Opowiadają o emigracji, bo chcą, bo mogą, bo muszą się wygadać

16

“Czy emigracja jest fajnym doświadczeniem? Z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że nie jest źle, ale mnie dzieli od Polski tylko tylko trzy i pół godziny lotu samolotem. Natomiast mieszkanie w Turcji to z pewnością zabawa dla osób, które lubią wyzwania” – ocenia Agata Bromberek, autorka bloga tur-tur.pl, który zdobył główną nagrodę w konkursie “Emigrantki własnym głosem”. Wśród wyróżnionych jest także blogerka ze Stanów Zjednoczonych.

Na konkurs organizowany przez Muzeum Emigracji w Gdyni zgłosiło się prawie sto blogerek, które – mieszkając poza granicami Polski – dzielą się swoimi doświadczeniami w internecie. Wśród nich jest Agata Bromberek, która od siedmiu lat na stałe mieszka w Turcji, a konkretnie w miejscowości Alanya, położonej na Riwierze Tureckiej, nad Morzem Śródziemnym.

TURCJA TO KRAJ WĄSATYCH MĘŻCZYZN…

“Po raz pierwszy w Turcji znalazłam się przypadkowo, a nawet bardzo przypadkowo” – przyznaje w rozmowie z “Nowym Dziennikiem” Agata Bromberek. – Było to w 2005 roku, miałam 25 lat i tytuł magistra kulturoznawstwa. Jak to z humanistami bywa, nie potrafiłam nigdzie zagrzać miejsca. Potrzebowałam odmiany. Pewnego dnia zadzwonił do mnie kolega z propozycją pracy w Turcji. Miało to być typowe wakacyjne zajęcie. Pomyślałam: czemu nie? Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną, zostałam przyjęta i tak poleciałam do Turcji na kilka miesięcy. Bardzo mi się spodobało, więc po powrocie do Polski zrobiłam kurs m.in. pilota wycieczek i po jakimś czasie ponownie znalazłam się w Turcji. Na stałe jestem tu od 2009 roku” – opowiada Agata. Żartuje, że zanim poleciała tam po raz pierwszy, to o kraju tym wiedziała praktycznie tylko tyle, że jest “ojczyzną kebabów i śniadych wąsatych mężczyzn o nikczemnym wzroście”. Teraz wie o wiele więcej, a swoimi doświadczeniami dzieli się między innymi na blogu, którego prowadzi od samego początku emigracji. “Jest wiele stereotypów dotyczących Turcji. Część osób spodziewa się na przykład, że skoro jest to kraj w większości muzułmański, to trzeba się specjalnie ubierać, odpowiednio zachowywać i wielu rzeczy nie wypada robić. Mogę powiedzieć, że jest to przesadzona opinia. Turcja jest krajem znajdującym się pomiędzy Europą a Azją, na pewno będąc normalnie zachowującym się turystą, ubierając się też zwyczajnie, tak jak się ubieramy na przykład w Polsce czy Europie, nie powinniśmy mieć żadnych problemów. Turcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców, patrzą na nas z pewną wyrozumiałością, wiedzą, że my nie musimy pewnych rzeczy wiedzieć. Oni od nas nie oczekują, że będziemy się zachowywać tak jak oni, bo po prostu jesteśmy inni. O tym się rzadko mówi, ale w Turcji naprawdę można się czuć komfortowo. Normalnie podróżować” – uważa autorka bloga tur-tur.pl.

POLAKÓW ZAZWYCZAJ LUBIĄ

Agata w 2011 roku razem z partnerem życiowym założyła biuro podróży, którego motto brzmi: „Poznaj Turcję od najlepszej strony”. “Co najbardziej urzekło mnie w Turcji? Zacznę od tego, że mój wyjazd do tego kraju to było pierwsze zetknięcie się z kulturą śródziemnomorską. Zafascynowało mnie to, że tubylcy są bardzo zrelaksowani, bardziej przyjaźni niż na przykład w Polsce. Serdeczni i bardzo gościnni. Bardzo miło wspominam podróżowanie po Turcji, miałam okazję być na wschodzie i jest to na pewno zupełnie inny świat. Tam szczególnie doświadczyłam wspomnianej tureckiej gościnności. Co więcej, okazało się, że w tamtych regionach Polacy są bardzo dobrze znani, nasza historia i rozmaite polskie postacie historyczne. Doskonale znają też naszą religię i różne jej odłamy” – mówi Agata Bromberek.

Jak więc jesteśmy postrzegani w kraju półksiężyca? Z doświadczeń autorki bloga wynika, że bardzo dobrze. “Turcy, którzy potrafią odróżnić nas od Rosjan, zazwyczaj nas jako Polaków lubią. Uważają za grzecznych, sympatycznych i porządnych ludzi. Wielu mówi, że jesteśmy do Turków w wielu kwestiach podobni, i odróżniamy się na plus od przedstawicieli Europy Zachodniej, którzy, w ich mniemaniu, są zadufani w sobie. Jeśli chodzi o Polki, to jesteśmy uważane za prawdziwe piękności, ale uwaga – Turcy uważają, że polskie kobiety zdominowały swoich mężczyzn. Począwszy od podejmowania decyzji, dokąd jedziemy na wycieczkę, poprzez wybór, co zjemy na obiad – aż po trzymanie pieniędzy i ich wydawanie. Polscy panowie, według Turków, po prostu w nic się nie mieszają, są bardziej bierni, podczas gdy kobiety załatwiają 'wszystko', pytając męża o zdanie tylko dla formalności. W Turcji jest odwrotnie, przynajmniej w takim klasycznym schemacie. Dla Turczynek kwestią honoru jest, aby to mężczyzna całe życie 'organizował' przynajmniej 'poza domem', co jest potwierdzeniem jego męskości” – relacjonuje tureckie układy damsko-męskie rozmówczyni “Nowego Dziennika”. Małym dramatem obcokrajowca są, według Agaty, tzw. formy grzecznościowe, które są najdłuższymi tureckimi wyrazami. “Chcemy być uprzejmi i jakoś tam się grzecznie wysławiać, a te słowa naprawdę jest trudno wymówić. Wiele razy zapętliłam się w tych uprzejmościach i nie potrafiłam dokończyć zdania. Zdarzyło mi się na przykład przegapić przystanek autobusowy, ponieważ zwrot “czy mógłby się pan tutaj zatrzymać” wygłaszany do kierowcy jest na tyle skomplikowany, że zanim go z siebie wydusiłam, to już byłam dwa przystanki dalej” – wspomina Agata Bromberek. Opisy między innymi takich zdarzeń, ale też porady dotyczące tego, co warto spróbować w kuchni tureckiej, czego się wystrzegać, a co na pewno zobaczyć podróżując po tym kraju, można znaleźć na blogu tur-tur.pl, a także w dwóch książkach autorstwa Agaty i jej przyjaciółki pt. “Turcja. Półprzewodnik obyczajowy”.

“JEST PIĘKNIE! SIĘ PRZYZWYCZAJAM… I PISZĘ…”

Blog Agaty dostał pierwszą nagrodę w konkursie “Emigrantki własnym głosem”, gdyż – jak podkreślają organizatorzy – został doceniony za barwność i wielowątkowość w pokazywaniu życia nad Bosforem. Uwagę jury zwróciły cenne obserwacje, praktyczna wartość przekazywanych informacji, ale i interesujący, osobisty rys opowieści oraz wysokie walory graficzne bloga.

Oprócz bloga Agaty wyróżniono też m.in. aniukowepisadlo.com – zapis życia codziennego w USA, pełen anegdot, iskrzący humorem, do którego z przyjemnością się wraca i czeka na kolejne wpisy – podkreślają jurorzy konkursu “Emigrantki własnym głosem”. Autorką jest Anna O’Connor, która od pewnego czasu razem z mężem i dziećmi mieszkanka na Rhode Island w Stanach Zjednoczonych. “Mam na imię Ania i piszę, bo lubię, bo potrzebuję, czasem po prostu, bo muszę… Ten blog jest trochę o mnie, trochę o moich dwujęzycznych dzieciach i zmaganiach w utrzymywaniu ich języka polskiego, o funkcjonowaniu w kilku kulturach, trochę o miejscach, w których mieszkamy. Przez wiele lat mieszkaliśmy w przepięknym Garmisch-Partenkirchen w Bawarii. Tam zostawiłam kawałek siebie i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócę. Z gór wylądowaliśmy nad oceanem – Rhode Island, Stany. Jest pięknie! Się przyzwyczajam… I piszę…” – można przeczytać na blogu Anny. Gdy pytam, czy jest też to dla niej pewna forma terapii, odpowiada, że tak. Zresztą pewnie też jak i dla innych blogerek. “Pisałam pamiętniki, odkąd pamiętam, bo sprawiało mi to dużą frajdę. Wiele osób powtarza, że każdy bloger jest też ekshibicjonistą, i to jest prawda. Nie wszyscy przecież, tak jak my, są w stanie opowiadać o rzeczach bardzo intymnych, tak jak na przykład choroba dziecka. Kiedy moja córka Kasia zachorowała, i to bardzo poważnie, to dla mnie pisanie było gigantyczną pomocą. Nikt się do tego nie odnosił, bo nie miał tak chorego dziecka, ale wystarczyło mi to, że ja byłam w stanie wyrzygać to wszystko, podzielić się swoim strachem i nadzieją” – mówi Anna O’Connor.

