Śluby dla „papierów”

103

Jeszcze kilka lat temu – 10 tysięcy dolarów, teraz nawet 35 tysięcy płacą imigranci za ślub z obywatelem, by otrzymać zieloną kartę. Decydują się na złamanie prawa w obawie przed deportacją. Chętnych jest tak wielu, że znacznie wydłużył się czas oczekiwania na pierwszą rozmowę w urzędzie imigracyjnym. W metropolii nowojorskiej do nawet 14 miesięcy. To dwa razy dłużej niż jeszcze rok czy dwa lata temu. Bardziej egzekwowane są też kary dla osób, które zawarły małżeństwo wyłącznie dla „papierów”.

Obywatel amerykański może trafić na pięć lat do więzienia, grozi mu też kara grzywny w wysokości 250 tys. dol., jeśli zdecyduje się na fikcyjne małżeństwo. Imigrant natomiast może dostać nakaz opuszczenia kraju i nigdy już nie będzie mógł ubiegać się o legalny pobyt. Kary od lat są takie same. Natomiast, jak zapowiedział prezydent Donald Trump, za czasów jego administracji mają być bardziej egzekwowane. „Sytuacje, że obywatel trafiał do więzienia, a imigrant był wydalany z kraju, kiedyś należały do rzadkości. Zazwyczaj sprawy 'rozpływały się w powietrzu'. Obecnie trzeba się liczyć z bardzo przykrymi konsekwencjami” – przestrzegają polonijni prawnicy imigracyjni. Mimo grożących kar i tak wiele osób decyduje się zostać fikcyjnym małżonkiem. Obywatel – dla pieniędzy, imigrant – dla zielonej karty. Ślub to najpopularniejszy sposób jej otrzymania.

NAWET CO TRZECI „FAŁSZYWY” ZWIĄZEK

Jak wynika z raportu udostępnionego przez urząd imigracyjny, w ub. roku podatkowym „stałe papiery” przez ślub z amerykańskim obywatelem otrzymało ponad 300 tys. osób. Ilu wśród nich było tzw. fikcyjnych małżonków? Dokładnych danych nie ma, ale jak szacują agenci z U.S. Immigration and Custom Enforcement (ICE), nawet co trzeci związek może być zawierany wyłącznie dla otrzymania dokumentów pobytowych. Szczególnie w ostatnich latach. Wielu imigrantów obawia się polityki zera tolerancji prowadzonej przez Donalda Trumpa, wymierzonej w nielegalnych cudzoziemców. Mimo że na celowniku służb są przede wszystkim imigranci, którzy zostali skazani za cięższe wykroczenia, to i tak miliony osób bez ważnych dokumentów pobytowych obawiają się o swoją przyszłość. Dlatego decydują się na fikcyjne małżeństwo, chociaż jest to przestępstwo federalne. “Ślub dla papierów nie jest błahostką, to poważne przestępstwo. Karane surowo szczególnie po atakach z 11 września. Abu Zubaydah, który został aresztowany w Pakistanie w marcu 2002 roku, zeznał, że niektórzy bojownicy Al-Kaidy brali ślub z obywatelkami USA wyłącznie po to, by otrzymać zielone karty, a następnie obywatelstwo. Dzięki temu stawali się jakby niewidzialni dla służb” – mówi Todd Siegel, agent specjalny Homeland Security Investigations. Obecnie tak samo działają terroryści z tzw. państwa islamskiego. “Decydując się z pozoru na łatwy zarobek, nie tylko sami możemy mieć ogromne kłopoty, ale narażamy na niebezpieczeństwo nas wszystkich” – dodaje Todd Siegel. Kilka lat temu służby zainicjowały akcję pod hasłem: “Obywatelstwo amerykańskie nie jest na sprzedaż”, starając się przestrzec Amerykanów przed zawieraniem fałszywych związków małżeńskich. Jednak ani wysokie kary, ani “bezpieczeństwo narodowe” nie są w stanie powstrzymać tego procederu.

„NAPRAWDĘ, NIE DLA KASY”

„Kilka dni temu przeczytałam na polonijnym forum, że w Nowym Jorku organizowane są łapanki na stacjach metra. Nie wiem, czy jest to prawda, czy nie, ale coraz bardziej obawiam się o swoją przyszłość” – mówi 28-letnia Katarzyna. Od pięciu lat mieszka w Nowym Jorku bez ważnych dokumentów pobytowych. Przyleciała do USA, bo zawsze marzyła o Ameryce. Tak samo jak większość jej koleżanek i kolegów. Wychowywała się w niewielkiej miejscowości na Podlasiu i nie chciała tam zostać na zawsze. Przez chwilę studiowała w Warszawie. Jak dowiedziała się, że koleżanka wyjeżdża do USA, poleciała razem z nią. „Na lotnisku urzędnik wbił nam wizy na pół roku. Miałyśmy wtedy po 23 lata i byłyśmy przekonane, że jakoś uda się nam zalegalizować pobyt. Najpewniej przez małżeństwo. Nie brałyśmy pod uwagę fikcyjnego związku, tylko z miłości” – twierdzi Katarzyna. Pięć lat później wciąż nie poznała tego jedynego i wciąż nie ma amerykańskiego paszportu. Jej koleżance znudziło się czekanie, więc zapłaciła koledze z pracy za 'papiery' 20 tys. dolarów. – To było jakieś trzy lata temu. Teraz w metropolii nowojorskiej taka transakcja kosztuje nawet 35 tys. dolarów. Na szczęście płaci się w ratach” – mówi Katarzyna. Chciała zapłacić swojemu przyjacielowi, ale ten odmówił. Przyjął ofertę od kogoś innego. „To jest skomplikowana sytuacja, bo nie do końca wiemy, jakie są między nami relacje. Niby jesteśmy razem, ale co jakiś czas przestajemy ze sobą rozmawiać. Kilka miesięcy temu zapytałam go wprost, czy się ze mną ożeni. Stwierdził, że nie jest w stanie wziąć ode mnie takich pieniędzy, a poza tym boi się, że mogłoby to źle wpłynąć na naszą relację. Oświadczył, że nie chce łączyć biznesu z miłością. Kilka tygodni temu przyznał z kolei, że obiecał papiery komuś innemu” – opowiada rozmówczyni „Nowego Dziennika”.

Thomas, bo tak ma na imię przyjaciel Katarzyny, z pochodzenia jest Kubańczykiem. Poznali się rok temu. O tym, że Polka nie ma stałych dokumentów, dowiedział się przypadkowo. „To było po kilku miesiącach znajomości. Poszliśmy na kolację, w pewnym momencie dostał wiadomość i zaczął się śmiać. Kolega wysłał mu zdjęcie podrobionej karty Social Security i zielonej karty. Przyznał, że nie miał pojęcia, że mogą tak prawdziwie wyglądać, po czym spojrzał na mnie i powiedział: ty masz dokumenty, prawda? – wspomina Katarzyna. – Odparłam, że nie. Nie przeszkadzało mu to. Sam jest z rodziny imigrantów, więc choć trochę jest sobie w stanie wyobrazić z czym się zmagamy. Miałam nadzieję, że mi pomoże, ale, jak widać, nasza relacja jest na innym etapie. Thomas powtarza, że chce w przyszłości się ze mną ożenić, ale naprawdę, nie dla kasy. Z kolei teraz zawiera związek małżeński, bo ta kasa jest mu potrzebna. Przedziwna sytuacja i sama nie wiem, jak się w niej odnaleźć” – przyznaje Polka. Najlepsza koleżanka Katarzyny, Monika, ma zieloną kartę z loterii wizowej. Za rok będzie mogła starać się o obywatelstwo. Kiedyś obiecała przyjaciółce, że weźmie z nią ślub, za darmo. Kilka miesięcy temu poznała Polaka i zmieniła plany. Teraz to on ma obiecane dokumenty.

„DOSTAŁA DOKUMENTY I ZNIKNĘŁA”

40-letni Ryszard był przekonany, że żeni się z miłości – on kochał swoją dziewczynę. Po kilku latach okazało się, że Marinie zależało wyłącznie na dokumentach. „Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych na jakiejś imprezie w dzielnicy Bay Ridge, na Brooklynie. Wydawała się zagubiona. Zaczęliśmy rozmawiać i już na samym początku zwierzyła się, że ma problem ze zdobyciem stałych papierów. Po kilku miesiącach spotykania zaproponowałem ślub. Byłem zakochany po uszy, więc chciałem pomóc. Tym bardziej że sprawiała wrażenie tak samo zaangażowanej w nasz związek” – wspomina Ryszard. Marina zanim poznała Polaka zapłaciła innemu znajomemu 10 tys. dolarów za ślub. To miała być pierwsza rata. W międzyczasie mężczyzna został aresztowany za napad z bronią. Pieniędzy nie oddał, co więcej – zaczął ją szantażować. Więc dopłaciła mu kolejne 5 tys. dolarów. „Było mi jej żal, że ktoś ją tak oszukał. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że nasze małżeństwo będzie fikcją” – twierdzi Ryszard. Doskonale pamięta rozmowę w urzędzie. Jego żona była tak zdenerwowana, że funkcjonariusz imigracyjny przerwał pytania, bo był przekonany, że kobieta zemdleje. „Najpierw zrobiła się cała czerwona, a następnie zbladła. Gdy zapytaliśmy ją, czy wszystko jest w porządku, nie była w stanie się odezwać. Już wtedy mogłem nabrać podejrzeń, że jej zamiary nie są uczciwe” – uważa rozmówca „Nowego Dziennika”. Tuż po otrzymaniu stałej zielonej karty Marina wyprowadziła się z domu. Bez uprzedzenia. Kiedy Ryszard był w pracy. „Nie chciała nawet ze mną rozmawiać. Po którymś nieodebranym telefonie, napisała tylko: nie wracam. Wtedy dotarło do mnie, że zostałem wykorzystany. Pewnie nie miała albo nie chciała płacić kilkunastu tysięcy dolarów kolejnemu mężczyźnie za ślub, więc udała miłość” – uważa Ryszard. Rozwód nastąpił rok temu. Zapytany, czy związałby się jeszcze raz z kobietą bez ważnych dokumentów pobytowych, przecząco kręci głową. „Niestety, to jest jedno z pierwszych pytań, jak stawiam nowo poznanej dziewczynie. Nawet jeśli mi się podoba, rezygnuje z takiej znajomości – przyznaje. – Po czymś takim jest cholernie trudno zaufać”.

PRAWDZIWY HAPPY END

Zdarzają się też sytuacje, kiedy małżeństwo planowane jedynie dla „papierów” kończy się prawdziwym związkiem. 30-letnia Paulina poprosiła kolegę z pracy, by jej pomógł w zdobyciu legalnych dokumentów. Zapłaciła mu 17 tys. dolarów. Dopiero po ślubie zaczęli się spotykać, by przygotować się do rozmowy z urzędnikiem imigracyjnym. Nie pamięta, kiedy się zakochała w swoim mężu. „Znałam go z pracy, ale nigdy nie mieliśmy czasu jakoś dłużej pogadać. Natomiast, gdy zaczęliśmy spędzać czas poza pracą, okazało się, że mamy wiele wspólnych zainteresowań. W pewnym momencie spotkania stały się coraz częstsze i jakoś tak zaczęliśmy być razem naprawdę, nie tylko dla dokumentów. Pieniądze, które zapłaciłam mu za ślub, trafiły na wspólne konto, a po dwóch latach zorganizowaliśmy za nie ślub kościelny” – opowiada Paulina.

URZĘDNICY BARDZIEJ PODEJRZLIWI

Agenci U.S. Citizenship and Immigration Services pytani, ile średnio rocznie jest zawieranych małżeństw tylko dla „papierów”, szacują, że nawet co trzecie. Nie ma dokładnych danych, bo trudno jest ostatecznie udowodnić tego typu złamanie prawa. Co więcej, bywa, że adwokaci imigracyjni też dają się nabrać i dopiero po jakimś czasie orientują się, że coś jest nie tak. Kiedyś w metropolii nowojorskiej pierwsza wizyta w urzędzie imigracyjnym dotycząca zielonej karty była wyznaczana po maksymalnie pół roku od momentu złożenia podania przez małżonków. Teraz jest to nawet 14 miesięcy.

„Wydłużył się czas oczekiwania nie tylko na rozmowę w sprawie tymczasowej zielonej karty, przyznawanej na dwa lata, ale także na spotkanie w sprawie stałej, 10-letniej karty. Należy pamiętać, że jeśli od momentu wysłania wniosku minie 12 miesięcy, to trzeba ponownie wykonać badania medyczne, bo one są ważne tylko przez rok” – mówi mec. Joanna Nowokuński, specjalizująca się m.in. w prawie imigracyjnym. „Procedura wygląda tak samo, ale mam wrażenie, po rozmowach z moimi klientami, że urzędnicy są bardziej wymagający, na przykład zadają więcej pytań i są bardziej podejrzliwi. Dokładniej sprawdzają każdy punkt podania” – twierdzi mec. Nowokuński. Zwraca też uwagę, że kiedyś, po stwierdzeniu małżeństwa zawartego niezgodnie z prawem, zarówno obywatel, jak i imigrant rzadko byli karani. Teraz, jest inaczej. „Zgodnie z rozporządzeniami Białego Domu kary mają być egzekwowane, włącznie z więzieniem dla obywatela i deportacją imigranta” – podkreśla prawniczka imigracyjna.

Częściej zdarza się też, że urzędnicy przepytują sąsiadów młodej pary, czy na przykład faktycznie mieszkają razem.  „To nie jest jakaś nowa zasada, ale powtarzam raz jeszcze, mam wrażenie, że obecnie te prawa są bardziej egzekwowane, a urzędnicy bardziej szczegółowi” – mówi prawniczka. Zresztą dzieje się tak nie tylko w przypadku małżeństwa imigranta z obywatelem. Jedno z nowych rozporządzeń administracji Donalda Trumpa mówi o sprawdzaniu, w jaki sposób obywatel dostał amerykański paszport i czy nie doszło do złamania prawa, na przykład kłamstwa podczas egzaminu. Jeśli tak, obywatelstwo może zostać odebrane. Prawo to obowiązuje od lat, ale rzadko dochodziło w przeszłości do jego egzekwowania. Wracając do małżeństw – przebieg rozmowy mającej zdecydować o dalszym losie imigrantów może być różny. Dlatego, jak podpowiadają prawnicy imigracyjni, warto się do niej przygotować. “Miałam sytuację, kiedy podczas takiej rozmowy obywatel bardzo się denerwował i zapomniał własnego adresu, ale na szczęście nie miało to znaczenia, para była ‘prawdziwa’, więc żona otrzymała dokumenty – wspomina mecenas Joanna Nowokuński. – Należy pamiętać, że urzędnicy nie tylko pytają, ale także obserwują. Widzą, jak się dana para zachowuje podczas rozmowy. Takie, powiedziałabym, nadmierne przytulanie się czy całowanie z partnerem nie jest wskazane, bo zwyczajnie nie jest naturalne. Natomiast jeśli jesteśmy faktycznie ze sobą blisko i chcemy się pobrać z miłości, a nie dla pieniędzy i dokumentów, to nie powinniśmy mieć żadnych problemów podczas tego typu rozmowy” – uważa pani mecenas.

Z kolei Kate Lincoln-Golndfich, prawniczka imigracyjna z Austin, zwraca uwagę, że oprócz pytań zdarza się, że urzędnicy proszą o narysowanie, jak wygląda na przykład układ mieszkania i gdzie w sypialni znajduje się łóżko – przy której ścianie. „Podejrzane może być to, że para poznała się kilka miesięcy przed ślubem. Im dłuższy okres narzeczeństwa, tym lepiej. Nie pomagają też osobne konta czy akty własności sporządzone tylko na jedną osobę. Jedna z par, którą prowadziłam, a dodam, że byli prawdziwym małżeństwem, miała inne klucze do domu. Po prostu używali innych wejść. Urzędniczka stwierdziła, że jest to dowód na to, że nie mieszkają razem i skierowała ich na kolejną rozmowę. Innym razem pani zapomniała, że mąż ma tatuaż na plecach. Wydaje się to dziwne, ale była bardzo zdenerwowana i zaczęła plątać podstawowe sprawy. Ostatecznie jakoś udało się przekonać urzędnika, że ślub był z miłości, a nie dla papierów” – opowiada prawniczka imigracyjna z Austin.

DATY, IMIONA, MIEJSCA…

Co warto sobie przypomnieć przed wizytą w urzędzie? Prawicy podpowiadają, by na pewno pamiętać o datach przede wszystkim ślubu oraz na przykład, kiedy partner obchodzi urodziny. Warto też znać imiona rodziców, rodzeństwa i bliskich znajomych żony czy męża. Jeśli chodzi o dokumenty, które są wymagane przez prawo imigracyjne do udowodnienia prawdziwości związku, to tak naprawdę nie ma żadnej oficjalnej listy. Mimo to, jak podpowiadają adwokaci, warto mieć ze sobą wyciągi wspólnego konta sprzed daty ślubu, umowę wynajmu mieszkania, a także m.in. wspólne rozliczenie podatkowe czy rachunki. Na pewno należy przynieść na rozmowę zdjęcia. “Tu także warto zachować zdrowy rozsądek, a więc nie przynosić wyłącznie tych fotografii, na których się całujemy albo przytulamy. Bardziej cenne są te z rodziną i przyjaciółmi, z różnych okresów naszego związku. Jeśli na przykład trwa trzy lata, to wybierzmy zdjęcia z czasu, kiedy się poznaliśmy, z kolejnych wakacji czy świąt. Postawmy się na miejscu urzędnika i zastanówmy, co może go utwierdzić w przekonaniu, że nasz związek jest prawdziwy. Ważne jest także powiązanie finansowe między partnerami, należy pamiętać, że te ‘standardy imigracyjne’ są jeszcze z lat 50., kiedy promowana była amerykańska rodzina, wszystko wspólne: konto, pożyczka, umowy, rachunki, rozliczenia. Obecnie rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, często pary – szczególnie, gdy jest to tzw. drugi związek – mają osobne konta, nie dopisują się też od razu do rachunków. Bądźmy więc świadomi, że podczas rozmowy może paść pytanie: dlaczego nie ma nas na wspólnych drukach, wtedy spokojnie to wyjaśnijmy” – mówi mecenas Joanna Nowokuński. Dodaje też, że jeśli para zdecyduje się na pomoc prawnika w prowadzeniu procedury, to dany adwokat może uczestniczyć w rozmowie z urzędnikiem imigracyjnym.

Jeśli para nie „zda” rozmowy za pierwszym razem, kierowana jest, zazwyczaj po kilku tygodniach, na tzw. stokes interview. Wtedy małżonkowie odpowiadają osobno i urzędnik zadaje bardzo szczegółowe pytania, na przykład: jakiego koloru macie zasłony w sypialni? Ile jest doniczek na parapecie w kuchni? Jak wysoki był ostatni rachunek za prąd? Gdzie kupiliście kanapę do dużego pokoju? Stokes interview może trwać godzinę, a może trwać i pięć godzin. Jeśli podczas drugiej rozmowy urzędnik stwierdzi, że coś jest nie tak, para może skorzystać z prawa do apelacji. Przegrana może oznaczać poważne konsekwencje zarówno dla obywatela, jak i imigranta, z wszczęciem procedury deportacyjnej włącznie i karą więzienia.

***

Bez względu na to, czy ślub był zawarty z miłości, czy też dla pieniędzy, obywatel składający petycje imigracyjną dla swojego małżonka bierze na siebie spore zobowiązania. Między innymi deklaruje rządowi USA, że zapewni finansową opiekę poślubianej osobie. Nawet jeśli, w opinii pary, są fikcyjnym małżeństwem. Jak tłumaczą adwokaci, prawo imigracyjne stanowi, że sponsor zagwarantuje utrzymanie na określonym poziomie finansowym. Obecnie to ponad 20 tys. dolarów rocznie dla rodziny dwuosobowej. Z obowiązku tego zostanie zwolniony dopiero, gdy imigrant zostanie obywatelem lub na przykład wypracuje 40 kwartałów na fundusz Social Security. Należy też pamiętać o prawie do alimentów w przypadku rozwodu. Czy i w jakiej wysokości zostaną przyznane, zależy od sytuacji byłego już wówczas małżonka. n

Przykładowe pytania podczas rozmowy małżonków z urzędnikiem imigracyjnym

– Z jakiej linii metra korzysta najczęściej twoja żona/twój mąż?
– Jak spędzaliście wczorajszy wieczór?
– Gdzie spędziliście ostatni urlop?
– Jaki był ostatni prezent, który otrzymał od ciebie partner/partnerka?
– Gdzie poznałeś rodzeństwo męża/żony?
– Czy parter/partnerka ma tatuaż lub bliznę, jeśli tak, to gdzie?
– Gdzie spotkaliście się na waszej pierwszej randce?
– Jak wyglądały oświadczyny?
– Jaki jest kolor szczoteczki do zębów twojej żony/męża?
– Ile doniczek z kwiatkami macie w domu?

 

Autor: Anna Arciszewska