Praca w Wolnej Europie i Głosie Ameryki zastąpiła mi wojsko polskie

261
Marek Walicki – polski dziennikarz emigracyjny – pracował w Rozgłośni Polskiej RWE w Monachium, następnie w Nowym Jorku, a później w latach 1976-1994 w polskiej sekcji Głosu Ameryki w Waszyngtonie ZDJĘCIA: Z ARCHIWUM M. WALICKIEGO

"Moja książka nie miała być szczegółową autobiografią, którą może zanudziłbym czytelnika. Ona zawiera najważniejsze moje własne przeżycia, którymi postanowiłem podzielić się z czytelnikami" – mówi Marek Walicki, autor wspomnień "Z Polski Ludowej do Wolnej Europy".

Należy pan do znanej rodziny Walickich. Pana przyrodnim bratem był Michał Marian Walicki (1904-1966), historyk sztuki, profesor Politechniki Warszawskiej i Szkoły Sztuk Pięknych.

Nigdy nie wynosiliśmy się z tego powodu, choć w naszej rodzinie byli wybitni znani ludzie, lekarze, naukowcy, a rodowód sięga XIV wieku, w którym jeden z Walickich z Ziemi Czerskiej, z Walisk, osiadł na ówczesnej Litwie. I z tej właśnie linii pochodzę. Wymieniła pani Michała, mego brata przyrodniego. Mimo dużej różnicy wieku, był zaledwie o 2 lata młodszy od mojej matki, szczególnie mi imponował jako konspirator podczas okupacji niemieckiej, a potem gdy za tę konspirację na najwyższym szczeblu AK oskarżony został przez komunistów o współpracę z okupantem i wtrącony do ubeckiego więzienia. Jego tragedia mówiła mi bez przerwy, jakie czasy nastały, w jakiej Polsce żyjemy, i to wszystko miało niemały wpływ na moją decyzję wyrwania się z tej stalinowsko-bierutowskiej klatki. I tym samym uniknąć może losu Michała.

Wybitnym naukowcem jest też jego syn Andrzej (ur. 1930), który jest mi najbliższym krewniakiem i z którym prowadzę regularną korespondencję do dziś, od kilkudziesięciu lat. W przeciwieństwie do kilku innych osób nigdy nie bał się do mnie pisać, gdy pracowałem w Wolnej Europie, nie mówiąc już o okresie, kiedy działałem w poprawnym politycznie Głosie Ameryki. Andrzej jest wybitnym filozofem i historykiem idei, emerytowanym profesorem Uniwersytetu Notre Dame. Widywaliśmy się wielokrotnie w Stanach, począwszy od 1962 roku, kiedy to Andrzej przyleciał do USA po raz pierwszy jako stypendysta Fundacji Forda.

Urodził się pan w Warszawie w 1931 roku. Gdy wybuchła wojna, miał pan 8 lat. Pana rodzina mieszkała w 10-pokojowym mieszkaniu na ulicy Chocimskiej 28/ Klonowej 5. Jako 12-letni chłopiec był pan członkiem, od 1943 roku, Szarych Szeregów. Jak pan pamięta wiadomość o rozpoczęciu wojny, jak pan pamięta okupację niemiecką w Warszawie?

Z tych dziesięciu – cztery pokoje wraz z poczekalnią stanowiły gabinety dentystyczne moich rodziców, więc na sypialnie pozostawały cztery, w tym pokój naszej niańki i służącej. Była nią Elżbieta Burże, sierota, która stała się członkiem naszej rodziny i którą każdy z nas nazywał zdrobniale Elżbietką. Była częściowo ociemniała. Korespondowałem z nią i pomagałem jej do końca jej życia. Była też jedyną osobą przy śmierci mojego ojca Leona Walickiego. Pochowany jest w Jazgarzewie, niedaleko Zalesinka, ale z dala od Powązek, gdzie moja matka Lidia (z domu Zyskowska) spoczywa w grobie rodziców.

Pyta pani, jak zapamiętałem rozpoczęcie wojny, jak pamiętam Warszawę podczas okupacji. We wrześniu 1939 byłem w Miedzeszynie z moim 2-letnim braciszkiem Ryszardem i Elżbietką – naszą nianią. Byliśmy sami w małej wilii mojej ciotki Truszkowskiej, odcięci od rodziców, którzy byli w Warszawie. Pamiętam eskadry samolotów lecących w kierunku Warszawy, choć nie mogłem rozpoznać ich znaków. Całymi dniami siedzieliśmy wówczas w piwnicy, głodowaliśmy, mieliśmy tylko worek sucharów i trochę mąki. Przez małe piwniczne okienko wychodziłem do sąsiadki, która miała krowę, i dostawałem od niej butelczynę mleka dla mojego braciszka. Pewnej nocy przed naszym domem nastąpiła potyczka z nacierającymi wojskami niemieckimi. Rano wszystko ucichło i pod oknami znalazłem porzucony polski karabin maszynowy, i porozrzucane nabojnice. Wszystkie te polskie militaria przezornie usunąłem z dala od domu. W kilka godzin później zobaczyłem pierwszego niemieckiego żołnierza idącego wzdłuż toru. Wydał mi się wielkoludem. I tak zapamiętałem rozpoczęcie wojny. 25 września, w dzień drugich urodzin mojego braciszka Rysia, powędrowaliśmy do Falenicy i otrzymaliśmy pierwszy od dłuższego czasu bochenek świeżego chleba. Po dwóch chyba tygodniach wynajętą furmanką przyjechała do nas matka i wróciliśmy do Warszawy. Zniszczenia w mieście, leje od bomb, powybijane szyby i ślady po kulach na ścianach naszego domu przy Chocimskiej zrobiły na mnie duże wrażenie. Okupowana Warszawa stawała się coraz bardziej groźnym miastem, gdzie trzeba było na wszystko uważać, by przeżyć. Z okien mojej sypialni widziałem wlot alei Szucha, głównej kwatery Gestapo, widziałem dzień w dzień maszerujących po placu Unii Lubelskiej gestapowców w czapach z trupimi czaszkami. Niektórzy z nich mieszkali w naszym budynku, z którego systematycznie wysiedlano Polaków. Widziałem też z tego samego okna pożary getta warszawskiego, to znaczy głównie kłęby czarnych dymów i tysiące zwęglonych unoszących się w powietrzu papierów, z których niejeden przylepiał się do szyb naszych okien, mokrych po deszczu. Pamiętam Zbyszka Mokrackiego, którego przygarnęła moja matka. Dopiero po naszym powstaniu 1944 dowiedziałem się, że był sierotą, Żydem.

Pamiętam, że zamknięte były dla nas, Polaków, moje ukochane, pobliskie Łazienki z łabędziami, które przed wojną karmiłem. Pozostał tylko Ogródek Jordanowski na tyłach b. Ministerstwa Obrony, nad wejściem do którego widniał jeszcze nie zamazany napis „ Bóg, Honor i Ojczyzna”. Byłem też świadkiem kilku łapanek, m.in. w Alejach Ujazdowskich. W drugiej połowie 1943 roku byłem już w Wilanowie i tam dopiero zostałem „Zawiszakiem”.

[Najmłodszą grupę Szarych Szeregów stanowili „Zawiszacy” (12-14 lat), kolejnymi grupami były Bojowe Szkoły (BS; 15-17 lat) oraz Grupy Szturmowe (GS; powyżej 18 lat)].

Gdy przenieśliśmy się do Wilanowa, życie wydawało się nam tam sielsko-anielskie w porównaniu do Warszawy. Ale nie trwało to długo. Tylko do powstania warszawskiego.

W październiku 1949 roku wraz z kolegą przekroczył pan nielegalnie dwie strzeżone granice – polsko-czechosłowacką i czechosłowacko-niemiecką. We wstępie „Od Autora” napisał pan, że po kilku dniach pobytu w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec uświadomił pan sobie, że Anders nie powróci do Polski na białym koniu. Pisze pan, że „utrata złudzeń była bolesna”.

Tak, bo na Zachodzie poznałem dość szybko rzeczywistość, dowiedziałem się prawdy o Jałcie, o tym, że nas sprzedano, że nie ma już polskiego wojska, które mogłoby powrócić do kraju. Ale będąc jeszcze w Polsce – jak napisałem – myślałem przede wszystkim o dostaniu się do wojska polskiego na Zachodzie, powrocie z nim do Polski i rozprawieniu się z komunistami. Wtedy jeszcze wielu z nas, nie tylko młodych, wierzyło, że bohaterski Drugi Korpus gen. Andersa wyzwoli Polskę przy pomocy aliantów. Więc dla nas było to wielkie rozczarowanie, ale na szczęście, jak piszę w książce, praca w rozgłośniach Wolnej Europy i Głosu Ameryki zastąpiła mi wojsko polskie i w końcu przyczyniłem się nieco do odzyskania po wielu latach wolnej i niepodległej Polski.

W swojej książce pisze pan fascynująco o ucieczce z Polski. Niektóre sceny są jak filmu…

Mówiła mi to już niejedna osoba. Opis ten powstał na podstawie notatek porobionych w zaledwie kilka miesięcy po ucieczce w roku 1949. Może dlatego jest tak żywy. Kilka osób – w tym młody, 21-letni Polak – pisało mi, że rozdział ten czytało „z zapartym tchem”. Miło mi z tego powodu.

Pisze pan o powojennej (październik 1949) Pradze, podkreśla, że Czesi są weseli, przyjacielscy, szczęśliwi. Zapewne powodem tej różnicy była ich piękna niezniszczona wojną stolica, gdzie kwitły kawiarnie, świeciły setki różnokolorowych neonów, gdzie miasto żyło. Panu i pana koledze bardzo pomogła zaprzyjaźniona rodzina Horice. Czy podtrzymał pan kontakt z nimi przez kolejne lata? Jak ułożyła sobie życie Haniczka?

Tak, to piękne miasto oczarowało nas. Mnie nie po raz pierwszy, bo byłem w Pradze, również nielegalnie, już w roku 1947. Wówczas, po zrujnowanej Warszawie, sądziłem, że znalazłem się w Krainie Czarów… Zastanawiałem się, jak piękne muszą być inne miasta na Zachodzie.

Z rodziną państwa Horice nie utrzymywałem kontaktu w czasach komunistycznych i mojej pracy w RP RWE. Nie chciałem ich narażać. To oczywiste. Odwiedziła ich natomiast moja matka podczas zjazdu stomatologów w Pradze, w którym uczestniczyła. Adres dostała zapewne od Andrzeja, mego bratanka, z którym – jak już wspomniałem – byłem również nielegalnie w Pradze podczas międzynarodowego zjazdu Młodzieży Demokratycznej, co pomogło nam uniknąć aresztowania, gdy zatrzymani przez patrol policji przekonaliśmy ich, że jesteśmy uczestnikami zjazdu. Pierwszego dnia odciąłem z rękawa koszuli harcerskiej warszawską Syrenkę i wymieniłem ją na okolicznościowy znaczek Młodzieży Demokratycznej, którym się wylegitymowaliśmy policjantom czeskim.

Państwo Horice na pewno już dziś nie żyją. Gdy byłem w Polsce z żoną w roku 2003, pojechaliśmy z Polanicy do Pragi czeskiej na jeden dzień. Odnalazłem bez trudu i pokazałem jej gościnny dom rodziny Horice przy Hussova 21. Ale po nich nie było ani śladu. Dziennikarz z tygodnika „Do Rzeczy”, który ma przyjaciół w Pradze, ma zamiar „z własnej inicjatywy” odszukać Haniczkę! Zapewne… 90-latkę. Jeśli ją odszukam, napiszę pani, jak ułożyła sobie życie.

Popularna książka Jana Nowaka-Jeziorańskiego „Kurier z Warszawy” czy „Wojna w eterze” cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Pana książka jest ich szczególnym uzupełnieniem, ale jest inna. Nie wspomina pan o konfliktach między pracownikami Rozgłośni, nie zdradza sekretów. Jest napisana powściągliwie. Wcześniej o pracy w obu rozgłośniach pisze pan w eseju „Autoportret zbiorowy. Wspomnienia dziennikarzy polskich na emigracji z lat 1945-2002” (red. Wiesława Piątkowska-Stepaniak, wyd. Opole 2003). Szkoda, że go pan (z podaniem w przypisie pierwodruku) nie przytoczył.

Na pewno nie jest uzupełnieniem „Kuriera z Warszawy”, jeśli już, to skromnym dodatkiem do „Wojny w eterze”. Moja książka nie miała być szczegółową autobiografią, którą może zanudziłbym czytelnika. Ona zawiera najważniejsze moje własne przeżycia, którymi postanowiłem podzielić się z czytelnikami. Natomiast moje obszerne wspomnienia dziennikarskie, czyli lata pracy w Wolnej Europie i Głosie Ameryki, zawarte są we wspomnianym przez panią „Autoportrecie zbiorowym”, wydanym przez Uniwersytet Opolski w roku 2003. Tam piszę „umiarkowanie” również o konfliktach, w tym o moim własnym nawet z dyrektorem Nowakiem, który był moim mentorem, a potem stał się bliskim przyjacielem. Ale sensacji nigdy nie szukałem i nie szukam, choć mógłbym zapewne napisać jakiś „dreszczowiec” czy bardzo pikantną książkę i „obsmarować” nieżyjących już ludzi, moich byłych współpracowników czy znajomych. Tego się jednak nikt nie doczeka. Z tych samych powodów nie będę pisać ani mówić o moim własnym prywatnym życiu, które zastrzeżone jest tylko dla najbliższych mi osób. Wiem, że byli i są ludzie, nawet wielcy – jak Kazimierz Wierzyński – którzy z rozkoszą zamieniliby się w pluskwę i obserwowali ludzi spod prześcieradła, by zaspokoić swoją ciekawość. Wierzyński nie miał oczywiście złych zamiarów, był tylko wszystkiego niezmiernie ciekaw. Proszę mi wierzyć, że o tej pluskwie tak mi dokładnie mówił w moim pokoju radiowym na 25. piętrze, przy Park Avenue numer 2, na nowojorskim Manhattanie.

Z zasady unikam raczej ludzi zbyt ciekawskich, bo na ogół ich podchwytliwe pytania do niczego dobrego – moim zdaniem – nie prowadzą, a przypominają mi nieco jakieś niemiłe przesłuchania. I wiem coś o tym, bo gdy żyłem w radiowym getcie w Monachium, mając 20 lat, takie właśnie „pluskiewki” mieszkające na parterze budynków służbowych interesowały się życiem nie tylko młodych ludzi, siedziały przy oknach i obserwowały, kto z kim wieczorami wchodzi czy wychodzi, a po takich rekonesansach „politycznie niepoprawnych”, jakby to dziś niektórzy nazwali, potrafiły niejednemu młodemu człowiekowi skomplikować życie.

Przywołał pan nieznaną stronę Jana Nowaka-Jeziorańskiego, głęboko wierzącego, który mówił, że wiele zawdzięcza „czarnej Madonnie”. Jako 12-letni chłopiec modlił się, by „coś dla Polski zrobić”. Przyjaźń między panami zaowocowała tak ładnie, że (jak czytam w Wikipedii) wyznaczył pana jako wykonawcę swojego testamentu. Proszę przypomnieć, gdzie są archiwa Jana Nowaka i co się dobrego z nimi dzieje.

Jestem współwykonawcą testamentu Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Drugim jest mecenas Jacek Taylor. Ja załatwiałem głównie sprawy od strony amerykańskiej, on zaś od strony polskiej. Oczywiście sam „królewski”, dosłownie, pogrzeb (JNJ pochowany został w trumnie przeznaczonej dla króla Stasia), miał całkowitą pomoc najwyższych władz państwowych i kościelnych. Archiwa Nowaka-Jeziorańskiego tzw. radiowe znajdują się w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich we Wrocławiu i – zgodnie z umową – Wydawnictwo Ossolineum powinno co roku, najwyżej co dwa lata, opracować i wydać jakąś książkę na podstawie tych dokumentów. Dotychczas były to głównie korespondencje Jana Nowaka-Jeziorańskiego z wybitnymi osobistościami na emigracji i politykami. A więc m.in. wydano już jego korespondencję z Jerzym Giedroyciem, prof. Zbigniewem Brzezińskim, a także zbiór dokumentów pod nazwą „Polska droga do NATO”. Są tam też teczki o takich tytułach, jak „Kukliński”, „Jaruzelski”, „Józef Mackiewicz”, „Moskal i stosunki z Żydami” itd. Terminy nie zawsze są dotrzymywane z różnych powodów. Pilnuje ich mec. Taylor, kurator Ossolineum, a i ja, będąc w Polsce, staram się „popychać” te sprawy w rozmowach z bardzo zasłużonym dyrektorem Ossolineum Adolfem Juzwenko.

Ostatni rozdział, zatytułowany „Morały…”, w którym pisze pan: „Gdyby ktoś mnie spytał, czy warto opuścić Polskę i zamieszkać na stałe w innym kraju, odpowiedziałbym bez wahania: nie radzę tym wszystkim, szczególnie młodym, którym Polska jest bliska i którzy dumni są ze swojej polskości. (…) Porzucenie własnego kraju z takich czy innych przyczyn i wtopienie się w obce środowisko pociąga za sobą poważne i często bolesne konsekwencje. I to nawet w czasach, kiedy już nikt nie jest odcięty od kraju żelazną kurtyną i nie ma utrudnionych kontaktów z Macierzą. A to przede wszystkim dlatego, że asymilacja chciana czy niechciana, robi z każdym kolejnym pokoleniem emigrantów coraz większe postępy i w końcu, szczególnie takie demokracje, jak Stany Zjednoczone, Kanada czy Australia, „pożerają” niemal całkowicie nasze dzieci i wnuki. (…) Stają się członkami obcej ich przodkom wspólnoty narodowej… I zazwyczaj upodobniają do ludzi, których kultura jest na ogół znacznie łatwiejsza do przyswojenia niż „stara” europejska”. To końcowe stwierdzenie w pana książce wydało mi się niemal zaskakujące, bo wcześniej nie pisze pan… o uczuciach, o tęsknocie, wahaniach, żalu… Nie pisze pan wiele o swojej rodzinie, nie dzieli się pan swoimi prywatnymi myślami.

Tak, niewątpliwie – szczególnie dla młodych – łatwiejsza do przyswojenia jest kultura „młoda” niż „stara”, europejska. Ale nie całkiem się zgadzam, że o uczuciach nic nie piszę. Wrażliwi czytelnicy mogą sobie dopowiedzieć, jakie snuły się mi się myśli, gdy w pierwsze Boże Narodzenie, a więc w zaledwie dwa miesiące po ucieczce, chodziłem podczas mroźnej nocy z karabinem na ramieniu, pilnując amerykańskich składów wojskowych. To pierwsze poza domem rodzinnym Boże Narodzenie było dla mnie najboleśniejsze. Dosłownie ledwo je przeżyłem – jak napisałem w „Autoportrecie zbiorowym”. Są i inne miejsca. Ogólnie – nie miałem zamiaru „wywnętrzać się” czytelnikowi. Nie po to napisałem tę książkę.


Wspomnienia Marka Walickiego „Z Polski Ludowej do Wolnej Europy” składają się z dwóch części. W pierwszej opisuje swoje przeżycia od dzieciństwa przez okupację, lata instalowania komunizmu w Polsce, ucieczkę i kolejne etapy życia na Zachodzie. Część druga to opowieści o przyjaciołach, wybitnych Polakach: Janie Nowaku-Jeziorańskim, Zofii Korbońskiej, Zdzisławie Najderze, Zbigniewie Herbercie, Juliuszu Poniatowskim i Hilarym Krzysztofiaku

Ostatni rozdział to są morały i każdy czytelnik będzie je zapewne inaczej odbierać. Wielu jest takich, którzy chcą za wszelką cenę „wyrwać się – jak mówią i piszą – z nienormalnej” Polski, asymilować na siłę w innym, wyidealizowanym przez nich kraju, ale nie zastanawiają się nad konsekwencjami. Więc jest to dla nich delikatne ostrzeżenie. Ja też myślałem o polskim wojsku i… bardzo szybko się rozczarowałem…

Pana książka jest starannie wydana, ma ładną okładkę, czytelną czcionkę. Jest to ważny dokument czasów, o których jakby nigdy za mało wspomnień i lektur. Przywoływane są nazwiska wielu znanych i mniej znanych ludzi z Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki. Może szkoda, że w indeksie nazwisk, lub na końcu w przypisach, nie dodano zdania-dwóch na temat osób, które zapisały się między innymi jako pracownicy obu rozgłośni. Nie znam większości przywoływanych osób.

