Satysfakcję daje mi poczucie dobrze spełnionej misji

0
13

Panie konsulu, przed nami wielkie polonijne święto – 81. Parada Pułaskiego. W roku ubiegłym, wkrótce po przybyciu do Nowego Jorku, miał pan okazję wziąć udział w tym wydarzeniu. Jak pan go wspomina?
Było to słoneczne i kolorowe, aczkolwiek przede wszystkim biało-czerwone święto – wspaniała okazja do podzielenia się z Amerykanami naszą dumą z bycia Polakami, a przy okazji opowiedzenia im o postaci Kazimierza Pułaskiego, honorowego obywatela Stanów Zjednoczonych, należącego do grona wielkich bohaterów oddanych sprawie wolnej i niepodległej Ameryki, których powinniśmy odważnie tutaj reklamować. Kazimierz Pułaski, herbu Ślepowron, jest znaczącą postacią zarówno dla Polaków (jako dowódca patriotycznej konfederacji barskiej), jak i dla Amerykanów (m.in. jako człowiek, który uratował życie George'owi Washingtonowi pod Brandywine). Ze smutkiem stwierdzam jednak, że nie jest on dobrze znany Amerykanom. Co prawda mamy różne obiekty, jak np.: Pulaski Skyway, Pulaski Bridge czy też Pulaski High Schools, to mimo wszystko jako „ojciec amerykańskiej kawalerii” nie jest on tak znany, jak na to zasłużył swoją lojalną i oddaną służbą. Naszym zadaniem jest zatem częściej go wspominać i honorować. Jeżeli zaś chodzi o doroczną Paradę Pułaskiego to uważam, że jest to fantastyczna inicjatywa. W zeszłym roku mieliśmy okrągłą, 80. paradę i zarówno ja, jak i moja rodzina uczestniczyliśmy w niej po raz pierwszy. W Konsulacie Generalnym RP mamy zwyczaj, że debiutanci na placówce niosą baner, tak więc w 2017 miałem tę przyjemność. W tym roku są już nowe osoby, które go poniosą. Oczywiście nikt tego nie traktuje jak jakiegoś dodatkowego obciążenia i wszyscy oczekujemy kolejnej, 81. Parady Pułaskiego, by wspólnie maszerować Piątą Aleją. Mam nadzieję, że będzie to równie pogodne i kolorowe wydarzenie, jak w zeszłym roku.

Niedawno minął rok od objęcia przez pana funkcji konsula w Nowym Jorku. Jak się pan czuje w tej roli, która jeszcze kilkanaście miesięcy temu była dla pana zupełnie nowym wyzwaniem?
Przygotowanie do tej funkcji było dla mnie oraz mojej rodziny dużym wyzwaniem, ale miałem sporo czasu do namysłu, zanim przybyłem na placówkę konsularną do Nowego Jorku. Było to dla mnie o tyle trudne, że pochodzę z Leszna w Wielkopolsce, a na wszelkie szkolenia musiałem jeździć do Warszawy, czasem nawet dwa razy w tygodniu. Sam proces rekrutacji konsularnej trwa około sześciu miesięcy i składa się z rozlicznych ćwiczeń, wykładów, szkoleń oraz kursów, na których kandydaci przyswajają rozmaite zagadnienia z prawa polskiego, międzynarodowego czy umów dwustronnych z państwem przyjmującym. Mówimy tutaj o potężnym kompendium ustaw, rozporządzeń, konwencji i rezolucji. Na koniec – zgodnie z rozporządzeniem ministerialnym – każdy z kandydatów podchodzi do egzaminów organizowanych przez MSZ: najpierw do pisemnego, a po jego ewentualnym zdaniu, do ustnego. Gabaryty materiału do przyswojenia są imponujące. Wszystko jednak po to, abyśmy mogli w należyty sposób wykonywać swoją służbę na placówce dyplomatycznej. Z perspektywy roku spędzonego tutaj, w Nowym Jorku, cały czas mam to samo podejście do pracy, którą wykonuję, chociaż doświadczeń zdobytych w tym okresie nie da się przecenić. Każdy dzień przynosi nowe wyzwania, ale tak właśnie wyobrażałem sobie tę pracę: mam w niej poczucie misji oraz służby, którą wykonuję wobec Rzeczypospolitej. Obowiązki biurowe równoważy praca na zewnątrz, więc wszystko jest odpowiednio wyważone. Przed przyjazdem do Nowego Jorku miałem pewne wyobrażenie tego, co mnie tu czeka, ponieważ rozmawiałem z innymi pracownikami konsulatu oraz byłymi konsulami, którzy byli wcześniej na tej placówce. To wszystko pozwoliło mi wizualizować w pewien sposób nowe stanowisko pracy. Nowy Jork również spełnił moje oczekiwania, ponieważ wywodzę się z pokolenia, które wychowało się na muzyce, kinematografii oraz sztuce nowojorskiej lat 60. 70. i 80. i autentycznie pozwoliło mi to wszystko wytworzyć pewien obraz tego miasta. Co prawda metropolia nie zaskoczyła mnie aż tak bardzo i poczułem swoiste deja vu, mimo że w Nowym Jorku byłem w sierpniu zeszłego roku po raz pierwszy.

Jak doszło do tego, że zainteresował się pan dyplomacją?
Z wykształcenia jestem filologiem angielskim oraz tłumaczem tego języka. W zawodzie pracowałem kilka lat i zauważyłem, że szczególnie odpowiada mi tłumaczenie konsekutywne, w którym istnieje żywa i dynamiczna tkanka translacyjna. Być może dlatego zaczęła we mnie dojrzewać myśl o dyplomacji. Całą dekadę pracowałem w bardzo dobrym liceum ogólnokształcącym z programem matury międzynarodowej w moim rodzinnym Lesznie. Tam byłem również opiekunem szkolnego zespołu muzycznego The Kopernix, jako że moją pasją jest muzyka. W 2016 roku, podczas leszczyńskiej wizyty ambasadorów akredytowanych w Polsce, pełniłem funkcję ich przewodnika oraz tłumacza zarazem. Wówczas też podczas rozmowy z posłem Janem Dziedziczakiem – ówczesnym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych – pojawiła się kwestia mojego ewentualnego podjęcia się startu w konkursie na stanowisko konsula RP. W ten sposób dowiedziałem się o rekrutacji i o procesie przygotowawczym do egzaminu konsularnego. Wówczas rozpoczął się kolejny etap związany z praktycznym przygotowaniem siebie i rodziny do wyjazdu. Odpowiedzialność za moją czteroosobową rodzinę była duża, ale jesteśmy zadowoleni – spędziliśmy już w Nowym Jorku cały rok, a więc mija właśnie jedna czwarta mojej kadencji.

A jak na pomysł zmiany pracy zareagowała pańska rodzina?
Reakcja była entuzjastyczna. Dlatego, że to honor i przywilej móc służyć państwu polskiemu. Bez dwóch zdań. Nie była to jednak decyzja podjęta z gorącą głową. Zwyciężyła rozwaga. Mój starszy syn jest nastolatkiem, więc w jego przypadku mieliśmy do czynienia z „przesadzeniem młodych korzeni”. Jako ojciec, miałem pewne obawy, ale po roku mogę stwierdzić, że syn odnalazł się w tutejszych realiach, a nawet udało mu się przejść kolejną zmianę, ponieważ miesiąc temu rozpoczął naukę w szkole średniej, gdzie ponownie trafił do nowego otoczenia. Utrzymuje kontakty z kolegami, których poznał w ciągu minionego roku, więc wydaje mi się, że wszystkie puzzle osobowościowe układają się należycie. Mam nadzieję, że w jego życiu będzie teraz nieco więcej stabilizacji poprzez naukę w czteroletniej szkole średniej. Również moja żona przyzwyczaiła się do życia w Wielkim Jabłku, a jest to miasto, które potrafi przytłoczyć – oferuje ogrom impulsów, zarówno z uwagi na szeroki wachlarz społeczny, jak i od strony oferty kulturalnej – ma jednak wyjątkowy i unikalny klimat, który da się lubić. Są pewne zauważalne braki i utrudnienia związane głównie z infrastrukturą i komunikacją: metro jest autentycznie niedoinwestowane i jest to spory kłopot komunikacyjny dla nowojorczyków, ale przy tak ogromnej liczbie ludzi muszą się znaleźć i minusy, i plusy. Staram się koncentrować na tych pozytywnych aspektach, na szeregu miejsc wartych odwiedzenia i ludzi wartych poznania, a to z kolei rekompensuje wszelkie inne drobne mankamenty.

W takim razie jakie są pańskie wrażenia po roku pobytu w Nowym Jorku?
Pobyt w Nowym Jorku to dla mnie przede wszystkim służba i praca, ale nie zapominam również o tym, że mam tutaj rodzinę i życie prywatne. Oczywiście nie da się zapomnieć o pracy nawet w weekend, ponieważ wówczas właśnie odbywa się wiele imprez polonijnych. Dlatego też w ostatnim czasie, jeżeli jest to możliwe, to staram się również zabierać na tego typu wydarzenia swoją rodzinę. Niedawno byłem z żoną w Filadelfii, na podniesieniu polskiej flagi przed ratuszem miejskim. W Filadelfii jest duża patriotyczna Polonia i myślę, że szczególnie w roku 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości zasługujemy na docenienie przez lokalne władze tego miasta, za co jestem niezmiernie im wdzięczny. Brawa należą się zatem naszym rodakom za inicjatywę i przekonanie Amerykanów do wagi i znaczenia tej rocznicy dla nas, Polaków. Czas prywatny pozwala nam też na skorzystanie z możliwości, jakie daje nam piękna – tropikalna wręcz w tym roku – nowojorska pogoda. Ostatnio wraz z rodziną po raz pierwszy udaliśmy się na Roosevelt Island. Do tej pory jeszcze tam nie byliśmy, mimo że widzimy tę wyspę z okien naszego mieszkania, a ma ona ciekawy wątek historyczny. Pobyt tam pozwolił nabrać chwilowego dystansu do spraw dziejących się na Manhattanie czy na Brooklynie. Do zwiedzania dodatkowo motywuje mnie też moja małżonka, która twierdzi, że nie możemy tracić czasu na siedzenie w domu. Przecież tylko tutaj na świecie jedna ulica oddziela najstarszą polską parafię na Manhattanie – kościół św. Stanisława Biskupa i Męczennika – od fasady kamienicy ilustrującej okładkę szóstej płyty zespołu Led Zeppelin…

Jest pan muzykiem, więc czy od tej strony również udało wam się poznać Wielkie Jabłko?
Oczywiście, byłem na kilku ciekawych koncertach. Nowy Jork jest przecież stolicą mojej ulubionej muzyki. Mój świętej pamięci tata, wieloletni muzyk i fan muzyki country, prowadził mnie po świecie dźwięków. Oprócz brytyjskiego rocka – The Beatles, Manfred Mann, The Moody Blues czy Deep Purple – wychowałem się także na nowojorskim jazzie i jestem entuzjastą tej muzyki z okresu jej metamorfozy akustyczno-elektrycznej, czyli z przełomu lat 60. i 70. To oczywiście głównie twórczość Milesa Davisa, Herbie Hancocka czy Johna Coltrane'a, który akurat jest przedstawicielem tego bardziej akustycznego czasu, bo zmarł w 1967 roku i nie doczekał już ery fusion i jazzu elektrycznego. Nie będę miał już okazji zobaczyć na żywo Milesa, Monka, Pastoriusa, ale Hancock nadal występuje – zupełnie niedawno zagrał trzy koncerty w Madison Square Garden. Miałem też okazję zobaczyć kilku innych artystów, których szczególnie cenię jak np. zespół King Crimson, który w zeszłym roku zagrał piękny koncert w Beacon Theatre, a także zespoły wykonujące ostrego rocka alternatywnego czy nawet hardcore, który szczególnie na Brooklynie miał swoje fascynujące i intensywnie epicentrum w latach 90. Podczas ostatniej wizyty w Polsce przywiozłem gitarę elektryczną. Ze względu na mój brak czasu gra na niej mój syn. Ale cieszy mnie to…

A jak pan postrzega Polonię? Jak pańskim zdaniem wygląda ona na tle innych grup etnicznych?
Spotkałem na swojej drodze konsularnej wielu wspaniałych, oddanych polskiej sprawie ludzi i jestem z tego dumny. Czasem trzeba udać się te sześć tysięcy kilometrów z dala od ojczyzny, by ją na nowo w sobie odkryć, zdefiniować i docenić. I za to uświadomienie dziękuję Panu Bogu. Mam nadzieję, że moje relacje z Polonią układają się dobrze. Oczywiście zawsze mogą być jeszcze lepsze i bardziej zgrane, więc w tym kierunku powinniśmy zmierzać. Nasz konsulat podejmuje szereg różnych inicjatyw, ale nie próbuje nic narzucać, a przede stara się wspierać rodaków w działaniach. Jeśli pojawia się jakaś polonijna inicjatywa, staramy się w niej uczestniczyć i zaznaczyć, że jako państwo polskie bardzo szanujemy i doceniamy działania Polaków mieszkających poza naszymi granicami. Jako Ministerstwo Spraw Zagranicznych mamy pewnego rodzaju sferę projektowo-wspierającą, czyli Departament Współpracy z Polonią i Polakami za Granicą. Oferuje ona możliwość tworzenia projektów i inicjatyw polonijnych wspieranych przez DWPPG finansowo. Staramy się zatem wspierać Polonię zarówno merytorycznie, duchowo, jak i finansowo tam, gdzie to możliwe. Bardzo cenię sobie i chwalę współpracę z Polonią, która jest bardzo liczna, czego zazdroszczą nam inne nacje i mniejsze diaspory. We wrześniu byłem na pięknej uroczystości w Domu Węgierskim na zaproszenie konsula generalnego Ferenca Kumina, który z podziwem wypowiadał się o licznej polskiej diasporze. Jestem tutaj jeszcze zbyt krótko, abym mógł eksplikować po ekspercku, ale z przyjemnością wsłuchuję się w opowieści osób mieszkających tutaj od dłuższego czasu, które mają skalę porównawczą i wiedzą np. jak wyglądał Greenpoint 30 lat temu, a jak prezentuje teraz. Polonia jest bardzo zróżnicowana i nie można jej włożyć pod jeden klosz. Odwiedzając Long Island, Filadelfię, Syracuse, Albany czy też Pensylwanię, zauważyłem, że Polonia wszędzie jest nieco inna, różne są środowiska, poglądy, kuchnia, tradycje. Ale tacy są też Polacy w ojczyźnie: Wielkopolanie, Kaszubi, Ślązacy… Wiemy, jak homogenicznym środowiskiem była Polonia zamieszkująca Greenpoint czy East Village kilka dekad temu. Teraz nasza grupa etniczna jednak się rozpierzchła i wszystkie tradycyjne skupiska skoncentrowane wokół parafii i szkół wydają się powoli znikać. Nowojorski okręg konsularny jest jednak nadal takim chlubnym tradycyjnym przykładem. Jedną z przyczyn takiej globalnej dekoncentracji jest fakt, że Polska ciągle znajduje się poza programem ruchu bezwizowego do USA, co powoduje brak stałego przypływu Polaków, a przynajmniej jest on dużo mniejszy niż jeszcze w latach 70. Z kolei młoda Polonia Anno Domini 2018 częstokroć komunikuje się już tylko w języku angielskim, co sprawia, że zmienia się również optyka dyplomacji i nasza rola w stosunku do niej. Często ta Polonia z drugiego i trzeciego pokolenia nie mówi już w naszym ojczystym języku, chociaż żywo chce identyfikować się z Polską. Dlatego tak długo, jak tego typu osoby będą utożsamiały się z naszą kulturą, ojczyzną i polską tradycją, to naszą rolą będzie utrzymywanie i wzmacnianie z nimi kontaktu.

