Teren nieogrodzony. Fitness-filozofia

14

“Niebezpieczeństwo, którego się najmniej spodziewamy, przychodzi do nas najszybciej” – Wolter.

– Wstajesz? – mąż dotyka mojego ramienia i na wszelki wypadek nawet lekko nim potrząsa.
Budzik zapiszczał już kilka minut temu, a po mojej stronie łóżka zero ruchu.
– Yyy… – odpowiadam i usiłuję przewrócić się na drugą stronę. Nie dam rady.
– Dobrze się czujesz? Chora jesteś? – padają wykluczające się pytania. A mówią, że to kobiety są nielogiczne.
– Nie, nic, tylko nie dam rady się ruszać.
– Dlaczego?
I to pytanie jest już nie tylko nielogiczne. Ono jest z gruntu głupie.
Jak to dlaczego? Przecież dwa dni temu byłam w klubie fitness! Półtorej godziny tam byłam. Półtorej godziny zasuwania na maszynach i to uczciwie, bo ze Starszą tam byłam, a kto ma dzieci ten wie, jakie one potrafią być. Wredne. Ani się człowiek obejrzy, a już w jakichś wyścigach z nimi jest, kto więcej, kto szybciej, kto wytrzyma.
Wytrzymałam, spokojnie. Taka stara i niesprawna to jeszcze nie jestem.
Tylko, że wczoraj po południu zaczęłam rejestrować pewne niepokojące objawy. Miałam trudności z wchodzeniem po schodach oraz z zalewaniem herbaty z pełnego czajnika. Pełen czajnik to ciężki czajnik i żeby go podnieść trzeba użyć dokładnie tych samych mięśni, które pracują przy odpychaniu od siebie drążka na maszynie do ćwiczeń mięśni klatki piersiowej i ramion. Przyrządy na tzw. „modelację” wewnętrznych i zewnętrznych mięśni ud załatwiły mi wspomnianą mobilność na schodach.
– Dobrze się czujesz? – zapytała mnie już wczoraj po południu Starsza.
– A co? – obruszyłam się w pierwszej chwili. – Miałaś nadzieję, że padnę? Nie ze mną te numery, Bruner. Trochę mnie tylko ciągnie w nogach. A ciebie nic nie boli?
Jakby nie patrzeć, to była dla Starszej pierwsza formalna wizyta w fitness klubie. Dla mnie nie pierwsza, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że ostatnia odbyła się przed Dziękczynieniem, to właściwie też jak pierwsza.
A wszystko przez narty. Jedziemy niedługo na kilka dni i Starsza, entuzjastka desek, lecz do tej pory wróg wszystkich innych sportów, wpadła na pomysł, że sobie poprawi kondycję. Przez „kondycję” rozumiemy tu głównie fakt, że chce zaimponować koleżance, która też z nami jedzie, a obwieściła niedawno, że chodzi z mamą na fitness, żeby mieć lepszą formę.
Gwoździem do mojej trumny była olimpiada w Soczi.
– Słyszeliście? – zapytała Starsza podczas relacji ze slalomu giganta. – Oni przez większą część roku wcale nie trenują na śniegu, a tylko tak generalnie. Sprawność, siłę, gibkość. W fitness klubach!
Potem zapisałam nas obie do klubu, a potem właśnie była ta niedziela, gdy zainicjowałyśmy ze Starszą członkostwo w rzeczonym.
– Czy mnie boli…?. – zawahała się Starsza.. Machnęła dla pewności ręką, nogą i już wiedziała. – Tylko odrobinę uda. Ale prawie nic. To kiedy idziemy znowu? Jutro?
Jutro to było właśnie dzisiaj i mąż sam poszedł budzić dzieci do szkoły.
– Co z mamą? – obie wsunęły głowy do sypialni.
– Syndrom pofitnessowy – wyjaśniałam. – Trochę się, ekhm, nie dam rady ruszać.
– Dlaczego? – tym razem głupie pytanie zadała Starsza.
Nie odpowiedziałam i w obronie własnej godności zwlokłam się z łóżka. Nie będę opisywać, jak to wyglądało, bo po co. Wystarczy, że moja własna rodzina miała ubaw po pachy.
– Ale ty wiesz, co jest najlepsze na zakwasy? – dokopała mi Starsza w drodze do szkoły.
Czy już mówiłam, że w miarę upływu lat nabieram coraz większej pewności, iż trafił mi się nie Anioł Stróż, a zwykły wypierdek, bo tak kompromitować mnie w oczach własnych dzieci, to naprawdę.
Na ulicach nie było śniegu i była to jedyna pozytywna rzecz. Nieskrętność i niegibkość mojego ciała byłaby dużym problemem przy gorszych warunkach pogodowych.
– Wrócić do łóżka – stęknęłam.
– O, nie – pogroziła mi Starsza. – Dalej ćwiczyć. Stawić czoło słabości! Wytrwale dążyć do celu!
Słyszałam, że w życiu przychodzi w końcu moment, gdy słyszysz z ust dziecka wszystkie górnolotne frazesy, które latami padały z twoich własnych. Tylko, na litość boską, dlaczego dzieje się to zawsze w momentach, gdy żałujesz, iż kiedykolwiek otworzyłaś usta?

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney