Twarde babki

127

“Zdarzało się, że inny żołnierz krzyczał mi w twarz: nie poradzisz sobie, bo jesteś kobietą. A ja myślałam – udowodnię ci, jak bardzo się mylisz” – mówi warszawianka Karolina Kesterson, która przez ponad cztery lata służyła w amerykańskiej armii. Zawód typowy dla mężczyzn? Niekoniecznie. Rozmówczynie “Nowego Dziennika” udowadniają, że to, jakim jesteś pracownikiem, zależy głównie od charakteru, a on nie ma płci.

Mimo że mamy XXI wiek zdarzają się sytuacje, kiedy kobiety – tylko dlatego, że nie są mężczyznami – muszą co jakiś czas udowadniać, że na swoich stanowiskach są co najmniej tak samo dobre jak oni. Dotyczy to szczególnie zawodów zdominowanych przez mężczyzn, ale nie tylko. Rozmówczynie “Nowego Dziennika” to kobiety, które doskonale wiedzą, że to, co je definiuje, nie jest wcale tym, co widzą w lustrze. Już czas, by męscy szowiniści zaczęli myśleć tak samo.

KIEDYŚ ŻOŁNIERKA, A TERAZ POLICJANTKA

W amerykańskich siłach zbrojnych służy obecnie ok. 1,5 mln osób. 15 proc. to żołnierki. W rezerwie jest ponad 1,3 mln osób – 118 tys. to kobiety. Wśród nich jest Karolina Kesterson, warszawianka, która wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, gdy miała 15 lat. “Nigdy nie interesowała mnie praca za biurkiem. Chciałam robić coś zupełnie innego i wojsko wydawało mi się idealnym rozwiązaniem. Z powodzeniem przeszłam rekrutację i kilka miesięcy później znalazłam się w bazie szkoleniowej. Czy miałam chwilę zwątpienia? Nigdy nie pomyślałam: zrezygnuje, bo to nie jest zajęcie dla mnie, ale za to pojawiały się myśli: po jaką cholerę ja to robię? – przyznaje Karolina Kesterson, od kilku miesięcy funkcjonariuszka policji w Missouri. – Praca w wojsku była dla mnie przede wszystkim służbą dla kraju. Nie poszłam tam, by poznać męża lub by flirtować z innymi mężczyznami. A tak niestety część żołnierzy postrzega dziewczyny w wojsku, że są tam wyłącznie dla zabawy czy chęci przeżycia przygody. Nie mieści im się w głowie, że kobieta nie tylko może, ale często jest lepsza od faceta na placu boju. Trzeba im to cały czas udowadniać”.

Rozmówczyni “Nowego Dziennika” służyła w amerykańskich siłach zbrojnych przez cztery i pół roku. W tym czasie była na kilku misjach, m.in. w Afganistanie. “Było niebezpiecznie, nawet bardzo niebezpiecznie. Stacjonowałam w mniejszej bazie, otoczonej górami. Kilka razy zostaliśmy zaatakowani, ale na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych. Innym razem został ostrzelany pojazd, który prowadziłam, ale także nikt nie zginął” – opowiada Karolina. Jako jedna z nielicznych kobiet służyła w Dywizji Powietrznodesantowej. Podczas szkolenia, w klasie liczącej 70 osób, były tylko cztery dziewczyny. “Szczególnie zapamiętałam jednego sierżanta, który wielokrotnie krzyczał mi w twarz, że sobie nie poradzę, bo jestem kobietą. A ja tylko zaciskałam pięści i myślałam sobie – udowodnię ci, jak bardzo się mylisz”. Szkolenie na “podniebnych żołnierzy” jest bardzo ciężkie i nie każdy wytrwa do końca. Nie ma też czegoś takiego jak podwójne standardy, więc kobiety nie mogą liczyć na lżejsze traktowanie. Wymagania są takie same jak w przypadku mężczyzn. Nawet sprzęt, którym się posługują, waży tyle samo – ok. 65 funtów. “Czy pamiętam swój pierwszy skok? Bardzo dobrze. Byliśmy na wysokości ok. 800 metrów i nie można było powiedzieć – rozmyśliłam się. Był tylko jeden kierunek powrotu na ziemię. Zresztą sierżant wyjaśnił krótko – jak nie skoczysz, to poczujesz mój but na swoim tyłku, po prostu wykopię cię z helikoptera. To był też taki moment, kiedy pomyślałam sobie – po jaką cholerę się na coś takiego zdecydowałam. Ale takie myśli pojawiały się w moje głowie tylko od czasu do czasu. Były też i łzy. Nie przez wysiłek, ale bardziej z tęsknoty za bliskimi”.

Gdy mówię Karolinie, że służba w wojsku, to raczej męskie zajęcie, a przynajmniej tak jest postrzegane, odpowiada, że najważniejszy jest charakter. “Na pewno trzeba być twardą kobietą, by zostać żołnierką. Nie dać się zdominować przez współtowarzyszy, wierzyć w to, co się robi, i uparcie dążyć do celu, no i być wytrzymałym fizycznie – zdarzyło mi się, że moje stopy tak krwawiły podczas treningów, że krew przeciekała przez buty wojskowe, ale nie przestawałam ćwiczyć, nie tylko dlatego, że nie mogłam, ale nie chciałam się poddać. Dokładnie taki sam musi być facet – też z twardym charakterem, bo inaczej sobie nie poradzi. Ja miałam duże szczęście, że trafiłam na fajnych żołnierzy w trakcie szkolenia i bardzo szybko stworzyliśmy zgraną paczkę, wspieraliśmy się w gorszych chwilach. Natomiast są sytuacje, gdzie nikt za ciebie nie zdecyduje, jak masz się zachować – możesz liczyć tylko na siłę swojego charakteru, a on nie ma płci”. Po przejściu do rezerwy Karolina Kesterson skończyła studia i została mamą. W czerwcu ub. roku dostała się do akademii policyjnej w Missouri. Od stycznia patroluje jedno z miasteczek w okolicach Ferguson. “Nie jest to najbardziej niebezpieczny sektor w regionie, ale też mamy do czynienia z napadami, kradzieżami, sporo osób nadużywa alkoholu czy narkotyków. Moja zmiana zaczyna się o godz. 8 wieczorem” – opowiada.

Jak tylko odsłuży tam cztery lata, chce się przenieść do jednostki specjalnej. “Można ją porównać do oddziałów SWAT. Z tego co mi wiadomo, nie ma tam jeszcze żadnej kobiety, więc będę pierwsza”. Na pytanie, czy pozwoliłaby swojej córce wstąpić do armii lub w szeregi policji, odpowiada: “Byłabym najdumniejszą mamą na świecie i na pewno mocno bym jej kibicowała. To nie szminka czy tusz do rzęs definiuje cię jako kobietę, a twoje wewnętrzne piękno i siła”.

CO SIĘ MÓWI? KOCHAM CIĘ!

Sporo siły i też w pewnym sensie odwagi wymaga powiedzenie sakramentalnego “tak” osobie, która tuż po ślubie ma zaplanowany kontrakt w Afganistanie. Mąż Karoliny Burton z Utah jest specjalistą od sterowania samolotami bezzałogowymi i jako pracownik cywilny przez jakiś czas stacjonował w bazach wojskowych. “Niby miał lepsze warunki niż żołnierze, to znaczy bezpieczniejsze, bo mieszkał w części dodatkowo zabudowanej, ale już na stołówkę chodził tam, gdzie dostęp mieli tubylcy, a wśród nich na przykład talibowie. Najgorsze chwile? Jak w trakcie rozmowy połączenie nagle zostało zerwane i przez kolejne dwa czy trzy dni, a czasem tydzień nie mogłam się dowiedzieć, co się stało w bazie męża” – mówi gdańszczanka Karolina, mama dwójki dzieci: 6-letniej Zoey oraz 4-letniego Maksa.

Gdy poznała męża w 2002 roku, dwa lata po wyemigrowaniu do USA, jej ukochany był jeszcze żołnierzem, po kilku latach przeszedł do rezerwy i po jakimś czasie dostał się do firmy, która współpracuje z rządem. “Był taki czas, że w domu spędzał tydzień, a później na kolejne miesiące leciał do Afganistanu. Co się mówi przy pożegnaniu? Czasem same łzy wystarczą. Dużo się modliłam. Żartuję, że nawet do Buddy, by tylko nic mu się nie stało. Nie da się przestać myśleć o tym, gdzie jest mąż, co się z nim teraz dzieje, co robi? Czy nikt go nie zaatakuje? Czy nikt w bazie nie wysadzi się w powietrze. Jak udało nam się połączyć na Skypie czy przez telefon, to rozmawialiśmy wyłącznie o błahych sprawach. Nie chciałam go denerwować, a jak mogłam się pożegnać przed zerwaniem połączenia, to mówiłam po prostu 'kocham cię i mam nadzieję do zobaczenia wkrótce'” – dzieli się swoimi wspomnieniami Karolina.

Według niej nie każda kobieta nadaje się na partnerkę żołnierza, zresztą tak samo jak strażaka czy policjanta. “Nieprzyjemne są momenty, gdy się nikogo nie spodziewasz i słyszysz dzwonek do drzwi. Pierwsza myśl? Czy to ktoś z firmy męża z informacją, że on nie żyje? W ub. roku chłopak, który pracował tak samo jak mój mąż – nie był żołnierzem tylko pracownikiem fizycznym – leciał helikopterem, który został zestrzelony. Zdarzyło się to tuż przed jego powrotem do domu”. Karolina nigdy nie zapomni, jak w trakcie spotkania z przyjaciółkami w kawiarni usłyszała w telewizji, że doszło do ataku na bazę jej ukochanego. “Na początku zrobiło mi się słabo, zaniemówiłam, nogi miałam jak z waty. Później, jak doszłam do siebie, to próbowałam się czegoś dowiedzieć, ale w takich sytuacjach baza zostaje kompletnie odcięta. Więc czekałam, a każda minuta była koszmarem” – wspomina. Ostatni raz mąż Karoliny był w Afganistanie jakiś czas po urodzeniu synka. “W trakcie porodu nie zadziałał żaden środek i prawie zemdlałam z bólu, ale to nie miało znaczenia. Okazało się, że synek miał wadę serduszka. Na szczęście nie aż tak poważną. Czuwałam przy nim cały czas. Aż nawet pielęgniarki na mnie krzyczały, że przecież dopiero co jestem po tak ciężkim porodzie i mam natychmiast się położyć. Tymczasem to maleństwo pozwoliło mi zapomnieć o wiecznie towarzyszącym strachu o męża, bo byłam skupiona na synku. Na tym, by jak najszybciej wyzdrowiał”.

Gdy pytam Karolinę, czy uważa się za twardą babkę, odpowiada, że taki tytuł przyznałaby bardziej siostrom. Jedna z nich pracuje dla rządu, druga jest terapeutką i zajmuje się dziećmi autystycznymi. “Często wraca z pracy pogryziona i podrapana, ale nic jej tak nie cieszy jak postępy chorych maluchów. Ostatnio wysłała mi SMS-a, że dziewczynka, którą się zajmuje – z którą nie było żadnego kontaktu – zaczęła wymawiać pierwsze słówka. Moja siostra powoli przebija się przez mur tej strasznej choroby. To jest niesamowita siła!”.

INŻYNIER SANITARNY

Magdalena Gąsior jest inżynierem sanitarnym. Kiedyś pracowała m.in. nad projektem jednego z elementów systemu oczyszczania ścieków w oczyszczalni na Greenpoincie. Obecnie pracuje w firmie PW Grosser na Long Island, która świadczy usługi środowiskowe, projektuje systemy ściekowo wodne, oraz dokonuje analizy środowiskowe w kwestii oczyszczania gleby. Do obowiązków Magdaleny należy m.in. projektowanie systemów wodno-kanalizacyjnych oraz zarządzanie budową. Tak jak wszystkie zawody związane z budownictwem inżynier sanitarny nie należy do popularnych wśród kobiet. Poza tym to generalnie bardzo wąska specjalizacja. „Niewiele ludzi idzie na ten kierunek, bo ze wszystkich inżynieryjnych projektowanie systemów wodno-ściekowych nie jest uważane za sexy. Ale to zawód z dużą przyszłością, dający ogromne bezpieczeństwo pracy, bo albo projektujesz coś nowego, albo coś starego się psuje i trzeba to przerabiać. A wiadomo, system kanalizacyjny i woda zawsze będą potrzebne” – tłumaczy Magdalena. Sama studiowała chemię na NYU oraz równolegle inżynierię środowiska na Stevens Institute of Technology w Hoboken. Miała iść na ochronę środowiska, ale uznała, że inżynierię za bardziej przyszłościowy i praktyczny zawód.

Jak się okazało, miała rację, bo obecnie przeszło 70 procent pracowników to osoby po 50. roku życia, z czego co najmniej 50 procent skończyło 65 lat. „To zawód, w którym nie ma tzw. middle management. A firmy mają teraz problem ze znalezieniem pracowników – tłumaczy Magdalena, która kilka razy w miesiącu otrzymuje nowe oferty pracy. – Jako kobieta jestem rozchwytywana, bo – po pierwsze – pracodawcy próbują różnicować kadrę, po drugie – jestem jedną z nielicznych inżynierów licencjonowanych”. Jej zdaniem nie jest to zawód trudny dla kobiety. „Ja głównie projektuję, czasami chodzę na budowę albo wyjeżdżam do klienta”– opowiada. Coraz częściej jednak od inżyniera sanitarnego wymaga się, aby brał udział w zdobywaniu klienta. „Trzeba wiedzieć, jak rozmawiać z ludźmi, współpracować z innymi firmami. To o wiele łatwiej przychodzi mnie jako kobiecie niż moim kolegom inżynierom” – mówi Magdalena. Jako inżynier sanitarny Magdalena Gąsior pracuje już od 2004 r. Pracę zawodową od pięciu miesięcy łączy z wychowywaniem dwóch synów bliźniaków.

WŁAŚCICIELKA FIRMY BUDOWLANEJ

“Klienci często dziwią się, gdy odbieram telefon. Pytają, czy jest jakiś mężczyzna, z którym mogliby rozmawiać. Potem w kontakcie osobistym, gdy przyjeżdżają na rozmowę, już lepiej idzie – mówi Anna Rybska z Toms River, NJ, która prowadzi firmę LeAnn Investment Associate LLC oraz budowlaną LeAnn Enterprises LLC. Firmy te zajmują się budową domów oraz renowacjami i przebudowami. – Niektórym przeszkadza, że mają do czynienia z kobietą, są nieufni, bo jest taki stereotyp, że kobieta nie wie wiele o budownictwie. Tymczasem ja uwielbiam to, co robię”. Anna Rybska przyjechała do Stanów Zjednoczonych dziesięć lat temu. Mąż, który jest murarzem, już prowadził wtedy działalność budowlaną. “Postanowiliśmy ją rozwinąć. Rozbudowaliśmy firmę i zaczęliśmy budować nowe domy. Mnie to bardzo ciekawiło, więc przejęłam stery” – mówi Anna Rybska, która zajmuje się wszystkim, od kupna działki, poprzez rozmowy z architektami, załatwianie podwykonawców budowlanych, dopełnianie formalności związanych z uzyskiwaniem pozwoleń po kontakty z klientami. “Mąż mi pomaga i wspiera mnie w działalności biznesowej” – dodaje pani Ania, która niedawno uzyskała licencję na pośrednika sprzedaży nieruchomości, żeby ułatwić sobie dostęp do rynku. Zrobiła też kilka kursów wymaganych w dziedzinie, w której działa, w tym OSHA, licencję budowlaną, i sama interesuje się nowościami, jeśli chodzi o materiały budowlane.

“To nietypowe, żeby kobieta zajmowała się tego rodzaju firmą” – przyznaje Rybska, ale nie przejmuje się stereotypami i wie, jak rozmawiać z mężczyznami. “Gdy przychodzę do pracy, na miejsce budowy, czy na spotkanie z podwykonawcami, zawsze podaję mężczyznom rękę. Od razu inaczej reagują i traktują mnie bardziej po partnersku” – mówi Polka, która również dobrze sobie radzi z klientami ze społeczności żydowskiej, licznej w rejonie Toms River, którzy mniej przyzwyczajeni są do załatwiania interesów z kobietami. “Słyszeli o nas, wiedzą, że cieszymy się dobrą opinią i chcą korzystać z naszych usług” – dodaje pani Ania. Jej firma wybudowała i sprzedała już 10 domów, teraz pracuje na pięcioma nowymi. “Ten rok się bardzo dobrze zaczął, mamy kontrakty na działki, które jeszcze są zalesione” – mówi pani Ania. Wyjaśnia, że jej domy są konkurencyjne na rynku, bo trafiają do klienta dobrze wykończone, z dobrze dobranymi kolorami i rozplanowanymi pomieszczeniami.

To, że jest kobietą na stanowisku, które zazwyczaj zajmują mężczyźni, pani Ania uważa za swój atut. „W 90 procentach o kupnie domu decydują kobiety. A ja wiem, czego kobieta potrzebuje. Wiem, gdzie w kuchni powinna być spiżarka; wiem, że w domu rodziny z małymi dziećmi mikrofalówka nie może być nisko zainstalowana, bo dziecko ją otworzy i krzywdę sobie zrobi. Umiem zwrócić uwagę na takie rzeczy, które kobietom ułatwiają życie. Staram się, aby w domu jak najwięcej było szaf i żeby wszystkie zakątki były wykorzystane – podkreśla pani Ania, która – jako kobieta – zwraca też mocno uwagę na detale, np. w wykończeniu ścian. – Staram się, żeby każdy z domów był inny, żeby nie powtarzać kolorów, żeby na ścianach były ładne płytki” – twierdzi nasza rozmówczyni, która czasami odwiedzi 10 sklepów, zanim wybierze odpowiednie płytki, na bieżąco też śledzi nowe trendy we wzornictwie „Na studiach w Polsce miałam zajęcia z marketingu i reklamy. Uczyliśmy się, jak dobierać kolory. To mi bardzo pomogło – dodaje. – Na UJ zawsze śmialiśmy się z działu budowlanego, bo to był kierunek przetrwania. Tam szli ci, którzy nie dostali się gdzieś indziej. A teraz sama w tym pracuję”.

Gdyby nie firma budowlana, to zajęłaby się polityką. Lubi ten temat, poza tym zanim przyjechała do Stanów, studiowała nauki polityczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tutaj zrobiła studia podyplomowe z nauczania języka polskiego, bo oprócz prowadzenia firmy, uczy w Akademii Języka Polskiego w Manchester, NJ. Poza tym jest mamą dwóch chłopców w wieku 6 i 8 lat. „My, Polki, mamy predyspozycje do tego, by odnosić sukcesy we wszystkich dziedzinach życia. Potrafimy docenić to, co mamy, patrzeć przed siebie i realizować marzenia – mówi pani Ania. – Zresztą kobiety mogą wszystko robić. Najważniejsze, żeby znaleźć w życiu to, co się lubi, i krok po kroku dążyć do celu”. Podobnie uważa Dagmara Cisowska z New Jersey, która zajmuje się remontowaniem domów, a następnie ich sprzedawaniem. “Ja tylko wyglądam na słabą kobietę” – podkreśla Dagmara. Faktycznie jest szczupłą, zadbaną blondynką. W dodatku na place budów często przychodzi w szpilkach. “Ostatnio kupowałam deski, z których będę robić ścianę. Sprzedawca popatrzył na mnie i nie kryjąc zdziwienia zapytał, czy na pewno dam sobie radę? Odpowiedziałam, że może być o to spokojny. On tylko jęknął: O Jeezuuniuu! Na pewno?!”. Tego typu sytuacje zdarzają się Dagmarze dość często. “Na przykład w sklepie elektronicznym. Zapytałam o konkretną część, a pan zaczął tłumaczyć, jak ona działa, patrząc na mojego byłego męża, a nie na mnie. Jakby zakładając, że nic nie zrozumiem. Kilka razy też zdarzyło się, że jakiś męski szowinista próbował mnie oszukać mówiąc, że na przykład nie da się przerobić schodów, tylko trzeba zamontować nowe, tak by pasowały do projektu, co z kolei generowało większe koszty. Jak wtedy reagowałam? Tłumaczyłam, że się da i dziękowałam za współpracę. Mina pana, który uświadamiał sobie, że ‘baba, a jednak się zna’ – bezcenna”.

Rozmówczyni “Nowego Dziennika” remontuje obecnie dom w Garfield. “Co sama potrafię zrobić? Raczej wszystko – położę kafelki, tapetę, pomaluję ściany, wywiercę dziury… Ale od pewnego czasu zatrudniam stałą ekipę fachowców, którzy mi pomagają. Na początku byli zdziwieni, że kobieta tak dużo wie o remontach i tak dobrze się na tym zna. Natomiast są to świetni pracownicy i bardzo dobrze się dogadujemy”. Dagmara przyznaje, że już jako nastolatka marzyła, by zostać kierowniczką budowy. Ostatecznie, skończyła m.in. projektowanie wnętrz, co bardzo pomaga jej w obecnym zajęciu – jej domy są nietuzinkowe i co bardzo ważne, funkcjonalne. – Zdarza się, że na spotkaniu z przyjaciółkami one proszą, bym już przestała gadać o pracy – o kafelkach, granitach, łączach… Ale nic na to nie poradzę, to jest moja pasja”.

BOKSERKA

Jej przyjaciółki i znajomi przez pewien czas nie wiedzieli, że trenuje. Tylko mama od początku była wtajemniczona. Babcia, gdy się dowiedziała, nie była zachwycona, ale potem się przyzwyczaiła do tego, że wnuczka robi karierę w sztukach walki. “Myślę, że teraz przyjaciele i rodzina wspierają mnie w tym, co robię, bo widzą, że poważnie do tego podchodzę” – mówi Beata Zięba, która trzy lata temu zaczęła trenować kickboxing w Klubie Sportów Walki Holy Team koło Zakopanego, skąd pochodzi, i już ma na swoim koncie wicemistrzostwo Polski. “W naszym klubie były tylko cztery dziewczyny, w tym dwie były czynnymi zawodniczkami” – mówi Beata, dodając, iż kickboxing, tak jak inne sporty walki, staje się popularny w Polsce, również wśród kobiet, ale wciąż mało przedstawicielek płci pięknej widać na ringach. “Dalej jest traktowany bardziej jako męski sport” – mówi. Cztery miesiące temu Beata przyjechała do Nowego Jorku, by rozwijać się sportowo, bo – jak twierdzi – tu są większe możliwości. “Trenerów w Polsce mamy bardzo dobrych i fantastycznych zawodników, ale nie przeznacza się na ten sport pieniędzy. Tutaj jest też większe zaplecze i organizacja” – tłumaczy. Gdy pierwszy raz poszła na siłownię na Brooklynie, powiedziano jej, że mają bardzo dobrego trenera boksu i przerzuciła się na tę sztukę walki. “Nawet bardziej mi się podoba niż kickboxing” – mówi Beata, która w tym sporcie teraz chce się rozwijać. Przyznaje, że boks jest ciężki, tak jak każdy inny sport wyczynowy. “Jest kontuzyjny. Wymaga wielkiego poświęcenia, samozaparcia, wyrzeczeń i czasu” – wylicza Beata, ale podkreśla, że to wcale jej nie zniechęca.

INŻYNIER BUDOWLANA

Kasia lubi wyzwania, stąd wybrała ten zawód. „Każdy dzień w tej pracy jest inny, nie ma nudy w robocie. Oczywiście zdarzają się okresy spokojne i wolne, ale ogólnie zawsze się coś dzieje i trzeba gdzieś być, coś zrobić, coś z kimś dogadać. Nie wyobrażam sobie siebie 8 godzin za biurkiem z nosem non stop w komputerze” – mówi Kasia, która też chwali sobie pracę z mężczyznami. „Na początku pracownicy bardzo zwracali uwagę, żeby się przy mnie dobrze zachowywać, bo przy kobiecie nie przystoi się rugać czy być wulgarnym. Z czasem, jak zobaczyli, że i ja potrafię rzucić jakimś przekleństwem, to się już tak nie przejmowali” – opowiada Kasia, ale przyznaje, że mimo wszystko pracownicy fizyczni nie są przyzwyczajeni do tego, żeby kobieta wydawała im polecenia. “Nie musi to jednak oznaczać, że jej nie szanują. Po prostu muszą się z tym oswoić. Wiadomo, zdarzają się niewychowane gbury, ale to najczęściej wśród małolatów, którzy ogólnie nie potrafią się zachować w żadnej sytuacji” – tłumaczy nasza rozmówczyni.

“Na pewno będąc dziewczyną, w pierwszej fazie pracy z nową ekipą trzeba więcej czasu i więcej wysiłku na 'udowodnienie', że wiemy, co robimy. To czasem wkurza. Jednak, jak już mam swoich ludzi, to jest ok. Oni wiedzą, na co mnie stać, i nic nie trzeba nikomu udowadniać. Na szczęście u mnie firmie już jest opinia, że nie można ze mną zadzierać i jak jest się fair w stosunku do mnie, to i ja jestem fair” – opowiada Kasia. Jej zdaniem pracownicy generalnie lubią sprawdzać swoich szefów i szukają sposobów, żeby wyczuć, na ile sobie mogą sobie pozwolić. “Robią to niezależnie od tego, czy mają do czynienia z kobietą czy mężczyzną. Czasem da się zauważyć, że nie pasuje pracownikom to, że baba im będzie mówić, co mają robić, ale na szczęście nie zdarza się to często” – twierdzi Kasia. Mimo że jest inżynierem, to pracując na budowie czasami sama musi wykonać jakąś fizyczną pracę. “Nieraz mi się zdarzyło łapać za wiertarkę, piłę, wkrętarkę czy inne narzędzia, żeby szybko coś zrobić, bo tak po prostu trzeba – zaznacza nasza rozmówczyni. – Do tych cięższych prac muszę brać kogoś z pracowników. Wtedy silniejszy facet się przydaje. Ale taki urok tej pracy. Po prostu coś za coś”.

Autor: Anna Arciszewska, Aleksandra Słabisz