Pierwszy polski konsul w Nowym Jorku

0
5

Nawiązanie polsko-amerykańskich stosunków dyplomatycznych po zakończeniu pierwszej wojny światowej stanowiło priorytet odrodzonego państwa polskiego. Mija 90 lat od trudnych początków budowania wzajemnych relacji dyplomatycznych między dwoma państwami.

W styczniu 1919 r., po objęciu stanowiska premiera i ministra spraw zagranicznych, Ignacy Jan Paderewski mianował konsulem generalnym w Nowym Jorku Konstantego Buszczyńskiego. Ten, przyjmując nominację, zastrzegł sobie, że – po pierwsze – będzie piastował urząd krótko, to znaczy do chwili zorganizowania placówki, a po drugie, że za pełnione obowiązki nie będzie pobierał wynagrodzenia.
Formalna, uroczysta inauguracja otwarcia biura Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku miała miejsce w hotelu Gotham przy 55 Ulicy i Piątej Alei na Manhattanie 14 sierpnia 1919 r. Siedziba placówki mieściła się pod numerem 40 na zachodniej stronie przy 40 Ulicy (40 West 40th Street).
Doskonale zorganizowane biuro w styczniu 1920 r. zatrudniało kilkadziesiąt osób, więcej niż Poselstwo RP w Waszyngtonie, podniesione do rangi Ambasady RP dopiero za administracji prezydenta Herberta Hoovera (1929-1933), gdzie pracowało wówczas zaledwie 8 osób.
Na sekretarza konsula Buszczyńskiego został wybrany przez niego Leon Orłowski, który rozpoczynał wtedy swą wielką karierę dyplomatyczną.

 
FOTO: Archiwum

Konstanty Buszczyński

ZIEMIANIN KRESOWY – HODOWCA NASION BURAKA CUKROWEGO
Konstanty Wiktor Brunon Buszczyński (1856-1921) to jedna z najszlachetniejszych postaci naszego ziemiaństwa kresowego. Przemysłowiec, wysoko wykształcony, hodowca nasion buraka cukrowego w dziedzicznym Niemierczu na Podolu i nabytym w 1906 r. majątku ziemskim pod Krakowem, w Górce Narodowej, wytrwale, z pasją i powodzeniem realizował plany zdobywania światowych rynków zbytu dla wysokocukrowych nasion buraka.
Był synem Stefana Buszczyńskiego (1821-1892), ziemianina, poligloty, publicysty, pisarza politycznego, autora oryginalnej książki Ameryka i Europa, wydanej w 1876 r., oraz Heleny z Hlebickich-Józefowiczów.
W rodzinnej tradycji pieczołowicie przechowywano związki z legionami Dąbrowskiego, poprzez dziadka Wincentego, z insurekcją kościuszkowską, po linii pradziadka ze strony babki Pelagii z Borowickich Buszczyńskiej, ojciec natomiast uczestniczył w powstaniu styczniowym, działając tak roztropnie, że nikt z ludzi podległych mu w trzech zorganizowanych przez niego powiatach nie został ukarany śmiercią lub Sybirem, sam jednak musiał wyjechać za granicę, zaocznie ukarany śmiercią do zmiany wyroku na dożywocie na Syberii. Stąd gorące umiłowanie polskości i cnót obywatelskich, silny charakter, pracowitość, uczynność i ogromne uspołecznienie Konstantego Buszczyńskiego. Wykształcenie średnie zdobył w Dreźnie, gdzie przez długi czas przebywał jego ojciec, a studia z agronomii ukończył na renomowanej politechnice w Rydze. Tam założył polską korporację Arkonia, z którą utrzymywał kontakt przez całe życie.
Z gruntowną wiedzą, potwierdzoną dyplomem, powrócił do rodzinnego Niemiercza. Podupadający majątek doprowadził do rozkwitu. W 1886 r., wraz z Michałem Łążyńskim, ciotecznym bratem żony Jadwigi, założył firmę, jedną z pierwszych na ziemiach dawnej Polski. Po wycofaniu się ze spółki w 1892 r. Łążyńskiego, wątpiącego w jej powodzenie, ciągle bowiem wymagała ona dużych inwestycji, przynosząc znikome zyski, firma jednak zaczęła świetnie prosperować. Pod nazwą Konstanty Buszczyński i Synowie istniała do 1939 r. Nawet po upaństwowieniu firm nasiennych po drugiej wojnie światowej, aby te nasiona nadal eksportować, trzeba było używać nazw dawnych firm: Konstanty Buszczyński i Synowie, Aleksander Janasz i Synowie – to druga wielka polska firma nasienna sięgająca tradycją XIX stulecia.
Polskie nasiona buraka cukrowego cieszyły się opinią jednych z najlepszych w świecie.
W POSZUKIWANIU AMERYKAŃSKICH KONTAKTÓW
Zanim Konstanty Buszczyński przybył do Stanów Zjednoczonych jako polski konsul generalny, odwiedził je dwa razy.

