Patriotyzm duchowieństwa polskiego

0
7

Mieliśmy ich wówczas w Stanach Zjednoczonych około 600 (obecnie jest około 300). Ich liczba była wprost proporcjonalna do liczby polskich imigrantów na danym obszarze, a tych było najwięcej w dwóch regionach Ameryki, mianowicie w północno-wschodnim i północno-środkowym. Średnie parafie liczyły wówczas od 2 do 4 tys. parafian. Większe – do 8 tys. Ale były też parafie liczące kilkadziesiąt tysięcy wiernych.

Rola kapłana, proboszcza parafii, naturalnego przywódcy zbiorowości polonijnej była ogromna, a jego autorytet niekwestionowany.

Ignacy Jan Paderewski (1860-1941), jeden z grona największych Polaków, jakie wydała ziemia polska, znał Amerykę. Po raz pierwszy koncertował w Carnegie Hall w 1891 r. Potem jeszcze 20 razy przyjeżdżał na koncerty. Wiele razy poza koncertami. Pokochał Amerykę z wzajemnością. Zostawił tutaj swoje serce. Wykonana przez Andrzeja Pityńskiego urna z sercem Paderewskiego, który – jak wiemy – zmarł w Nowym Jorku w czerwcu 1941 r., umieszczona jest w przedsionku Sanktuarium Maryjnego w Amerykańskiej Częstochowie.

Wówczas jednak, w 1915 r., Paderewski – człowiek o wielkiej charyzmie, pianista, polityk, dyplomata i patriota przyjechał do Ameryki jako delegat Komitetu Pomocy dla Ofiar Wojny w Polsce, który miał swoją główną siedzibę w Szwajcarii. Na konferencję do hotelu Gotham (dzisiaj nie istnieje), przy 55 Ulicy i 5 Alei na Manhattanie, gdzie zwykle zatrzymywał się, zaprosił księży polskich parafii. Przyjechało 36 proboszczów – filarów polskich wspólnot parafialnych z Nowego Jorku (miasta i stanu), z Pensylwanii, New Jersey, Connecticut. Poprzez parafie płynął szeroki strumień dolarów do zorganizowanej przez Paderewskiego na terenie USA Fundacji Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, której główne biuro mieściło się w Nowym Jorku (na 42 Ulicy pod numerem 33 West). Kapłani polskich parafii zaangażowali się w organizowanie kolekty. To był patriotyczny czyn. Łatwiej jednak wyjąć pieniądze z portfela i przeznaczyć je na szlachetny cel, niż złożyć ofiarę ze swojego życia. A na to przyszedł czas.

6 kwietnia 1917 r., czyli 3 lata po wybuchu wojny, zwanej wielką wojną, Stany Zjednoczone przystąpiły do konfliktu. Na apel prezydenta Wilsona ok. 40 tys. polskich ochotników zgłosiło się do Armii Amerykańskiej. Wkrótce jednak prezydent Woodrow Wilson ogłosił obowiązek powszechnej służby wojskowej obowiązującej mężczyzn od dwudziestego do pięćdziesiątego roku życia. Historycy podają szacunki, według których w Armii Amerykańskiej znalazło się od 200 do 300 tys. polskich żołnierzy, co stanowiło 10 procent jej stanu. I można tutaj dodać, że w tamtym czasie Amerykanie polskiego pochodzenia stanowili tylko 3 procent ogółu ludności USA.

W czerwcu 1917 r. prezydent Francji Raymond Poincare wydał dekret o utworzeniu autonomicznej Armii Polskiej, której naczelnym wodzem został wkrótce gen. Józef Haller, a która – od koloru żołnierskich mundurów – zwana jest też czasem Błękitną Armią.

Odzew w polonijnych środowiskach był natychmiastowy. Od wielu przecież lat paramilitarna organizacja „Sokołów” czyniła przygotowania na taką okoliczność. Nastroje niepodległościowe rosły i objawiły się w spontanicznych ochotniczych deklaracjach Polaków.

