Raport Nowego Dziennika: Jaka jest nasza wiara?

172

Jestem katolikiem – deklaruje 92 proc. rodaków mieszkających w Polsce. Do kościoła regularnie uczęszcza niespełna połowa z nich. Jak jest na emigracji? Bardzo podobnie. Większość z nas uważa się za katolików i większość z nas w kościele bywa tylko od czasu od czasu. W środę (10 lutego) rozpoczyna się Wielki Post – to dobry moment, by zastanowić się nad swoją religijnością.

“W Środę Popielcową w kościele pojawiają się tłumy wiernych, mimo że nie jest to dzień, w którym obowiązkowo winno się uczestniczyć we mszy świętej. Mimo to część osób uważa, że musi za wszelką cenę przybyć do kościoła, po popiół. Za to kilka dni później, w niedzielę, kiedy należy być na nabożeństwie, zobaczę puste ławki – mówi jeden z polonijnych księży, pełniący posługę w metropolii nowojorskiej. – Tak już jest, że mieszkając na emigracji trochę zapominamy o Kościele” – dodaje duszpasterz.

W Polsce liczeniem wiernych zajmuje się Episkopat. To na jego zlecenie Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego kieruje do parafii poprzez kurie diecezjalne kwestionariusz, w którym prosi proboszczów o przeprowadzenie w określoną niedzielę zliczania wiernych obecnych i przystępujących do komunii świętej na każdej mszy. Z danych przedstawionych przez Instytut wynika, że od początku lat 90. obserwuje się, z roku na rok, niewielki, ale systematyczny spadek uczestników niedzielnych mszy. W ub. roku tylko 39 proc. katolików regularnie przychodziło do kościoła. Jeszcze mniej uczestniczy w niedzielnych mszach świętych tych, którzy żyją na emigracji. “Moim zdaniem w metropolii nowojorskiej procentowa liczba osób praktykujących wiarę katolicką jest, wbrew pozorom, dużo niższa niż w Polsce. W Nowym Jorku ten odsetek wynosi od 15 do 17 procent całej Polonii – zdradza anonimowo jeden z kapłanów. – I tak uważam, że moje obliczenia są trochę zawyżone”.

Podobnie szacują inni polonijni księża. Ogólnych danych dotyczących liczby wiernych polskiego pochodzenia w metropolii nowojorskiej nie ma. Przynajmniej na razie. Jak wyjaśnia w rozmowie z “Nowym Dziennikiem” ks. Grzegorz Stasiak, koordynator Posługi Duszpasterskiej dla Polskich Imigrantów (byłego Polskiego Apostolatu), nikt do tej pory takich dokładnych obliczeń nie robił, mimo że w niektórych parafiach proboszczowie starają się w jakiś sposób szacować liczbę wiernych. “Dwa razy w roku przeprowadzamy tzw. liczenie osób uczęszczających na msze święte, ale dane te nie są do końca miarodajne. Bardzo dużo ludzi nie jest zarejestrowanych w kościołach, w których się modli” – podkreśla ks. Grzegorz Stasiak. – Szacuje się, że są to dwie trzecie wiernych uczęszczających na niedzielne msze św. Tymczasem kartoteki, które są w parafiach, dotyczą z reguły osób, które albo zapisały się do nich już dawno temu i na przykład nie żyją, albo potrzebują jakichś sakramentów lub zaświadczeń. Pozostali nie czują potrzeby rejestracji, mimo że cały czas apelujemy: zapisujcie się do swoich parafii” – mówi ks. Stasiak. Wtedy byłoby łatwiej stwierdzić, ile tak naprawdę osób uczestniczy w życiu kościoła w danej dzielnicy.

“POLACY URATOWALI KOŚCIÓŁ”

Na początku stycznia takie informacje przedstawił w biuletynie ks. Andrzej Kurowski, proboszcz parafii św. Franciszki de Chantal z Borough Parku na Brooklynie. Wynika z nich, że przeciętna liczba uczestniczących we wszystkich weekendowych mszach świętych (także w języku angielskim) wyniosła tu w ub. roku nieco ponad 1180 osób. To o wiele mniej niż jeszcze kilkanaście lat temu. “Kiedy liczyliśmy wiernych w 2001 czy w 2003 roku, to w weekend było nawet 2300 wiernych. Teraz, kiedy liczymy, to jest 1100-1200 osób, czyli o połowę mniej ludzi jest w kościele. Z czego to wynika? Przede wszystkim wielu Polaków, którzy mieszkali na Borough Parku, znalazło nowe domy w innych częściach miasta. Część wróciła do Polski. Coraz mniej osób przyjeżdża także typowo na zarobek, tak jak działo się to jeszcze kilkanaście lat temu” – wylicza ksiądz proboszcz. Parafię przejął pod koniec lat 90. Wtedy był to typowo amerykański kościół i wtedy też na amerykańskich mszach świętych w weekend uczestniczyło w sumie niespełna 200 osób. Zdarzało się więc, że na jednym nabożeństwie w niedzielę było tylko 20-30 osób. “Do tej pory starsi Amerykanie, którzy jeszcze tutaj mieszkają, mówią, że Polacy uratowali ten kościół. Zresztą właśnie w tym celu przejęliśmy tę parafię. Pamiętam, jak na pasterce czy podczas uroczystości wielkanocnych było tylu wiernych, że część nie mieściła się w środku i musiała stać na chodniku przed kościołem. Teraz, za kilka tygodni, podczas Wielkanocy, też pewnie nie będzie wolnych miejsc, ale na pewno będzie nas o wiele mniej niż kiedyś” – przyznaje ksiądz proboszcz.

Mniejsza liczba wiernych to większa walka o utrzymanie kościoła. Chodzi na przykład o rachunki, na które poszczególni proboszczowie jakoś muszą znaleźć pieniądze. W kościele na Borough Parku roczne opłaty liczone są w dziesiątkach tysięcy dolarów. Roczny rachunek tylko za energię elektryczną wynosi ok. 70 tys. dolarów. Do tego dochodzi m.in. ubezpieczenie czy opłata za wodę. Tymczasem średnia wysokość niedzielnej tacy to 3750 dol. “Trzeba się czasem nagłowić, ale na razie jeszcze sobie jakoś radzimy, a co będzie na przykład za pięć czy dziesięć lat? Nie wiem. Mam cichą  nadzieje, że Polacy z powrotem przeprowadzą się na Borough Park” – przyznaje ks. Kurowski. Zwraca też uwagę, że część osób, mimo że deklaruje się jako katolicy, nie jest zbyt religijna, a co za tym idzie – nie uczestniczy na przykład w niedzielnych mszach świętych. “Przed nami jest spowiedź wielkopostna, pewnie jak zawsze w kościele licznie pojawią się wierni, ale wiele z tych twarzy zobaczę po raz pierwszy, czasem tak się zastanawiamy z innymi księżmi, gdzie ci ludzie byli przez cały rok i czy kolejny raz zobaczymy ich dopiero za 12 miesięcy?”.

“KURCZYMY SIĘ”

Podobnymi spostrzeżeniami w rozmowie z “Nowym Dziennikiem” dzieli się na przykład ks. Marek Sobczak, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki na Greenpoincie. “W roku 2008 co tydzień na mszy św. było jeszcze ponad 4000 osób. Teraz jest 2100, czyli o połowę mniej. Powodów jest mnóstwo: częściowo większa oziębłość religijna u ludzi; pyszne rozumowanie, że sam sobie dam radę, skoro mam pieniądze – po co mi Bóg; brak czasu, bo trzeba dużo pracować, aby były pieniądze na coraz więcej rachunków; płytka motywacja, że ani Kościół, ani ksiądz nie są mi do niczego potrzebni, z Bogiem poradzę sobie sam; argumenty, że księża też nie są perfekcyjni, były skandale z nimi, po co ja mam się starać…” – wylicza proboszcz i, podobnie jak ks. Kurowski, wspomina też o migracji wiernych.

Uznana za oazę polskości dzielnica Greenpoint coraz częściej wybierana jest przez młodych Amerykanów, a oni raczej nie słyną z dbania o religijność. “Ludzie wyjeżdżają stąd, bo jest tutaj za drogo, albo nawet wracają do Polski, bo nie stać ich na godną starość ze względu na niską emeryturę” – wyjaśnia ks. Sobczak. Zauważa też, że młoda Polonia zdecydowanie bardziej asymiluje się w środowisku amerykańskim. “Nowe rodziny, współcześnie przyjeżdżające do Stanów i do Nowego Jorku, nie muszą już szukać 'polskiego sąsiedztwa', znają język i potrafią sobie radzić w każdym miejscu i w każdej sytuacji. Nie muszą liczyć na pomoc polskich instytucji. Może nie modlą się w języku angielskim, ale na pewno wielu Polaków uczęszcza do amerykańskich kościołów. Szkoda, że tak się dzieje, bo nasze skarby, dziedzictwo otrzymane od Polaków wielu pokoleń powoli zanika” – konkluduje ks. Marek Sobczak.

Sam też stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, co się dzieje z polskimi wiernymi, dlaczego część z nich nie interesuje się Kościołem i nie bierze udziału w życiu poszczególnych parafii. “Kwestia wiary to sprawa bardzo indywidualna i trudno to oceniać obiektywnie – podkreśla kapłan. – Są Polacy, dla których wiara jest bardzo ważnym elementem codzienności. Są nie tylko wychowani w wierze, ale mają świadomość obecności Boga w ich życiu. Kochają Boga i ta miłość ich motywuje do dobrego życia, do praktykowania swojej wiary poprzez, na przykład, troskę o religijne wychowanie dzieci. Są też ludzie, którzy 'wierzą w Boga, ale do kościoła nie muszą chodzić' – jak sami mówią. Znajdują każdy powód, aby faktycznie omijać świątynię. Ale to świadczy tylko o płytkości wiary lub jej braku. To tak, jakby będąc głodnym czytało się menu na drzwiach restauracji – wyjaśnia ks. proboszcz. – Wiara w nas maleje właśnie poprzez brak pogłębiania miłości do Boga. To samo, co się dzieje w przyjaźniach, które wygasają, gdy się znudzą, w małżeństwach, gdzie wypali się miłość i przychodzą rozwody, w umiejętności posługiwania się wiedzą, której się nie utrwala itd.” – twierdzi ks. Marek Sobczak.

NIE CHCĄ LUB BOJĄ SIĘ ZAREJESTROWAĆ

Wielu Polaków, którzy przez lata mieszkali na Greenpoincie, swój nowy dom znalazło na Ridgewood. Teraz to ta okolica powoli wyrasta na nową “biało-czerwoną” dzielnicę i to tu wierni poszukali nowych kościołów. Nie ma jednej, zdecydowanie polskiej parafii. Naszych rodaków można zobaczyć na nabożeństwach odprawianych zarówno w kościele Matki Bożej Cudownego Medalika, św. Alojzego, jak i św. Macieja. “Rozmawiając z parafianami podczas wizyt kolędowych słyszę, że najczęściej są to osoby, które przeprowadziły się tutaj właśnie z Greenpointu” – wyjaśnia ks. Daniel Rajski, wikary kościoła św. Macieja. Efekt? Kiedyś w kościele, w którym służy, po polsku odprawiana była tylko jedna msza św., a obecnie są dwie – jedna w sobotę wieczorem, druga w niedzielę rano. “Na polską mszę św. w sobotę wieczorem przychodzi około 200 osób, natomiast w niedzielę rano w kościele pojawia się około 600 – zdradza ks. Daniel Rajski. – Polacy pojawiają się także na mszy w piątek po południu oraz odprawianych po angielsku w niedzielę”. W sumie liczba Polaków w tej parafii szacowana jest na około 1000 osób, czyli zaledwie 300 więcej niż na Borough Parku. Niestety, podobnie jak w innych parafiach, tych zarejestrowanych jest o wiele mniej. “Ludzie tłumaczą się, że nie chcą się zapisywać, ponieważ planują powrót do Polski lub przeprowadzkę do innej dzielnicy albo zwyczajnie boją się ‘ujawnić’, bo są tutaj nielegalnie” – tłumaczy ks. Rajski.

NAJWIĘCEJ WIERNYCH W “PARAFII BISKUPIEJ”

Do największych polskich parafii w metropolii nowojorskiej należy kościół św. Krzyża na Maspeth. Skupia on 1500 zarejestrowanych polskich rodzin, stanowiących grupę około 4600 wiernych, którzy zdeklarowali swoją przynależność do tej świątyni. Działa tu również przykościelna szkoła, do której uczęszcza najwięcej, bo ponad pół tysiąca uczniów. Parafia ta jest także obecnie miejscem szczególnym jeszcze z innego powodu – bywa nazywana “parafią biskupią”, ponieważ jej proboszczem jest ks. bp Witold Mroziewski, od pewnego czasu pełniący funkcję biskupa pomocniczego w diecezji brooklyńskiej. Z kolei najstarszą polską parafią w Nowym Jorku jest kościół św. Stanisława i Biskupa Męczennika na Manhattanie. Tu też, jak praktycznie przy każdym polskim kościele, działa polska szkoła, w której uczy się ok. 130 dzieci. Rodzice przywożą je nie tylko z Manhattanu, ale także z Queensu, Brooklynu, Long Island oraz stanów Connecticut i New Jersey. Z kolei na niedzielnych mszach świętych regularnie modli się ok. 350 osób. To i tak więcej niż jeszcze kilka lat temu, ale o wiele mniej niż na przykład pod koniec lat 90. W sumie w Nowym Jorku, jak szacują polonijni księża, w niedziele odprawianych jest ok. 30 nabożeństw w języku polskim, nie tylko w kościołach prowadzonych przez polskich księży.

“WIELE ZALEŻY TEŻ OD DUSZPASTERZA”

W archidiecezji Newark na 217 parafii w 16 odbywają się regularnie nabożeństwa w naszym języku. “Dwadzieścia lat temu było ich 17 – msza św. w języku polskim została wycofana w kościele Our Lady of Częstochowa w Jersey City, bo liczba wiernych posługujących się tym językiem znacznie zmalała” – podaje biuro prasowe archidiecezji Newark. Z kościelnych statystyk wynika też, że w ciągu ostatnich 20 lat, mimo napływu Polaków w te rejony, na przykład z Brooklynu czy Queensu, i tak zmniejszyła się liczba osób biorących udział w polskich mszach św. w kościołach należących do wspomnianej archidiecezji. Kiedyś było to ponad 7 tys. osób, teraz – niewiele ponad 6 tys.

W tym samym czasie ogólna liczba wiernych uczęszczających na msze (w różnych językach) w parafiach polskich również spadła z prawie 17 tys. do niespełna 13 tys. “Moim zdaniem ten trend związany jest z dzisiejszym światem, który nas pochłania: podwójna praca, zajęcia w domu, dzieci, współczesne społeczeństwo, które jest skoncentrowane na sobie i usprawiedliwia się, jeśli chodzi o sprawy związane z religią i Kościołem. Z drugiej strony mało mamy przygotowania religijnego, takiego wyniesionego z domu, mały zasób wiedzy religijnej. Chodzenie na zajęcia z religii kończy się w szkole podstawowej” – uważa ks. dr Andrzej Ostaszewski, proboszcz parafii św. Kazimierza w Newarku. Nie ukrywa, że wielką rolę w jednoczeniu wiernych wokół danej parafii odgrywa duszpasterz. “Moja praca jako księdza polega na tym, aby przyciągnąć ludzi do kościoła. Umiejętność dotarcia do tych, którzy mają tę wewnętrzną potrzebę wiary, ale nie mają przygotowania wyniesionego z dzieciństwa, przynosi rezultaty” – mówi ks. Ostaszewski. Gdy obejmował parafię św. Kazimierza, groziło jej nawet zamknięcie albo połączenie z inną, niepolską. Teraz jednak ks. Ostaszewski z dumą mówi, że wiernych w kościele jest coraz więcej, Polaków i Amerykanów. Na dwóch mszach niedzielnych: polskiej i amerykańskiej jest 700-800 osób. W ostatniej pasterce uczestniczyło ich około 1000. “Nigdy jeszcze tak dużo wiernych nie było na jednej mszy” – twierdzi kapłan, dodając, że do jego parafii przyjeżdżają wierni z daleka, a z 200 rodzin na początku jego kadencji teraz zarejestrowanych jest 650. “Ze wszystkich 16 parafii polskich w archidiecezji Newark nasza parafia jest na 6. miejscu pod względem liczebności. Staram się, aby muzyka i kazania były dobre. Zapraszamy księży z naukami, jak np. w jedną z ostatnich niedziel mieliśmy księdza z Syberii” – mówi ks. Ostaszewski.

NOWY JORK TRACI, ZYSKUJE NEW JERSEY?

W parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Linden, NJ, którą od kilku lat prowadzi ks. kanonik Mirosław Król, kustosz sanktuarium św. Jana Pawła II, jest obecnie zarejestrowanych 1500 rodzin; ponad połowa z nich to Polacy. “Oprócz tego wśród naszych parafian są dzieci i wnuki imigrantów z Polski, które mimo że urodziły się już w USA, to nadal utożsamiają się z pochodzeniem przodków i całym sercem uczestniczą w życiu parafii” – mówi kapłan. W styczniu na jednej z ostatnich niedzielnych mszy wierni modlili się na przykład w intencji Stelli Repmann, z okazji jej 96. urodzin. To najstarsza parafianka, która pamięta jeszcze księdza Edwarda Kozłowskiego, założyciela parafii. “Jej rodzice, którzy z Polski wyemigrowali już bardzo dawno temu, uczestniczyli w budowie kościoła. Pani Stella jeszcze trochę mówi po polsku, córka i syn już nie, ale czują się Polakami i regularnie, co niedziela, przychodzą do kościoła. To jest ich świątynia. Takie przywiązanie do korzeni i parafii jest dla nas, duszpasterzy, bardzo budujące” – podkreśla ks. Król. Przypomina sobie też, że na jednym ze spotkań z kapłanami z diecezji brooklyńskiej ktoś zauważył, że parafie na Brooklynie i pewnie po części na Queensie to parafie przechodnie. “Imigranci się tam osiedlają zaraz po przyjeździe, i to nie chodzi tylko o Polaków, ale też i inne nacje. Potem, jak staną na nogi, kupują domy – często poza miastem – i wyprowadzają się z Nowego Jorku. W nowym miejscu część znajduje też i nowy kościół” – dzieli się spostrzeżeniami ks. proboszcz i dodaje, że taki trend widać na przykład w parafii w Linden. “W ubiegłym roku zarejestrowaliśmy 68 rodzin – nowych parafian – wśród nich bardzo wiele wcześniej należało do któregoś z kościołów diecezji brooklyńskiej” – mówi ks. Król. W ciągu ostatnich kilkunastu lat wielu Polaków osiedliło się nie tylko w Linden, ale też na przykład w Colonii czy Cranford. “Kiedyś kapłani z mojej parafii w jeden dzień odbywali kolędę w tych dwóch miasteczkach. Teraz dwa dni brakuje na jedno” – przyznaje ks. Król.

“JEST NAS MNIEJ, ALE WIERZYMY TAK SAMO”

Generalizowanie zjawiska i twierdzenie, że w każdej parafii drastycznie spada liczba wiernych albo że powodem jest wyłącznie zanik wiary czy “religijne zaniedbanie”, jest często krzywdzące. Nawet w tych dzielnicach, w których z powodu, na przykład, przeprowadzki zmalała liczba osób regularnie uczestniczących w życiu kościoła, organizowanych jest wiele ważnych wydarzeń. Przykładem może być wspomniana na początku parafia św. Franciszki de Chantal z Brooklynu. Od kilku lat w Wielki Piątek na ulicach Borough Parku organizowana jest Droga Krzyżowa. Bierze w niej udział nawet 2 tys. osób. “Nasi wierni wywodzą się głównie z Podkarpacia, a potem z Podlasia, województwa lubelskiego oraz innych regionów. Procesje Drogi Krzyżowej były rzeczywistym przejawem ich wiary od dzieciństwa, a więc chcieli je przeżywać także na amerykańskiej ziemi, gdzie przyszło im mieszkać. Ja tylko wysłuchałem ich głosów i rękę przyłożyłem” – mówi ks. proboszcz Andrzej Kurowski. Przemarsz procesji to ponad dwie mile i ponad półtorej godziny. Zaczyna się zawsze około 8 wieczorem, po wcześniejszej liturgii. Asystują im radiowozy policyjne, trasa jest wyłączona z ruchu. Na czele marszu niesione są relikwie patronki parafialnej i wielkich rozmiarów krzyż, wykonany przez parafian. Z kolei w 2005 r. przed kościołem stanął jeden z najpiękniejszych, jak uważają polscy wierni, pomnik św. Jana Pawła II. Został on sprowadzony z Krakowa, a jego twórcą był – podobnie jak pomników znajdujących się na Ridgewood i Ozone Park – rzeźbiarz Władysław Dudek. Posąg stoi obok wejścia do kościoła. Oprócz tego w parafii działa kilka grup modlitewnych, jest polska szkoła, w której uczy się ponad 240 uczniów. “Kiedyś parking przed kościołem był pusty, a ciężko było znaleźć wolną ławkę w świątyni, teraz to parking jest pełny, a w kościele puste miejsca. To znak, że wielu parafian wyjechało, ale część z nich wciąż wraca, czując się związana z tym miejscem, i za to jesteśmy im bardzo wdzięczni. Jest nas mniej liczebnie, ale wierzymy tak samo” – podkreśla ks. proboszcz.

JEDYNA TAKA MSZA NA BROOKLYNIE…

Z mniejszą liczbą parafian działa też – ale aktywnie, prawie tak samo jak przed laty – na przykład kościół św. Stanisława Kostki na Greenpoincie. W weekendy wciąż jeszcze jest tam odprawianych sześć mszy św. po polsku. Poza tym w każdą niedzielę dzieci mogą uczestniczyć w specjalnym nabożeństwie skierowanym do najmłodszych. Jest to jedyna taka msza na Brooklynie. “Uczęszcza na nią obecnie ponad 120 dzieci w wieku od 2 do 12 lat. Księża Stanisław Chorągwicki i Grzegorz Markulak mają dla nich specjalne kazanie, często dialogowane z dziećmi, angażują je w liturgię poprzez czytania, modlitwę wiernych, przynoszenie darów do ołtarza, naukę śpiewu. Poza tym dzieci otrzymują od czasu do czasu specjalne 'zadania' do spełnienia w domu. Na mszy świętej pojawiają się pomoce, które pomagają dzieciom zrozumieć treść Ewangelii. Przykładowo, gdy w niedzielę była Ewangelia o cudzie w Kanie Galilejskiej – przed ołtarzem pojawiła się 3-stopowej wysokości stągiew… W przedostatnią niedzielę gościliśmy podczas kazania panią listonosz, która przyniosła dzieciom zaadresowane – w kopertach ze znaczkami – listy od Pana Boga… Była też żywa stajenka betlejemska, a po mszy niedzielnej zabawa w śniegu… Dzieci bardzo lubią tego typu inicjatywy i chętnie 'ciągną' rodziców do kościoła na niedzielną mszę św.” – podkreśla ks. Sobczak. Takich elementów magnetyzujących Polaków i przyciągających ich do kościoła jest w polskich parafiach o wiele więcej.

“Nie ukrywam, że znacznie spadła liczba polskich wiernych, też i dlatego, że wyprowadzili się z Manhattanu, natomiast tym, co pomaga nam w jednoczeniu się tutaj w kościele, jest m.in. polska szkoła, a także liczne organizacje i grupy modlitewne. Myślę, że podobnie jest i w innych parafiach” – tłumaczy na przykład o. Piotr Bednarski, zastępca proboszcza parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika w dzielnicy East Village na Manhattanie. W kościele św. Macieja na Ridgewood po polsku odprawiana była tylko jedna msza św., a obecnie są dwie – jedna w sobotę wieczorem, druga w niedzielę rano. Przy parafii tej bardzo prężnie działają m.in. Róże Żywego Różańca oraz Polonijna Rada Parafialna, która organizuje wiele różnych imprez scalających i jednoczących Polonię z tego regionu, a tym samym przyciągających do kościoła nowych parafian. Podobnie jest z działającą tam Polską Szkołą im. św. Jadwigi Królowej, do której uczęszcza ponad 350 uczniów. Festiwal Kultury Polskiej to już dzieło zapoczątkowane ponad 20 lat temu przez ks. Ryszarda Kopera, proboszcza parafii św. Krzyża na Maspeth. Prócz typowych dla polskich parafii grup modlitewnych, a zwłaszcza Róż Żywego Różańca zarówno dla dorosłych, jak i dzieci, bardzo prężnie działają tam także m.in.: Klub Myśliwski Saint Hubert Hunting and Fishing Club oraz zespoły wokalne Te Deum i Gaudete, bardzo często uświetniające swoimi występami uroczystości kościelne oraz imprezy rozrywkowe organizowane nie tylko przy parafii św. Krzyża.

Chętnie i z dumą o działalności “swoich” wiernych opowiada też m.in. ks. kanonik Mirosław Król z Linden. “Spora grupa parafian działa w różnego rodzaju grupach. Są wśród nich Rycerze Kolumba – pierwszy polski oddział na Wschodnim Wybrzeżu. Ks. Tadeusz Mierzwa dyryguje chórem dla dorosłych Sursum Corda, a w ubiegłą niedzielę na uroczystości pożegnania żłóbka zadebiutował chór dziecięcy – wylicza kapłan. – Co poniedziałek około 50 osób spotyka się w ramach grupy biblijnej. Około 35 dziewczynek należy do grupy Dzieci Maryi – służą do mszy, organizują akcje charytatywne, sprzedaże przedświąteczne, śpiewają na mszach świętych, wyjeżdżają do domów zakonnych, np. do naszych sióstr służebniczek, na przedstawienia do Pensylwanii. To też dzięki tym dzieciom rodzice zżywają się z parafią – podkreśla ks. Król. – Bywa, że to dzieci przyciągają rodziców, to one chcą iść 'do naszego kościoła'. To dla nich w drugą niedzielę miesiąca organizowane są dodatkowe msze dla dzieci”.

W ubiegłym roku przy parafii powstała Polska Szkoła Dokształcająca im. Karola Wojtyły, do której uczęszcza około 130 dzieci młodszych i starszych. “Lubią chodzić do tej szkoły. Jak tak dalej pójdzie, to nasza placówka będzie rosła w siłę. Rodzice są bardzo aktywni, dbają o nią. W sobotę mieliśmy zabawę karnawałową. Szkoła przygotowała też przepiękne jasełka, które obejrzały tłumy ludzi, ledwo się pomieścili w tej sali” – opowiada ks. Król. Przy parafii funkcjonują również grupy Anonimowych Alkoholików – dwie polsko-, dwie angielskojęzyczne; oraz grupa pomagająca uzależnionej młodzieży. “To dobrze świadczy, że ludzie walczą z nałogiem i przy parafii szukają wsparcia. A z drugiej strony są ludzie, którzy służą pomocą”. W polskiej parafii w Linden organizowane są też ośmiotygodniowe sesje wsparcia dla osób będących w żałobie po śmierci kogoś bliskiego. Prowadzone są przez przygotowanych do tego profesjonalistów. Nie można też zapomnieć o Archidiecezjalnym Sanktuarium im. św. Jana Pawła II, które od ponad 2 lat mieści się przy parafii św. Teresy właśnie. To miejsce pielgrzymek – nie tylko społeczności polskiej.

POLACY DBAJĄ NIE TYLKO O “SWOJE” KOŚCIOŁY

Nie sposób wymienić wszystkich aktywności polskich wiernych z metropolii, ale już te przykłady pokazują, że chociaż z roku na rok maleje liczba rodaków regularnie uczestniczących w mszach świętych, to ci, którzy pozostali, dbają o poszczególne kościoły. Nawet jeśli nie jest to typowo polska parafia. Przykładem może być kościół św. Józefa na nowojorskiej Jamaice, który w niedziele odwiedza od 120 do 150 Polaków. Na pasterce odprawianej w języku polskim i na mszy rezurekcyjnej bywa do 200 osób. “Jesteśmy małą polską społecznością, ale działamy odważnie. Poświęcamy swój czas, wykorzystujemy umiejętności, aby jak najlepiej zadbać o nasz kościół. We wrześniu planujemy otworzyć Polską Szkołę im św. Józefa – już trwają zapisy. Od kilku miesięcy działa natomiast dziecięca schola” – wylicza Anna Nikadon, zaangażowana w życie parafii na Jamaice. Warto też wspomnieć o Polskim Narodowym Kościele Katolickim w USA, który jest Kościołem mniejszościowym. “Dlatego nazywa się polski, bo był zorganizowany dla Polaków, którzy byli prześladowani przez Kościół i biskupów z Kościoła rzymskokatolickiego, irlandzkich biskupów, włoskich i niemieckich. Nikt za nimi nie stał. Polacy byli dyskryminowani i dlatego taka nazwa. Mamy też kościół w Polsce, który na początku nosił tę samą nazwę, ale po 1951 r. została zmieniona – tak sobie zażyczył system komunistyczny i tam się nazywa Kościół Polsko-Katolicki” – tłumaczy ks. senior Grzegorz Młudzik z Wallington, NJ. Wbrew nazwie msza w języku polskim jest tutaj odprawiana dopiero od 2002 roku, gdy do USA przyjechał ks. Młudzik. “Zacząłem wtedy budować polską grupę ludzi. Na początku to była tylko moja rodzina i ja. I nagle, po roku, nastąpił boom i teraz mam grupę około 100 wiernych. Wykrusza się grupa amerykańska – starsi umierają, młodzi wyjeżdżają za pracą. Dlatego jestem pełen nadziei, że uda nam się tę polską grupę jakoś zmobilizować i bardziej zaangażować w życie parafii. Już to robią, ale konieczne są kolejne projekty” – przyznaje duchowny. On także zauważa zmniejszanie się liczby wiernych w kościołach, najsmutniejszy efekt to zamykanie kolejnych świątyń. “Wiele parafii w naszym Kościele zostało zamkniętych. W ostatnim czasie mieliśmy problem w Perth Amboy, NJ, tam kościół się spalił. Ludzie starsi nie są go już w stanie utrzymać i prawdopodobnie ta parafia zostanie zamknięta. Podobnie jest w Commack na Long Island – też mamy piękny obiekt, ale grozi mu zamknięcie, najprawdopodobniej zostanie sprzedany” – mówi z żalem ks. senior Grzegorz Młudzik.

PARAFIA BEZ LUDZI NIE ISTNIEJE

Nie jest tajemnicą, że mniej wiernych to mniejsze wpływy na przykład z niedzielnej tacy. Choć księża za bardzo nie chcą o tym mówić, to część przyznaje, że wiele osób albo nie zdaje sobie sprawy z tego, jak drogie jest utrzymanie kościoła, albo z jakichś innych powodów nie wspiera finansowo swojej parafii. “Potrafimy w kopertach znajdować jednego dolara. Jeśli ktoś naprawdę nie ma pieniędzy, to taka ofiara jest dla nas bardzo cenna, ale są i tacy parafianie, którzy nie narzekają na biedę, a nie chcą nas wspomóc, bo myślą, że ksiądz pakuje dolary we własną kieszeń” – mówi jeden z nowojorskich księży. Tymczasem efektem może być zamknięcie świątyni, bo choć zaangażowanie w życie kościoła tych, co zostali, jest ogromne, to rachunki płacić trzeba. Tymczasem część polskich parafii już jest zadłużona i jeśli sytuacja się nie zmieni, to grozi im albo połączenie z innymi kościołami, albo nawet zamknięcie. Dlatego polonijni duchowni apelują: jeśli to możliwe, chodźcie do polskich kościołów.

“Nie ma czegoś takiego jak parafia bez ludzi. Ksiądz sam nie stworzy wspólnoty. Muszą tam być wierni. To wy tworzycie parafię. Nie chodzi o to, by gromadzić się wokół księdza, ale wokół kościoła, wspólnoty tworzonej przez parafian, a w centrum zawsze jest Chrystus” – mówi ks. kanonik Król. Zwraca też uwagę, że na emigracji polonijne parafie dają o wiele więcej, niż zaspokojenie potrzeb w wymiarze duchowym i możliwość wypełnienia obowiązku wynikającego z trzeciego przykazania “Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. “Parafia na obczyźnie jest czymś więcej niż parafia dla Polaków mieszkających w Polsce. Stanowi centrum duchowości, ale też polskiej kultury i zwyczajów. Stąd spotkania opłatkowe, zabawy andrzejkowe, noworoczne, koncerty. Chcemy spotkać się w swoim gronie, porozmawiać w swoim języku. W tym wymiarze parafia scala ducha polskości” – konkluduje kapłan.

Autor: Anna Arciszewska, Wojciech Maślanka, Aleksandra Słabisz