 
FOTO: Archiwum

Książka Konstantego Buszyńskiego

W 1910 i 1912 r. przemierzył Amerykę wzdłuż i wszerz. Interesował go ten – jak napisał: "kraj przepiękny, bogaty, o wielkim rozmachu. Gdzie energia człowieka ma ujście i godne siebie zapasy, gdzie może on zostać szczęśliwym i rzeczywiście nim został, gdzie potrafił żyć po ludzku i po Bożemu".
Jego podróże miały biznesowy charakter. Odwiedzał centra upraw buraka cukrowego i hodowli jego nasion. Poszukiwał kontaktów, możliwości wymiany doświadczeń i korzystnych warunków dla rozwoju swojej firmy.
Największe w owym czasie cukrownie znajdowały się w Kalifornii, np. Speckels i Oxnard, także w Utah i sąsiednim Idaho. "Przy tych cukrowniach założyłem swoje plantacje nasion buraków cukrowych, znalazłszy życzliwe poparcie" – napisał we Wrażeniach z Ameryki, opublikowanych w Krakowie, w 1916 r. (wyd. drugie –1922 r.).
"W stosunki handlowe z Ameryką wstąpiłem dzięki zachęcie i niezmiernej uprzejmości odpowiednich sfer przemysłowo-handlowych – pisał dalej Buszczyński. – Zarówno urzędnicy, jak i szefowie największych przedsiębiorstw, postępowali tak, jak gdyby zależało im na tym, by mi drogę ułatwić. Ministerium rolnictwa dało mi mnóstwo wyczerpujących wskazówek, a sam minister rolnictwa, dowiedziawszy się, że zbieram potrzebne dane z dziedziny hodowli nasion, zaprosił mnie do siebie i oświadczył gotowość przeprowadzenia ze swej strony całego szeregu prób według moich wskazówek, dodając żartobliwie, abym w razie potrzeby zgłosił się do niego, a on najchętniej dopomoże mi, ma bowiem ‚pewne wpływy’ w tym ministerium".
Konstanty Buszczyński posiadał zatem przychylność Jamesa Wilsona, sekretarza Departamentu Rolnictwa w amerykańskim rządzie federalnym, który sprawował urząd od marca 1897 do marca 1913 r., czyli najdłużej spośród jakiegokolwiek urzędnika w całej historii tegoż rządu. Powołany na stanowisko przez prezydenta Williama McKinleya utrzymał je przez kadencje kolejnych prezydentów – Theodore’a Roosevelta i Williama Tafta. Szkot z pochodzenia, z emigranckiej rodziny, wyrósł na farmie w Iowa, zdobył wykształcenie w dziedzinie rolniczej, został profesorem rolnictwa na uczelni – obecnie Uniwersytet Iowa – kongresmanem z ramienia Partii Republikańskiej w Izbie Reprezentantów, najpierw stanowej, w Iowa, później federalnej. Zaangażowany i otwarty na nowoczesne metody uprawy, nowości, świetny organizator inspekcji produktów żywnościowych, wielce zasłużony też w ulepszaniu dróg w Ameryce.
Rekomendacja Jamesa Wilsona miała dla Konstantego Buszczyńskiego ogromne znaczenie; ułatwiała mu, rzecz jasna, wszelkie rozmowy i kontrakty. Z drugiej strony osiągnięcia Buszczyńskiego w dziedzinie nasiennictwa były tak duże, iż Wilson wyrażał zainteresowanie nimi.
We Wrażeniach z Ameryki Konstanty Buszczyński pisał o swoich doświadczeniach handlowych: "Zadaniem moim było wprowadzenie na rynek amerykański nasion buraków cukrowych. W wielu krajach europejskich konkurencyjne firmy starają się o utrzymanie ‚dobroci swojej marki’ przez odpowiednie ‚prowizje’ miarodajnym osobom. Organizując swój interes dowiadywałem się, jak stoi ta sprawa w cukrowniach amerykańskich. Ludzie, którym powierzałem swój interes, objaśniali mnie, że z wyjątkiem paru osób, które mi wymieniono, ta droga nie jest używana. Jakoż istotnie przez kilka lat poważnych transakcji ani razu nie zdarzyło się, by reprezentant mój podał mi rachunek za ‚extra wydatki’ tego rodzaju. Z przyjemnością muszę zaznaczyć, że również w Polsce pod tym względem najlepiej się dzieje. Nie spotkałem się również w Ameryce z rozpowszechnionym w Europie systemem ‚datków’ rozmaitym funkcjonariuszom publicznym. Nawet ‚napiwki’ są bardzo ograniczone, zwłaszcza na zachodzie".
"WRAŻENIA Z AMERYKI"
Niewielkiego formatu 150-stronicowa arcyciekawa książka Buszczyńskiego świadczy niewątpliwie, o jego fascynacji tym krajem. Amerykanów stawia on pod wieloma względami wyżej od Europejczyków. Nowe miejsca kolejnych etapów podróży autora wywoływały odmienne skojarzenia.
Oczywiście był też krótko w Nowym Jorku. "Wśród tysiąca twarzy, jakie wraz z moim towarzyszem podróży, p. Fr. Pułaskim, obserwowaliśmy przez kilka dni w New Yorku, zauważyliśmy tylko parę przygnębionych. Nie ma tu tak pospolitego w Europie typu ludzi zdeptanych, sponiewieranych, beznadziejnie patrzących w przyszłość, ludzi wylęknionych, goniących za tanim użyciem, bez siły, bez odwagi, bez pewności siebie i radości życia. Nie znać tu przemęczenia życiem i wyczerpania".
Do Nowego Jorku odwołuje się jeszcze raz pisząc o religijności amerykańskiego społeczeństwa. "Kościołów jest też niezmierna ilość. W New Yorku, w tym najbardziej zeuropeizowanym mieście, mającym bardzo znaczny procent Żydów, ma być do 1000 kościołów i kaplic. (…) Dziwnym się nam wydaje zwyczaj opłacania przy wejściu do kościoła 10 ct., lub do woli więcej; ma to jednak na celu nieprzerywanie nabożeństwa zbieraniem składek. Taka kolekta w biednych kościołach, np. w jednej z odległych polskich parafii w New Yorku, mającej około 500 parafian, daje 40-50 dolarów jednorazowo".
O polskich imigrantach pisze na ogół pozytywnie. "Z zetknięcia się z koloniami polskimi w Ameryce, oraz z jednostkami, rozrzuconymi pojedynczo lub w znikomych grupach na olbrzymich przestrzeniach Stanów Zjednoczonych, wyniosłem przekonanie, że Polacy nielicznie i z trudnością wynaradawiają się. (…) Wśród przybywającej z Polski nieoświeconej masy, budzi się uświadomienie narodowe. (…) Przy całym patriotyzmie amerykańskim gorąco odczuwają ideały narodowe polskie, starają się przechowywać tradycje, zachować swoją narodowość. (…) Polacy w Ameryce żywo interesują się tym, co się dzieje w ‚starym kraju’. (…) Idąc za ogólnym zwyczajem i potrzebą, łączą się chętnie w związki, z których wiele rozporządza olbrzymią ilością członków i poważnymi środkami. (…) O powrocie do ‚starego kraju’ mówią przeważnie wszyscy, lecz rozumieją, że pragnęliby powrócić do Polski wolnej, z ustrojem takim, jaki zakosztowali w Ameryce".
Są też ostre negatywy. "Pomimo zmienionych warunków życia, charakter narodowy polski i tu się przejawia: niezgodność, walki międzypartyjne, szkalowania się, a wśród prowodyrów płytka chełpliwość i blaga, pokrywająca braki moralne. Polacy są nietolerancyjni względem siebie, są natomiast ustępliwi względem obcych. (…) W swojej dzielnicy są Polacy niedbali, niechlujni, jest dużo wypadków i przestępstw. Pijaństwo jest stosunkowo rozpowszechnione, co Amerykanów ogromnie razi. Wskutek niższości kulturalnej Polacy nie są w Ameryce ani pożądanym, ani cenionym elementem imigracyjnym".
MIĘDZY MŁOTEM A KOWADŁEM
Organizowanie polskiego przedstawicielstwa dyplomatycznego w Waszyngtonie i sieci konsulatów w Stanach Zjednoczonych wywoływało szereg kontrowersji między różnymi ugrupowaniami polonijnymi. Te przecież przez dziesiątki lat sterowały życiem polonijnym i nie zamierzały dzielić się z nikim zdobytymi obszarami wpływów. Nawet między działaczami Wydziału Narodowego Polskiego (WNP) a rządem Ignacego J. Paderewskiego nie było jednomyślności.