Ci Polacy, którzy nie mieli amerykańskiego obywatelstwa lub byli w wieku pozapoborowym – przed dwudziestką albo po pięćdziesiątce – zgłaszali się do Armii Polskiej formowanej we Francji. Rząd amerykański zezwolił na to deklaracją w sprawie rekrutacji do Armii Polskiej, ogłoszoną 6 października 1917 r. Akcja werbunkowa trwała do 11 marca 1919 r., kiedy ostatni ochotnicy opuścili obóz ćwiczebny zorganizowany w Niagara-on-the-Lake, gdzie przygotowywano ich do kolejnych transportów do Francji.

Ogółem odjechało 20 720 ochotników (zgłosiło się kilka tysięcy więcej, ale nie wszyscy przeszli testy zdrowia). Wielka, spontaniczna akcja, o potężnym wymiarze patriotycznym, nie miała sobie równej w całej historii amerykańskiej Polonii i nie byłaby możliwa do przeprowadzenia bez zaangażowania się w nią polskiego duchowieństwa w Ameryce. To od parafii w gruncie rzeczy zaczynał się proces rekrutacji. Komitety rekrutacyjne i obywatelskie znajdowały się w pobliżu polskich kościołów, często w prywatnych mieszkaniach parafian. Jeszcze po latach wspominano kolejne rocznice jubileuszowe założenia stacji rekrutacyjnej, jak np. 5 października 1932 r. Stanisław Kowalski, oficer stacji rekrutacyjnej w miejscowości Tonawanda, NY, przypominał w liście do ks. Walki, proboszcza tamtejszej parafii Matki Boskiej Częstochowskiej o jubileuszu 15-lecia otwarcia stacji numer 6 w Tonawandzie, która znajdowała się w domu pp. Mroczyńskich przy ul. Oliver, nieopodal kościoła. Świadczy to o tym, jak rozległy wymiar, także w czasie i pamięci ludzi, miała cała akcja.

Na obszarze Stanów Zjednoczonych istniało 41 stacji (centrów) werbunkowych. Na czele 41. stacji – w New Britain, CT – stał ksiądz dr Lucjan Bójnowski, proboszcz parafii Najświętszego Serca Jezusa. Nazywano go „liderem wśród gigantów”, „mistrzem propagandy”. Na łamach miejscowego tygodnika „Przegląd Katolicki” prowadził szeroką kampanię werbunkową. Oddziaływanie tego „kontrowersyjnego, nieugiętego w surowości, ale twórczego kapłana” było tak ogromne, że niewielkie New Britain przodowało w całej akcji rekrutacyjnej – 965 Polaków z New Britain walczyło o wolność Polski w Błękitnej Armii.

W Archiwum Głównym Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce z siedzibą w Nowym Jorku znajdują się wartościowe dokumenty w postaci list osób przedstawionych do Mieczy Hallerowskich, najstarszego odznaczenia nadawanego członkom SWAP od 1924 r. Zgodnie ze sporządzonym przeze mnie zestawieniem – 227 polskich kapłanów z 17 stanów USA zostało przedstawionych do tego odznaczenia. Na pierwszym miejscu pod względem liczebności księży zaangażowanych w patriotyczną akcję werbunku do Armii Polskiej znalazła się Pensylwania – 55 duchownych, na drugim – Illinois – 33 (z silnym centrum w Chicago), na trzecim – Michigan – 22 (z silnym centrum w Detroit). Nowy Jork znalazł się na czwartym miejscu – 20 księży. Dodajmy jednak, że listy nie były kompletne, o czym pisał ks. bp Paweł Rhode w korespondencji do sekretarza SWAP Stanisława Stachowicza. Jak napisał biskup Rhode – „przez skromność – nie wszyscy księża odpowiedzieli na zgłoszenie swojego nazwiska i wypełnienie niezbędnych formularzy”.

Wymieńmy pozostałe stany w malejącej kolejności liczby księży odznaczonych Mieczami Hallerowskimi: Massachusetts (20), Connecticut (15), Ohio (15), Wisconsin (12), New Jersey (8), Indiana (8), Minnesota (4), Wirginia Zachodnia (4), New Hampshire (3), Rhode Island (3), Maryland (3), Vermont (2), Delaware (2).

