Odszedł zwyczajnie niezwyczajny człowiek

0
20

Tomasz Eider na pewno był osobą spełnioną, miał kochającą się rodzinę, trójkę dzieci oraz świetnie radził sobie w biznesie, mimo że był imigrantem, który w 2001 roku rozpoczął swoje życie w Nowym Jorku, zaczynając praktycznie od zera. Prowadząc swoją firmę T&B Bakery, zajmującą się m.in. dystrybucją pieczywa, osiągnął potężny sukces, nie tylko na polonijnym, ale przede wszystkim na amerykańskim rynku. Był także szanowanym członkiem Pulaski Association of Business & Professional Men. Przy tym wszystkim nie zapominał o najważniejszej sprawie, o pomocy ludziom potrzebującym, a przede wszystkim bezdomnym. Robił to zupełnie bezinteresownie, w dodatku nie tylko nie oczekując z tego powodu żadnego splendoru czy rozgłosu, ale nawet podziękowań, bo dla niego pomoc to był naturalny odruch serca. Został jednak zauważony przez innych – dwa lata temu wytypowano go do tytułu „Wybitnego Polaka w USA” w kategorii „biznes” czy też do reprezentowania Greenpointu podczas Parady Pułaskiego jako marszałek tej dzielnicy w 2016 roku. Oczywiście te wyróżnienia przyniosły mu wiele radości, która była tym większa, że wcale o te tytuły nie zabiegał. Pozostał także w pamięci ludzi jako osoba bardzo skromna, pracowita i chętna do niesienia pomocy. Wszyscy przeżyli wielki szok, gdy dotarła do nich wiadomość o jego nagłej śmierci.

WSPOMNIENIA
„Tomek był prawdziwym emigrantem, który wszystko co posiadał, osiągnął tylko i wyłącznie dzięki własnej ciężkiej pracy. Przy okazji potrafił się dzielić tym, co miał i zawsze pamiętał, że trzeba pomagać innym. Robił to, mimo że nie miał zbyt łatwego życia, ponieważ prócz wielu obowiązków miał także rodzinę i trójkę małych dzieci – wyjaśnia jego przyjaciel Artur Dybanowski i daje, że mimo to dla Tomka nie było rzeczy niemożliwych. – Nawet gdy było mu ciężko, to zawsze był w stanie znaleźć czas i środki na pomoc potrzebującym”.

W tym samym tonie wypowiada się Iwona Kaplan, która podobnie jak zmarły biznesmen pochodziła z Jarosławia. Dlatego też ich przyjaźń była wyjątkowa, bo oparta na wspomnieniach rodzinnego miasta, w którym mieszkańcy byli bardzo zjednoczeni, czego – jak oboje kiedyś stwierdzili – nie można powiedzieć o imigrantach.

„Tomek uparł się, żeby to zmienić” – podkreśla rozmówczyni „Nowego Dziennika” dodając, że co postanawiał, to uparcie realizował, aż osiągnął zamierzony cel.

„Tomek przyjechał do Stanów Zjednoczonych zupełnie bez niczego, i udowodnił, że wszystko można osiągnąć, że można pracować i można mieć. A jak się ma, to się rozdaje. Na to chyba nikt nie może narzekać. Był zawsze tam, gdzie znajdowali się potrzebujący. Nieraz gdy się go o coś prosiło, to odpowiedź była krótka: 'Na kiedy? Konkretnie i na temat' – tak zwykł mówić” – wspomina Iwona Kaplan.

Przyjaciółka Tomasza Eidera dodaje, że myśli, iż wiele osób zazdrościło mu sukcesu, który jednak był efektem jego determinacji.

„A on przecież próbował, ryzykował i zawsze ciężko pracował. Dopiął swego i stworzył świetnie prosperujący biznes. Otrzymał nagrodę, rodzice byli dumni, a później był czas na realizowanie kolejnych pomysłów. A tych nigdy mu nie brakowało. Wierzył, że jego działalność w grupach polonijnych przełamie stereotypy Polaków na imigracji. Powiedział kiedyś: 'Jeśli byśmy się tak wszyscy zjednoczyli, byłoby łatwiej'. Z żoną Beatą stworzyli fajną restaurację na Greenpoincie. Chciał, aby była ona drugim domem, miejscem, w którym ludzie po prostu się spotykają” – opowiada Iwona Kaplan. I faktycznie tak się stało, we French Epi bardzo często organizowane są różne spotkania z artystami i aktorami, a także wystawy.

„Uważam, że Tomek był jedną z niewielu znanych mi osób, które mają tak bardzo otwarte serce na innych ludzi” – podkreśla znany polonijny działacz i filantrop Artur Dybanowski. Dodaje przy okazji, że bardzo szybko znaleźli wspólny język i się zaprzyjaźnili, ponieważ mieli podobne spojrzenie na świat. Jego zdaniem Tomasz Eider był człowiekiem o wielkim sercu, ale jednocześnie bardzo skromnym. Nie chciał, żeby o nim mówiono głośno czy pisano. To, co robił, wynikało z potrzeby jego serca i chęci pomocy innym.

„Uważam, że odszedł od nas jeden z najwspanialszych i najcenniejszych biznesmenów, z niesamowitym sercem, który potrafił pomóc każdemu, kto tego potrzebował” – twierdzi Dybanowski i przytacza jedną z historii dotyczących wsparcia, jakiego udzielał zmarły biznesmen, a o której mało kto wie.

„Okazał nawet pomoc swojemu pracownikowi, któremu umarła żona. Zorganizował jej pogrzeb, a następnie wysłał jej prochy do Polski” – wspomina Dybanowski.

O akcjach pomocy Eidera opowiada również Eryka Volker, wolontariuszka pomagająca bezdomnym.

„Grupa Homeless SOS jest wdzięczna Arturowi Dybanowskiemu za to, że za jego pośrednictwem mogliśmy poznać Tomka Eidera, człowieka niezwykle skromnego i o wielkim sercu, który naprawdę kochał ludzi, a szczególnie rozumiał potrzeby samotnych i bezdomnych – podkreśla na wstępie rozmowy polonijna wolontariuszka. – Gdy dowiedział się, że każdego roku organizujemy dla nich Wigilię, wysyłał nam ciężarówkę załadowaną paletami muffinków, różnych ciast i ciastek oraz koszami pysznego chleba. Ogromne bochenki wyglądały i smakowały oraz pachniały tak jak w Polsce. Każdy z bezdomnych i samotnych zabierał ze sobą tyle, ile tylko był w stanie, a resztę rozwoziliśmy do innych potrzebujących, do ośrodka dla osób niepełnosprawnych i do polskich kościołów – opowiada Eryka Volker, dla której postawa młodego biznesmena była czymś rzadko spotykanym. – Zastanawiałam się czasem, kim on właściwie jest. Był taki młody, że wydawałoby się, iż jest niedoświadczony życiem, a mimo to miał wielki szacunek dla ludzi i ludzkiego cierpienia. Był bardzo skromny, nie chciał słyszeć o żadnych podziękowaniach, zawsze zmieniał temat, jakby chciał powiedzieć, że to jest przecież nasz obowiązek. Cały Greenpoint pamięta smak chleba od Tomka, który on dzielił miedzy wszystkich i rozwoził w okresie świąt Bożego Narodzenia, jak gdyby miał do spełnienia jakąś specjalną misję. Nigdy nie czekał na pochwały, wolał zostać w cieniu, chciał być zwyczajny, choć naprawdę był niezwyczajny. Własnym przykładem umiał udowodnić działanie Boga oraz prawdziwość jego wiary. Był tu tak krótko, jakby miał nam tylko pokazać, jak należy żyć, co się liczy i co jest najważniejsze” – podkreśla Eryka Volker.

Zmarły biznesmen mimo swojego zaangażowania w pomoc innym oraz ciężką pracę nie zapominał o swoich najbliższych.

„U Tomka zawsze było coś ważnego, ważniejszego, ale rodzina była dla niego najważniejsza. Żona, dzieci, dom i ogromny szacunek do rodziców. Był zawsze bardzo skromny, nawet gdy szedł w Paradzie Pułaskiego… Śmierć przyszła znienacka. Pozostawił po sobie świetne dzieci – Stefka, który jest jego małą kopią, oraz Ksawusia i Blankę. Pozostawił także po sobie coś jeszcze… Widząc jak liczne zgromadzili się jego przyjaciele, by go pożegnać, wiem, że jego rodzina nie pozostanie sama. Udało się, Tomku, Polonia jest lepsza dzięki Tobie. Będziemy się razem gromadzić i wspierać, tak jak tego chciałeś!” – zapewnia Iwona Kaplan.

OSTATNIE POŻEGNANIE
Tomasz Eidar zmarł nagle 13 września, po krótkiej walce z chorobą. Miał 42 lata. Jego odejście było szokiem dla wszystkich. Pozostawił żonę Beatę oraz osierocił troje dzieci, czteroletniego syna Stefana i dwuletnie bliźnięta Blankę i Ksawerego. W Polsce mieszkają jego dwie siostry oraz rodzice. Ostatnie pożegnanie zmarłego biznesmena odbyło się w niedzielę, 16 września, w Arthur's Funeral Home na Greenpoincie. Msza żałobna została odprawiona dzień później w kościele św. Stanisława Kostki.  W uroczystościach pogrzebowych prócz rodziny i przyjaciół uczestniczyło wielu przedstawicieli różnych polonijnych organizacji. Wieniec żałobny przesłali także przyjaciele Tomka z Jarosławia. Zmarły spocznie w Polsce w rodzinnej miejscowości.

 

Autor: WOJTEK MAŚLANKA