Premier polskiego rządu, do niedawna wszakże bardzo mocno związany z Wydziałem Narodowym Polskim, jako jedyny przedstawiciel jego Komitetu Wykonawczego, a wkrótce Komitetu Narodowego Polskiego (KNP), któremu WNP podporządkował się, rozumiał, że dla polskiej racji stanu zdecydowanie niekorzystne jest uzależnianie się od działaczy polonijnych, ich finansów oraz dużych i nierzadko merytorycznie nieuzasadnionych ambicji politycznych. Mianowanie więc na stanowisko konsula generalnego w Nowym Jorku Konstantego Buszczyńskiego, a następnie powierzenie kierownictwa Poselstwa RP w Waszyngtonie Kazimierzowi Lubomirskiemu wywołało chłodne ich przyjęcie przez działaczy Wydziału Narodowego Polskiego. Pretensje do stanowiska polskiego konsula w Nowym Jorku rościł sobie, niewątpliwie zasłużony dla Polonii, Jan Smulski. Zawiedziony w oczekiwaniach, mobilizował innych spośród szerokich kręgów swoich wpływów do wyrażania niechęci wobec nowo mianowanych dyplomatów.
"Wydział Narodowy wydał odezwę do społeczeństwa polskiego w Ameryce – informował w 1920 r. Dziennik Polski wydawany w Detroit, MI – w której wyraźnie oświadcza, że nie myśli likwidować dotychczasowych działalności na rzecz Polski". I dalej: "Sejm Wydziału Narodowego jest jedynym przedstawicielstwem społeczeństwa polskiego w Ameryce, a jako taki ma prawo zajmować się sprawami polskimi i pod tym względem nie uznaje autorytetu polskiego poselstwa, z którym, co najwyżej, może być w dobrej komitywie".
Z innej strony, tym razem o względy polskiego konsula w Nowym Jorku, daleko wychodzące poza protokół, zabiegał Komitet Narodowy Polski, w owym czasie opanowany przez  zdecydowanie propiłsudczykowskich socjalistów.
KON wysłał zaproszenie konsulowi Buszczyńskiemu wraz z mandatem upoważniającym dyplomatę do reprezentowania ich w charakterze członka czynnego na dorocznym zjeździe KON w Bostonie (4-6 VII 1919), w sali Franklin Union Hall. Konsul generalny nie mógł przyjąć takiego zaproszenia i odpisał: "Komitet Obrony Narodowej, 1225 N Ashland Ave., Cicago, IL; Szanowni Panowie! Dziękuję za dowody życzliwości i zaufania z Ich strony, wyrażone przesłaniem mi mandatu Panów do reprezentowania Ich w charakterze członka czynnego na Zjeździe Komitetu Obrony Narodowej w Bostonie. Niestety nie mogę przyjąć zaszczytnego dla mnie pełnomocnictwa, a to dla dwóch powodów: po pierwsze nie będę mógł w ogóle być w Bostonie prędzej niż 6 lipca, po drugie zaś, jako urzędnik państwowy, który reprezentuje interesy wszystkich obywateli znajdujących się w Stanach Zjednoczonych, bez względu na ich przekonania polityczne, nie mogę przyjmować mandatów czynnych od jakichkolwiek grup lub stronnictw. Natomiast stosownie do zaproszenia Panów chętnie będę u nich w charakterze gościa".
Nawet te luźne kontakty Buszczyńskiego z działaczami KON spowodowały rozpętanie przez Wydział Narodowy Polski ostrej kampanii celem ignorowania poselstwa polskiego w Waszyngtonie oraz konsulatów.
EPILOG
Konstanty Buszczyński wyjechał do Polski i w marcu 1920 r. podał się do dymisji.
Zmarł 12 stycznia 1921 r. w Krakowie.
Pod koniec życia przeznaczył sporą kwotę pieniędzy na wybudowanie w Prądniku Czerwonym (wcześniej Tyniecki, Benedyktyński) kościoła Dobrego Pasterza. Świątynia ukończona została dwa lata po jego śmierci, a nad spełnieniem woli męża czuwała Jadwiga Konstantynowa Buszczyńska. Do swojej śmierci (1928) opiekowała się ubogimi i hojnie wspierała parafię.
Po wojnie w podupadłym majątku Buszczyńskich zadomowiła się państwowa placówka o nazwie Krakowska Hodowla Roślin w Polanowicach z siedzibą w Górce Narodowej. Wytrwale, opierając się na socjalistycznych prerogatywach, niszczyła wielką polską tradycję w hodowli nasion buraka cukrowego. Dzisiaj zapomnianą.

Autor: