Sylwia Milo: w Ameryce przekonałam się, czym jest dla mnie szczęście

0
7

Sylwia Milo pierwsze kroki w USA stawiała w Rochester, niedaleko granicy z Kanadą. Przez rok chodziła tam do szkoły średniej, mieszkając u amerykańskiej rodziny.

„Mogłam jechać do Anglii albo do Szwajcarii, ale amerykański sen i moja miłość do rock and rolla, do Elvisa, który był dla mnie symbolem wolności, ekspresji, przeważyła”– wyjaśnia Sylwia.

Niezależnie od zajęć w liceum brała lekcje skrzypiec w Eastman Scholl of Music. Po roku wróciła do domu. Nie zabawiła tam jednak długo. Mama skonsultowała się z warszawskim oddziałem Fulbrighta, gdzie pomogli jej wyszukać szkołę z internatem. Po roku uczennica była z powrotem w Ameryce. Kontynuowała naukę w Milton Academy w Massachusetts. Ponieważ podziwiała kunszt Michała Urbaniaka, zaczęła grać jazz na skrzypcach. Na warsztatach jazzu poznała profesjonalnych muzyków jazzowych. Zaprosili ją do wstąpienia do ich zespołu.

„Weszłam w skład prog rockowej grupy You Were Spiraling i niemal w każdy piątek, ze skrzypcami elektrycznymi, wzmacniaczem i plecakiem pełnym efektów gitarowych, wskakiwałam do autokaru Greyhounda na próby i koncerty do Nowego Jorku. Graliśmy w najróżniejszych klubach: CBGB's, Knitting Factory, Joe’s Pub, Mercury Lounge,Irving Plaza – często otwierając koncerty większych grup, jak They Might be Giants. Mieliśmy dostać nawet kontrakt na płytę, ale w rezultacie do tego nie doszło” – wspomina Sylwia.

Po ukończeniu szkoły średniej młoda Polka przeniosła się na stałe do Nowego Jorku. W NYU studiowała biznes muzyczny, a także kompozycję i jazz. Grała jednocześnie w różnych grupach rockowych i jazzowych. Postanowiła też uczyć się aktorstwa w studio Stelli Adler, by – jak mówi – poprawić swoje samopoczucie na scenie w tych momentach, kiedy nie gra.

„Przerabialiśmy 'Tramwaj zwany pożądaniem' Tennessee Williamsa. Zadziwił mnie zwłaszcza monolog Blanche. Tekst był dla mnie jak granie muzyki – z melodią, rytmem, improwizacją. Różnica była taka, że sama byłam tym instrumentem, podczas gdy grając na skrzypcach czułam się odłączona” – tłumaczy nasza rodaczka.

Zafascynowana teatrem absolwentka NYU zapisała się do Lee Strasberg Theatre and Film Institute – szkoły aktorskiej, którą ukończyło wielu renomowanych amerykańskich aktorów.

Przypominając ten okres, Sylwia opowiada o zaciekawieniu techniką Strasberga, która polega na otworzeniu wszystkich zmysłów i używania siebie, swego życia do kreowania postaci.

„Wchodzimy w postać przez zmysły, dotyk, słuch. Wchodzimy w przeżycia z dzieciństwa, omijając blokady, które nie pozwalają uzewnętrznić przeżyć. Wchodzimy w wielkie stany emocjonalne, co otwiera nas emocjonalnie. Dzięki temu zarysowujemy głębiej charakter postaci” – przekonuje aktorka z entuzjazmem.

Aktorstwo dodało do muzyki coś – akcentuje – co pozwoliło jej używać w większym stopniu samą siebie. Stało się to dla niej nową ekspresją artystyczną. W muzyce czuła, że odcina się od swojego ciała. Aktorstwo umożliwiło jej natomiast zaoferować wszystko, czym sama jest.

„Grałam najrozmaitsze postacie, od kruchych kobiet z południa Williamsa przez Ofelię Shakespeara, po rolę Hitlera w 'Szwejku' Brechta czy rolę Esther w sztuce Bergmana na podstawie filmu 'Milczenie'” – wylicza Sylwia.

Po skończeniu szkoły młoda artystka musiała się zmierzyć z prawdziwym światem nowojorskiego aktorstwa. Rzeczywistość nie w pełni ją satysfakcjonowała.
„Każdy agent, castingowiec mówił, że muszę się pozbyć akcentu. Dostawałam się jedynie na castingi do ról kobiet z Europy Wschodniej, Polek lub Rosjanek, będących albo prostytutkami czy sprzątaczkami, albo ofiarami wojny bądź niewolnictwa seksualnego. Koniec końców dostawały te role Amerykanki. Castingowcy tłumaczyli, że mają one… lepszy, mocniejszy akcent” – opowiada Sylwia.

Ucieczką od tych stereotypowych ról były eksperymentalne produkcje teatralne, gdzie reżyserzy chcą często, by aktor grał siebie samego. Tu Sylwia mogła prezentować inny obraz Polki – zarysowany i napisany przez siebie.

„Taki projekt był w teatrze Flea, Sigourney Weaver i Jima Simpsona. W 'Seating Arrangements' mogłam opowiedzieć o Janie Pawle II, księdzu Popiełuszce i o moich doświadczeniach bycia Polką. Próby trwały trzy miesiące. Pięć dni w tygodniu, osiem godzin dziennie. Tekst koordynował dramaturg. Reżyserem był Duńczyk, dzięki czemu na premierę przybył książę duński, który odwiedził Nowy Jork. Było to miłe, bo we wcześniejszej produkcji reżyserowałam i grałam 'Hamleta'” – mówi Sylwia.