Co do tej pory było dla pana najtrudniejszym zadaniem, jeżeli chodzi o dyplomację publiczną i współpracę z Polonią?
Myślę, że to wszystko jeszcze przede mną. Do tej pory największym wyzwaniem dla mnie była chyba taka ogólna adaptacja, umiejętne poukładanie spraw zawodowych i rodzinnych. Nie boję się wyzwań, dlatego tutaj jestem. Fakt, że jest dużo pracy, nie przeszkadza mi. Liczyłem się z tym – nie jest mi to straszne. Gdy mamy wiele zadań naraz do zrobienia, jest ciężko, ale mamy świetny zespół w konsulacie. Był taki moment, gdy w referacie polonijnym i dyplomacji byliśmy tylko we dwójkę – ja i konsul Alicja Tunk, a pracy mieliśmy jak dla pięciu osób. Wyzwaniem było to wszystko spiąć, ale staraliśmy się wszystkiego dopilnować. Najważniejsze jest grać na drużynę i mieć tego świadomość – to nie jest sport indywidualny. Tworzymy wspierający się wzajemnie zespół i staramy się nie szukać kolegom i koleżankom dodatkowych trudności, a wspierać się w pracy międzyreferatowej, to nasza siła. Życzyłbym sobie, żeby tak było na każdym polu, gdziekolwiek się znajdujemy, żebyśmy zawsze tworzyli siłę polskiej wspólnoty, żeby była jednomyślność w imię wspólnego celu, czasem nawet kosztem osobistego kompromisu jednej ze stron, i żebyśmy potrafili się porozumieć. Nie zawsze jest tak jakbyśmy tego sami chcieli, ale należy z pokorą i wiarą patrzeć na dobro ogólne. Tak jak w „Odzie do młodości” pisał Adam Mickiewicz: „W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele; Jednością silni, rozumni szałem, Razem, młodzi przyjaciele!”.

A co dało panu do tej pory największą satysfakcję w pracy zawodowej?
Satysfakcję daje mi poczucie dobrze spełnionej misji, która jest esencją naszej pracy. Tu nie chodzi o kwestie polityczne, a o pracę stricte konsularną. Jeżeli udaje nam się pomóc polskim obywatelom w trudnej sytuacji czy rozwiązać jakiś problem egzystencjalny, czy też spełnić jakieś wieloletnie marzenie obywatelki, która miała trudności np. z tym, żeby wyjechać do Polski, by tam znaleźć czas na zasłużony odpoczynek, to często widzi się po drugiej stronie autentyczną radość, która przynosi nam dumę z tego, że należycie spełniło się swoją służbę. W pracy konsula jest więc pewna misyjność, od której nie uciekniemy. Mam poczucie obowiązku i jeśli udaje mi się zrealizować pewne zadania, do których zostałem zgodnie z prawem konsularnym tutaj wysłany jako urzędnik państwowy, to każdy taki mały sukces buduje ogólne poczucie, że jesteśmy właściwymi ludźmi na właściwym miejscu.

Wiem, że prywatnie również interesuje się pan sportem, a zwłaszcza żużlem.
Gdy się urodziło i wychowywało w Lesznie, to z bardzo dużym prawdopodobieństwem zostanie się kibicem żużla. Tak było w moim przypadku – pokochałem speedway, mimo że mój śp. tata nieszczególnie interesował się tym sportem. Natomiast środowisko, w którym dorastałem, moi koledzy w szkole podstawowej bardzo interesowali się tą dyscypliną i nawet wszyscy nosiliśmy pseudonimy związane z nazwiskami ówczesnych najlepszych żużlowców świata. Ja byłem wtedy wielkim fanem szwedzkiego zawodnika Pera Jonssona. Po tej młodzieżowej fascynacji żużlem przez kilka dobrych lat współpracowałem z klubem Unia Leszno. Właściwie trwało to od 2005 roku aż do mojego wyjazdu do Nowego Jorku. Byłem nawet członkiem Komitetu Organizacyjnego kilku ważnych wydarzeń, m.in. Drużynowego Pucharu Świata oraz cyklu Speedway Grand Prix o indywidualne mistrzostwo świata, które regularnie odbywały się w Lesznie przez ostatnich kilka lat. Unia Leszno to klub sportowy, który w tym roku obchodzi 80-lecie istnienia i jest zarazem najbardziej utytułowanym klubem żużlowym w Polsce – posiada 16 tytułów drużynowego mistrza Polski. Jego największa sławą był Alfred Smoczyk, który jeszcze w latach 40. potrafił wygrywać z fantastycznymi żużlowcami z Czechosłowacji, Wielkiej Brytanii czy Szwecji, czyli ówczesnymi światowymi potęgami. Stadion w Lesznie nosi jego imię Wielkiego Alfreda. Będąc w Nowym Jorku staram się na bieżąco śledzić to, co dzieje się w polskim żużlu, przy okazji kłaniając się „Nowemu Dziennikowi”, który czytam praktycznie w całości, za to, że mogę w niemal każdym cotygodniowym wydaniu znaleźć relację z wydarzeń żużlowych. Było to dla mnie bardzo miłe zaskoczenie, gdy po raz pierwszy po przyjeździe do Nowego Jorku wziąłem do ręki „Nowy Dziennik” i zobaczyłem, że jest w nim artykuł poświęcony Grand Prix.

Podobno właśnie tor żużlowy był miejscem, na którym dowiedział się pan o możliwości wzięcia udziału w kursie konsularnym, który był początkiem pańskiej przygody z dyplomacją.
Nie jest tajemnicą, że poseł na Sejm RP Jan Dziedziczak jest również wielkim fanem Unii Leszno i mieliśmy okazję spotkać się kilkakrotnie na stadionie oraz rozmawiać na różne tematy. Wtedy też zainteresowałem się nowym wyzwaniem – podjęciem szkoleń i przygotowań do egzaminu konsularnego. Mam nadzieję, że podczas następnej jego wizyty w Nowym Jorku, będziemy mieli okazję porozmawiać o naszej ulubionej drużynie żużlowej, która nie dalej, jak w minioną niedzielę (30 września) obroniła tytuł mistrzowski i po raz 16. w historii została najlepszą drużyną Polski. Jestem bardzo dumny z tych chłopaków.

Na zakończenie proszę powiedzieć, czy wśród wielu obowiązków konsularnych – w dodatku często związanych z pracą w różnych porach dnia, a nawet w weekendy – udaje się panu znaleźć trochę wolnego czasu na zwiedzanie Nowego Jorku?
Mieszkamy na osiedlu, które jest dość oddalone od konsulatu, więc mam nieco dłuższy dojazd do pracy, ale za to jest możliwość obcowania z przyrodą. Mieszkamy nad East River, w zielonej części Manhattanu, dzięki czemu mamy możliwość odpoczynku w kompleksie, do którego należy nasz budynek. Oczywiście jeśli tylko dysponujemy wolnym weekendem, to staramy się organizować różne wycieczki po Nowym Jorku. Ciągle go eksplorujemy, ponieważ posiada wiele ciekawych miejsc, parków, placów, zabytków i różnych zakamarków, które należy odwiedzić.

Autor: ROZMAWIAŁ: WOJTEK MAŚLANKA