbietem się ociera i presję wywiera!
W dodatku pazurem zrobiła mi dziurę!
Ja się nie nabiorę na tą kocią zmorę!
Przeszła mi ochota wychowywać kota.
Fakt, że obiecałem, ale nie wiedziałem,
że to takie trudne i wielce paskudne.
Krążę oburzony, nie chcę złościć żony,
zabieram podrzutka – od czego jest kłódka?
Przekroczyła progi, tuli się do nogi.
Żal mi się zrobiło, serducho zabiło.
Z Sawą dwa tygodnie, już żyjemy zgodnie,
podziwiam kocisko, jest inna niż psisko.
Ma swoje zagrania, czuje mikrodrgania,
ma wrażliwe zmysły, czarem we mnie trysły.
Mruczy mi do ucha, ciepła z niej poducha.
Miauknięciem mnie wita, ja przy niej rozkwitam.
Tak szybko minął czas, jakby z bicza trzasł!
Pusto bez niej będzie, ja widzę ją wszędzie!
Płonną mam nadzieję, może z nią gdzieś zwieję!


Ktoś ty?

Hipnotyzujesz mnie tym swoim wzrokiem,
czy na pewno jesteś – kotem?


Liźnięte ucho

Dnia pewnego rankiem rześkim,
na spacerze z moim Kubą,
usłyszałam w krzakach wrzaski,
a to pies z kotkiem się czubią!
Podnoszę biedne maleństwo,
spogląda na mnie lękliwie,
to jakieś w Kubie szaleństwo,
chciało pogryźć go dotkliwie!
Zabrałam kotka do domu,
pies pomyślał w takt szczekania:
– Ta znajda na mym posłaniu,
ja nie mam nic do gadania?
W samo serce coś go dźgnęło:
– Ten kocyk też będzie jego?
Od tej chwili się zaczęło,
niespodziane – alter ego!
Kot dostał mleczko w miseczce,
pies patrzy na małe diable:
– Głodny, bo tak głośno chłepcze,
żal mu się zrobiło nagle.
Popatrzył kotkowi w oczy:
– Mam walczyć z takim maluchem?
Nagle, co to miało znaczyć?
Kot go liznął tuż za uchem.
Dni mijały we wspólnocie,
bez żadnej próby przewagi:
pies zakochany w swym kocie,
i kot w psie dla równowagi.
Kotek zdobył psie serducho,
za jedno liźnięcie w ucho.


Książę

Szary, niepozorny a coś w nim było,
gdy się pojawił, koty zmykały aż miło.
Księciem go nazwałam wśród dzikiej czeladzi,
przychodził codziennie, nikomu nie wadził.
Wystawiłam miskę na progu, przed drzwiami,
syte koty uciekły, zostaliśmy sami.
Siedział i czekał na porcję nową,
bez słów porozumiewaliśmy się z sobą.
Któregoś dnia nie przyszedł, że kotem był łownym,
zbywałam niepokój, argumentem bezspornym.
Potem usłyszałam, że ktoś w okolicy,
tępi dzikie koty, na szału granicy.
Mówiono mi:
– Nie zobaczysz już kota żadnego!
Czy zło też spotkało księcia mojego?


Na stare lata

z wiekiem coraz więcej mamy
części z których się składamy
szukasz w szklankach i kieszeniach
to co właśnie chcesz wymieniać
wielkie szczęście jest to przecie

z domu wyjść, ot tak – w „komplecie”


Twarz

nie tylko lata znaczą twarz
los rzeźbi rysy jak w kamieniu
gdy bez miłości minął czas
to łzy mówiły o cierpieniu

nie tylko lata znaczą twarz
bo gdy pogodna i serdeczna
to nawet w zmarszczkach młodość trwa
ona w niej zdaje się być wieczna

nie tylko lata znaczą twarz
mądrość ukrywa się w spojrzeniu
dojrzalsza jest każdego dnia
by dojść do kresu jej – w olśnieniu

Autor: URSZULA KOWALSKA