Ma pani rację. Przydałyby się przypisy, przynajmniej do mniej znanych nazwisk. Częściowo je teraz przygotowałem. Brak noty z podziękowaniami, jak również pisma Ministerstwa Oświaty z roku 1950, w którym dyrektorka „Platerówki”, mojej „budy”, dr Emilia Szteinbokówna przeniesiona została w „stan spoczynku” za „nieodpowiednie nastawienie młodzieży i grona nauczycielskiego pod względem ideowym”. Pretekstem do podjęcia takiej decyzji była niewątpliwie ucieczka jej uczniów na Zachód. Pismo to – moim zdaniem – jest perełką odzwierciedlającą, jakie to były czasy. Czasy, o których rzadko kto ma jeszcze dziś jakie takie pojęcie. Może się te uzupełnienia doda w drugim wydaniu, ale obawiam się, że mnie na tym świecie już nie będzie.

Mój ojciec słuchał Wolnej Europy, pamiętam, jak szukał odpowiedniej stacji, bo były zagłuszane. Jako uczennica słuchałam audycji „Rendez-vous o 6:10”, gdzie nadawano piosenki. Pamiętam nazwiska prowadzących: Jan Tyszkiewicz, Janusz Hewell, Barbara Nawratowicz. Podawano adresy, pod które można było wysyłać listy – prośbę o ulubione przeboje. Podawano wciąż nowe adresy, pod które można było wysyłać listy (zwykle adres londyński lub paryski). Gdy się szybko wysłało, to list dochodził. Ja też wysłałam kilka – dwa razy nadano mi piosenki. Otóż – mimo że nie podawałam adresu ani nazwiska, panowie z UB przechwycili moje listy. Byłam nieletnia, więc z ojcem wezwano nas na UB, gdzie ojciec dostał reprymendę „jak wychowuje córkę”. Nie wiem, jak oni doszli do ustalenia mojej tożsamości. Piszę o tym incydencie w książce „Ulica Żółwiego Strumienia” i Jan Nowak-Jeziorański po jej lekturze napisał do mnie ładny list. Która audycja była pana ulubioną?

W pierwszym okresie, gdy pracowałem w Monachium, w Głosie Wolnej Polski, a nawet jeszcze przedtem, słuchałem z zapałem takich audycji młodzieżowych, jak „Rzeczpospolita młodych”, „Przyjaciele z tamtej strony” i „Orlęta”, prowadzonych przeważnie przez Tadeusza Olsztyńskiego, czyli – jak później się dowiedziałem – Tadeusza Nowakowskiego, no i oczywiście dziennika i komentarzy.

Brałem udział w audycji „Na szlaku historii”, która powstała z mojej inicjatywy i w której porównywaliśmy przedwojenny podręcznik historii Polski z podręcznikami powojennymi, w których pewne fakty historyczne były pominięte albo celowo spaczone przez władze Polski ludowej.

Potem, już w Nowym Jorku, związany byłem głównie z Panoramą Dnia, do której przesyłałem niemal codziennie wstawki, tzw. migawki. Specjalizowałem się też w popularyzacji wiedzy, śledziłem wszystkie amerykańskie misje kosmiczne, zarówno załogowe, jak i międzyplanetarne, donosiłem o najnowszych wynalazkach. To nie była łatwa praca, bo popularyzacja wiedzy, skomplikowanych działań takich czy innych pojazdów, rakiet czy instrumentów jest raczej czasochłonna w porównaniu – jak się potem przekonałem – do relacjonowania wydarzeń politycznych, gdzie wiele rzeczy w kółko się powtarza, jak na przykład, bliskowschodni proces pokojowy, a zmieniają – tylko od czasu do czasu – nazwiska zaangażowanych polityków.

ROZMAWIAŁA ALEKSANDRA ZIÓŁKOWSKA-BOEHM

Wywiad ukazał się w „Odrze”, nr 6, 2019