W werbunek ochotników zaangażowała się najwyższa hierarchia polskiego duchowieństwa, księża wyniesieni do godności prałata, kapłani z tytułami naukowymi, proboszczowie parafii i wikariusze. Ich pracę oceniano jako: gorliwą, oddaną, pełną poświęcenia, dzielną, ofiarną, filantropijną, niestrudzoną, wydajną, wybitną, nadzwyczaj czynną, pełną zasług.

Oto kilka przykładów charakterystyk konkretnych księży przedstawionych do odznaczenia: ks. Franciszek Kozłowski „animował całą pracę” w Lakewood, OH; ks. Jan Puchała z Manchester, NH, ogromnie zabiegał o zwiększenie szeregów Armii Polskiej i osobiście złożył na jej potrzeby 2000 dolarów; ks. Alfons A. Skoniecki z Easthampton, MA, zebrał na ten cel wśród parafian przeszło 100 tys. dolarów; ks. Walenty Michułka z West Rutland, VT, należał do wyróżniających się mądrą propagandą i organizacją naboru ochotników. Prawdziwym cichym robotnikiem, którego nigdy i nigdzie w żadnej czynnej akcji dla Armii Polskiej nie brakowało, nazwano ks. Ignacego Piotrowskiego z Berea, OH. Najdzielniejszym w diecezji skrantońskiej oceniono ks. Franciszka Ksawerego Kurkowskiego z Dupont, PA. Liderem „każdej pracy narodowej” w zagłębiu węglowym Pensylwanii był ks. Franciszek Kasaczun z Sugar Noch, PA. Ks. Józef Kuta z Elyria, OH, zasłużył się jako ten, który „ślubów młodym chłopakom nie dawał, póki się do Armii Polskiej nie zapisali”.

Wybitnym propagatorem sprawy niepodległości Polski w sferach amerykańskich byli ks. prałat Benedykt Rosiński z Toledo, OH, oraz wspomniany ks. dr Lucjan Bójnowski z New Britain, CT. Kilku Amerykanom też przyznano Miecze Hallerowskie.

W intencji odjeżdżających ochotników zawsze odprawiana była msza św., po której w sali parafialnej miał miejsce pożegnalny obiad. Na pamiątkę robiono zdjęcie rekrutów, zawsze z osobą kapłana lub kilku księży w centrum, po czym odprowadzano ich na dworzec i żegnano. Takie zdjęcia znajdują się w bogatym i cennym archiwum SWAP.

Dziewiętnastu księży ze Stanów Zjednoczonych pojechało z ochotnikami do Francji jako kapelani wojskowi. Ci księża po powrocie do swoich parafii cieszyli się tam głęboką czcią. Czasem wystawiano im pomniki. A oni oraz inni księża inicjowali wznoszenie pomników poległym żołnierzom, zawieszali tablice z ich nazwiskami. Tak działo się w wielu parafiach. Także w Nowym Jorku. Rozejrzyjmy się wokół kościołów i w ich przedsionkach. Znajdziemy tam te tablice i pomniki.

Wielu ochotników-żołnierzy zginęło, wielu powróciło ciężko rannych, okaleczonych psychicznie i zawiedzionych politycznym obrotem sprawy w Polsce. Znaleźli się na bruku, żebrali o kawek chleba i wtenczas założyli – przywoływane tu już kilka razy – Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, jako organizację poprzez którą pomagali samym sobie.

Wielka wojna rozpętana w lipcu 1914 r. zakończyła się w listopadzie 1918 r. klęską państw centralnych i powstaniem licznych państw narodowych. Także państwa polskiego.

Od wybuchu wojny mija właśnie 100 lat. Przy tej okazji wspominamy cichych bohaterów, ochotników z Ameryki, żołnierzy Armii Amerykańskiej i Polskiej, księży, dzięki którym cała ochotnicza akcja przyniosła nadspodziewany, imponujący rezultat.

Autor: Danuta Piątkowska