Jej przejmujące wpisy można znaleźć na blogu. Podobnie jak i te weselsze historie, bo internetowy pamiętnik to w końcu odbicie codzienności. “Chciałam po prostu pisać o życiu, ale ponieważ przeprowadzamy się z jednego kraju do drugiego – z Polski do Niemiec, z Niemiec do Stanów Zjednoczonych – no to okazało się, że to życie jest życiem na obczyźnie mamy dwójki dzieci. Pojawiły się więc opowieści dotyczące adaptacji w różnych miejscach, w różnych kulturach. Spora część bloga poświęcona jest dwujęzyczności dzieciaków. Piszę o tym, jak się zmagam z dwujęzycznością moich dzieci, jak sobie radzę lub jak sobie nie radzę. Nazwa bloga, jak można się łatwo domyślić, jest od imienia, mój mąż Amerykanin zawsze mówił do mnie Aniuko” – wyjaśnia Anna.

Czy znalazła swój sposób na emigrację? “Znam dużo ludzi, którzy na emigracji czują się strasznie smutni i nie u siebie. Ale to są takie osoby, które jakby nie potrafią być elastyczne. Jeśli tak się podchodzi do życia – i to wszystko jedno, czy się mieszka w Polsce, czy za granicą – to jest trudno. Ja się staram być otwarta na nowe miejsca i ludzi, i nastawiam się, że nowe to znaczy interesujące. Choć początki życia na obczyźnie były tragiczne. Pamiętam, jak przeprowadziliśmy się z Polski do Niemiec – ta adaptacja trwała ponad rok i to był czas strasznie dla mnie trudny. Wszystko mnie denerwowało. Chciałam wszystko zrobić po swojemu, a po swojemu się nie da, bo mieszkało się zupełnie gdzie indziej, z innymi ludźmi, w innej kulturze. W końcu to zrozumiałam i nauczyłam się tej ciekawości świata” – przyznaje autorka bloga aniukowepisadlo.com. Pomogła jej też praca. W Polsce skończyła anglistykę, dzięki temu zarówno w Niemczech, jak i w Stanach Zjednoczonych robi to, co sprawia jej ogromną przyjemność: uczy. Oprócz tego lubi Amerykę za otwartość, może trochę fałszywą, ale jej to nie przeszkadza.

“Faktycznie trochę tak to jest, że Amerykanie są na początku otwarci, a potem – nawet gdzieś na blogu o tym pisałam – jak przyjdzie się spotkać w weekend, no to już nie za bardzo mają ochotę. Mimo to ja lubię tę otwartość nawet taką powierzchowną, sklepową czy urzędową. Nie podoba mi się za to permanentny brak czasu dla siebie i rodziny. Mam takie wrażenie, że Amerykanie muszą pracować, nawet jak nie muszą, ale widać taka już ich narodowa cecha” – ocenia Anna.  Na pytanie, jak długo będzie pisać, odpowiada, że ma nadzieję, że zawsze. “Blogowanie to narkotyk od którego ciężko jest się uwolnić, poza tym po co?”.

***

Jak podkreślają organizatorzy, celem konkursu “Emigrantki własnym głosem” było wsparcie blogerek i pokazanie, że piszących kobiet emigrantek jest dużo, i że dzięki nim osoby na całym świecie mają szansę wniknąć głębiej w realia życia na emigracji. Każda historia jest cenna i każda bez wątpienia prezentuje ważny fragment emigracyjnej rzeczywistości, a wszystkie razem wpisują się w ideę Muzeum Emigracji, którą wyraża hasło „Łączymy historie”.

Autor: Anna Arciszewska