Aktorka doszła też do wniosku, że jeszcze innym sposobem dla uniknięcia stereotypu będzie kreowanie przez nią samą ról dla siebie.
„Pierwszą taką próbą była sztuka 'Mozart’s sister' (nie mylić z filmem) wystawiona podczas nowojorskiego festiwalu monodramu United Solo Festival, który założył polski aktor i reżyser Omar Sangare. Otrzymaliśmy tam nagrodę za kostium i zaproszenie, by wystąpić jeszcze raz na zakończenie całego festiwalu” – przypomina.

Jak dodaje, ucieszyła ją też możliwość dotarcia z swym monodramem do Polonii. Jego fragmenty zaprezentowała w nowojorskim Konsulacie Generalnym RP. Pojawił się też artykuł w „Nowym Dzienniku”. Z kolei Fundacja Kościuszkowska zaprosiła po festiwalu spektakl do swojej siedziby. Sylwia pokazała tam już zmodyfikowaną przez siebie wersję.

„'Mozart’s sister' to był mój projekt. Zaprosiłam do napisania monodramu kogoś innego, ale tekst nie w pełni mnie zadowalał. Pomimo sukcesu czułam, że moja wizja tego projektu nie była do końca przedstawiona. Dlatego napisałam nowy monodram 'The Other Mozart'” – uzasadnia.

Bohaterką jest wciąż siostra Amadeusza Mozarta. Sztuka – akcentuje autorka – opiera się teraz na faktach, listach i dociekaniu prawdy.
„Historia tej kobiety, Marii Anny Nannerl, jest fascynująca. W dzieciństwie była podobnie jak brat uważana za cudowne dziecko. Wraz z Amadeuszem koncertowała w całej Europie. Kiedy jednak skończyła 18 lat, tego rodzaju występy kobiet uważane były za nieprzyzwoite. Została w Salzburgu, czekając aż Amadeusz dostanie pozycję na dworze, by rodzina się tam mogła przeprowadzić. Nie doczekała się i musiała wyjść za mąż. Jej życia było tragiczne. Musiała wejść na ścieżkę typową dla kobiet w tamtych czasach. Chociaż komponowała, nic się z tego nie zachowało. Większość ludzi nawet nie wie o jej istnieniu” – konstatuje Sylwia.

Aktorka nie przeoczyła, że czasem mówi się o ułomności kobiet, padają kpiące pytania, gdzie kobiety Mozarty, Beethoveny? Przypomina, że również jako muzyk jazzowy i rockowy w Nowym Jorku była w zasadzie jedyną instrumentalistką na scenie. Kobiety występowały głównie jako wokalistki.
„Kiedy się dowiedziałam, że siostra Mozarta była tak utalentowana, musiałam zbadać, co się faktycznie stało. Amadeusz w listach bardzo komplementował jej mądrość i kompozycje. To mnie bardzo poruszyło” – przekonuje.

Sylwia gra w tej sztuce sama. Muzykę skomponował jej mąż Nathan Davis oraz Phyllis Chen, którzy są związani z nowojorskim festiwalem Mostly Mozart. W sztuce – zwraca uwagę autorka – jest zresztą tylko trochę Mozarta. Reszta to muzyka eksperymentalna.

„Nie próbujemy wykreować tego, co Nannerl by napisała w tamtych czasach, lecz świat jej wyobraźni. Wykorzystujemy dźwięki filiżanek, wachlarzy, dzwonów kościelnych, pozytywek czy klawesynu” – opisuje Sylwia.

Reżyserem monodramu jest Isaac Byrne. Polka występuję tam w kremowej sukni, która rozpościera się na całą scenę i jest jakby całym światem Nannerl. Kostium zaprojektowała Magdalena Dąbrowska z Warszawy.

„Sztuka podlega różnym próbom. W dalszym ciągu ją przerabiamy i zgłaszamy na różne festiwale. Mamy nadzieję na jesienną premierę w Nowym Jorku. 'The Other Mozart' zainteresował broadwayowskiego producenta. Jeżeli jednak wejdzie na Broadway, na pewno w roli głównej wystąpi Meryl Streep” – śmieje się autorka sztuki. 

Pytana, dlaczego zdecydowała się na pobyt w USA, Sylwia nie ma żadnych wątpliwości. Została w Ameryce, gdyż ją „tak Bóg prowadzi”. Był czas, kiedy mogła być zmuszona do wyjazdu po skończeniu szkoły aktorskiej. Na dwa miesiące przed upływem terminu ważności wizy w skrytce pocztowej zalazła zawiadomienie o wygraniu wizy na loterii. „Ameryka też mnie jakoś wybrała” – powiada.

„Dla mnie właśnie tutaj jest swoboda ekspresji, wyrażania siebie. W muzyce słyszałam wolność. To mnie przede wszystkim motywowało już jako nastolatkę po przybyciu do Stanów. Tak jest do dzisiaj. To, czego doświadczyłam w Ameryce, to możliwość odkrycia siebie i swojego potencjału. Mogłam się tutaj przekonać, czym jest dla mnie szczęście” – zaręcza Sylwia.

Autor: ND