Uciekli, bo pragnęli wolności

396
Krzysztof Wasielewski przy "Wiedeńczyku" w Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie FOTO: ANNA KACZMARZ/DZIENNIK POLSKI

Niedawno ukazała się szósta książka autorstwa naszego redakcyjnego kolegi Janusza M. Szlechty, zatytułowana "Lot w stronę wolności". Warto po nią sięgnąć chociażby dlatego, że autor opisuje w niej głośne wydarzenie, które miało miejsce w czasie stanu wojennego w Polsce. Wydała ją Oficyna Wydawnicza Impuls w Krakowie.

Pozycja jest wywiadem – rzeką z KRZYSZTOFEM WASIELEWSKIM, który mieszka w USA, niedaleko stolicy stanu Nowy Jork, Albany. Tenże pilot uciekł w stanie wojennym, 1 kwietnia 1982 roku, samolotem An-2 z Krakowa do Wiednia. Samolot, którym uciekł wraz z kolegami i ich rodzinami, znajduje się teraz w Muzeum Historii Lotnictwa w Krakowie.

Okładka książki „Lot w stronę wolności”
FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/ NOWY DZIENNIK

Tak to się zaczęło…

– Zadzwonił redakcyjny telefon. Kiedy podniosłem słuchawkę, usłyszałem miły, ciepły, męski głos: „Nazywam się Krzysztof Wasielewski. Chciałbym spotkać się z panem i porozmawiać. Zależy mi na tym, aby nagłośnić sprawę zbiórki pieniędzy dla Fundacji ‚Wiedeńczyk’. Mam dużo do opowiedzenia, więc słuchanie mnie będzie wymagało cierpliwości. Czy znajdzie pan dla mnie czas?” – wspomina Janusz M. Szlechta. – Zaintrygowała mnie ta nieoczekiwana propozycja. Zadzwoniłem raz, potem drugi… Rozmawialiśmy coraz częściej i coraz dłużej. Pan Krzysztof opowiedział mi kawałek swojej historii. W końcu postanowiłem z nim się spotkać. Krzysztof Wasielewski mieszka w ładnym domu w spokojnej okolicy, mniej więcej w połowie drogi między Nowym Jorkiem a Albany, stolicą stanu Nowy Jork. Przywitaliśmy się serdecznie, jakbyśmy się znali od lat. Średniego wzrostu, dojrzały, wysportowany mężczyzna wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie swoją energią i pogodną twarzą.

Krzysztof Wasielewski wciąga polską flagę na maszt przed swoim domem
w Dover Plains w stanie Nowy Jork FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/ NOWY DZIENNIK

Zasiedliśmy przy kawie i zaczął snuć swoją opowieść. Był pilotem wojskowym w 13. Pułku Lotnictwa Transportowego w Krakowie. Latał samolotem An-2. 

W stanie wojennym tym samolotem uciekł z Krakowa do Wiednia. Ucieczkę przygotował wraz z dwoma kolegami.

Dramatyczny lot był wyrazem protestu przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego

– Czekaliśmy na ten moment dosyć długo i nie można było w żaden sposób wygasić w nas entuzjazmu. Dlatego, kiedy już byliśmy przekonani, że warunki w pełni nam sprzyjają, podjęliśmy decyzję: uciekamy 1 kwietnia 1982 roku! – opowiada w książce Krzysztof Wasielewski. – Był jeszcze drugi powód, dla którego wybraliśmy tę datę. Liczyliśmy na to, że jeśli nawet pojawiłby się w radiu komunikat, że oto ucieka dwupłatowiec An-2 z Krakowa na Zachód, to nikt z obsługi stacji radarowych czy załóg pościgowych tego dnia w to by nie uwierzył, każdy potraktowałby to jako primaaprilisowy żart. To dawało nam dodatkową gwarancję bezpieczeństwa.

Nasz An-2 najpierw wystartował z Balic ze skoczkami z 6. Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej. Za sterami siedzieli Andrzej Malec i Jurek Czerwiński. Kiedy skoczkowie wyskoczyli i rozwinęli spadochrony, Andrzej poprosił o zgodę na „przelot w ramach szkolenia własnego”, czyli rundkę nad Krakowem. Tymczasem maszyna wylądowała nad Wisłą pod Czernichowem. Czekałem tam ze swoją prawie 4-letnią córką Luizą. Były też dwie matki z dziećmi: Krysia – żona Jurka Czerwińskiego z 3-letnim Łukaszem i 10-miesięczną córką Karoliną oraz Danuta – żona Andrzeja Malca z córką Kasią. Było nas 7 osób. Na miejsce dotarliśmy dwoma fiatami 126p: ja przyjechałem z córką swoim „maluchem”, a Krysia swoim z Danusią i dziećmi. Wiedzieliśmy, że jak wjedziemy samochodami za wał powodziowy, to stamtąd już nie da się wyjechać. W tym czasie były patrole na drogach, więc musieliśmy to tak zorganizować, aby nie wzbudzać podejrzeń.

Przećwiczyliśmy wcześniej „na sucho”, jak ma wyglądać lądowanie na specjalnym pasie nad Wisłą. Znaleźliśmy łąkę o wymaganych minimalnych rozmiarach do lądowania i startu w linii prostej, czyli bez zbędnego manewrowania na lądowisku. Tam rozłożyłem specjalne materiały, aby oznaczyć punkt przyziemienia i gdzie samolot powinien się zatrzymać. Musiał potem wystartować i oderwać się od ziemi, zanim zetknie się z mokradłami.

Kiedy samolot wylądował, samochodami podążyliśmy za nim. Szybko wyskoczyliśmy z samochodów, po czym wsiedliśmy bardzo sprawnie do środka. Okazało się, że na pokładzie, oprócz pilotów, jest jeszcze mechanik Bolesław Wrona. Potem się dowiedziałem, że mechanik pertraktował z Jurkiem, bo nie chciał lecieć. „Panowie, co wyrobicie – mówił. – Nie róbcie tego, bo sobie zaszkodzicie. Zawróćmy, może to się da jeszcze jakoś odkręcić”.  Jego rodzina była zaprzyjaźniona z rodziną Andrzeja Malca. Po chwili unieśliśmy się w powietrze.

Na podstawie wszystkich danych, które zebrałem w tajnej kancelarii, opracowałem szczegółowo trasę lotu – mówi w książce Krzysztof Wasielewski. – Przedstawiłem ją wcześniej kolegom i wszyscy zgodziliśmy się, nie było żadnych sprzeciwów. Plan lotu do Wiednia okazałby się szczęśliwy, gdyby nie ten niezrozumiały dla mnie do dzisiaj brak posłuszeństwa ze strony Andrzeja. Już po wystartowaniu okazało się, że Andrzej postawił mnie przed faktem dokonanym – nie lecimy trasą, którą ja wyznaczyłem, a więc nie lecimy kursem 241, lecz 220! Taki kurs miał być później, podczas lotu nad rzeką Vah na terytorium Słowacji, ale nie od Czernichowa do granicy. Wręcz błagałem Jędrka o zmianę kursu na ten ustalony wcześniej, lecz on nie chciał go zmienić. Leciał bardzo nisko, w kierunku Beskidów.

Bardzo szybko, po niecałych 7 minutach, znaleźliśmy się w górach. Poprosiłem Jędrka, żeby zmienił kurs na 270, abyśmy polecieli wzdłuż Beskidów, w kierunku Bielska-Białej. Nie zmienił kursu. W tym momencie wpadliśmy w kotlinę. Lecieliśmy tak nisko, że otaczające nas wzgórza były nie do przeskoczenia. Andrzej rozpaczliwie zaczął ciągnąć samolot do góry… Przy  niewielkiej prędkości i maksymalnym kącie natarcia nagle uderzyliśmy w drzewa na wierzchołkach gór.

Myślałem, że to już koniec z nami, zacząłem się modlić. I tu się zdarzyło coś, czego w ogóle nie przewidzieliśmy – po uderzeniu w drzewa Andrzej stracił kontrolę nie tylko nad samolotem, ale również nad sobą. Był to dramatyczny moment. W takiej sytuacji przejąłem prowadzenie samolotu. Chyba przez 15 minut prowadziłem go tak, aby wrócić na kurs i sprawdzić, jak duże są uszkodzenia, czy damy radę dokądkolwiek dolecieć. Uszkodzone było poszycie skrzydeł, nastąpił wyciek paliwa… Andrzej to widział, stąd zapewne ogromne jego zdenerwowanie.

Fragment trasy przelotu samolotu An-2, z uciekinierami na pokładzie, pomiędzy Jaszczurową a Międzybrodziem Żywieckim FOTO: Z archiwum K. Wasielewskiego

Udało nam się odzyskać prędkość kosztem wysokości i zmienić kurs na 270. Samolot w miarę dobrze się trzymał. Nie była to prędkość maksymalna, ale lecieliśmy jakieś 170 kilometrów na godzinę. Stara lotnicza zasada mówi: „Błąd poprawiony w porę nie jest błędem”. Na nasze szczęście, po przeleceniu nad wzgórzem, znaleźliśmy się nad szybko opadającym terenem, więc mogliśmy nabrać prędkości. Tereny te doskonale znałem, ponieważ przez pewien czas byłem opiekunem aeroklubu bielsko-bialskiego i często z tamtymi pilotami latałem w rejonie Żar. W okolicach Żywca Jędrek odzyskał równowagę i przejął prowadzenie samolotu. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego wówczas popełnił ten błąd – nigdy na ten temat później nie rozmawialiśmy.

Dalej lecieliśmy już zgodnie z planem: na Żylinę, do Novego Mesta nad Vahem, a potem w kierunku Austrii (…). Jako człowiek bardzo wierzący nie mam żadnych wątpliwości, że pomogła nam podczas lotu zabrana przeze mnie, jeszcze ociekająca świeżą farbą, ikona Matki Boskiej Częstochowskiej. Na pewno zostały przez Nią i przez Pana Boga wysłuchane moje nieustanne modlitwy w intencji szczęśliwego lądowania w Wiedniu.

Kiedy wylądowali na lotnisku Schwechat, zajęły się nimi służby austriackie. Następnego dnia przyleciał do Wiednia sam premier ówczesnego rządu PRL Mieczysław Rakowski i domagał się odesłania uciekinierów do Polski. Ale Austriacy ich nie wydali. Dziennikarze austriaccy, których dopuszczono do uciekinierów, najczęściej pytali o to, w jaki sposób udało się im uciec i jaki był powód ucieczki. Żony kolegów mówiły, że uciekli z Polski z powodów ekonomicznych, ale Krzysztof Wasielewski  z tym się nie zgadzał.

– Podkreślałem i wciąż podkreślam, że bezpośrednim powodem ucieczki był stan wojenny. Nasz dramatyczny lot była wyrazem protestu przeciwko jego wprowadzeniu.

Uciekinierzy znaleźli swoje miejsce w USA

Krzysztof Wasielewski dosyć szybko, wraz z kilkuletnią córką, trafił do Stanów Zjednoczonych. Dołączył do żony, która znalazła się tam kilka miesięcy wcześniej. Następnego dnia po wylądowaniu w Nowym Jorku spotkał się z panią Barbarą Nagórską – żoną Bolesława Wierzbiańskiego, założyciela „Nowego Dziennika“, która pracowała wówczas w International Rescue Committee i była jego promotorką. Podziękował jej za pomoc, bo w dużej mierze dzięki niej wylądował z córką w Nowym Jorku.

Jego koledzy trafili do więzienia w Austrii. Po dwóch latach odzyskali wolność i wraz z rodzinami w 1984 roku wylądowali w USA. W ich sprawie interweniowało wiele ważnych osób: kanclerz Austrii Bruno Kreisky, burmistrz Nowego Jorku Ed Koch, a także założyciel „Nowego Dziennika” Bolesław Wierzbiański. Jak widać – z powodzeniem. A do USA pomógł im przylecieć Caritas.

Niestety, dawni przyjaciele nie utrzymują od lat bliskich kontaktów, co pana Krzysztofa bardzo boli. Stąd zapewne ta ogromna potrzeba wygadania się, wyrzucenia z siebie tkwiących głęboko emocji – podkreśla Janusz M. Szlechta.

Sąd wojskowy w Warszawie skazał za uprowadzenie samolotu Andrzeja Malca, Jerzego Czerwińskiego i Krzysztofa Wasielewskiego na karę śmierci i konfiskatę mienia. Po latach, kiedy już wyrok sądu był dla nich dostępny, okazało się, że w dokumentach widniał wyrok 25 lat więzienia. Z tym, że w oficjalnych informacjach w Polsce podawano, że członkowie załogi „Wiedeńczyka” – tak nazwano potem samolot – dostali wyrok po 15 lat więzienia. I taka informacja jest do dziś oficjalnie podawana. W styczniu 1995 roku prezydent Lech Wałęsa wszystkich ułaskawił.

Samolot An-2 – z numerem bocznym 7447 – po pewnym czasie wrócił z Wiednia do Polski. Do 2012 roku był w służbie polskiego wojska. Potem trafił do Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie i zyskał nazwę „Wiedeńczyk”. Powstała nawet Fundacja „Wiedeńczyk” An-2, której najważniejszym zadaniem jest utrzymanie tego samolotu w stanie lotnym. Pan Krzysztof wspiera tę fundację finansowo.

Bieg pod prąd

W 2016 roku Krzysztof  Wasielewski podjął decyzję, aby przebiec trasę, którą kiedyś, wiele lat temu, wraz z przyjaciółmi przeleciał samolotem z Krakowa do Wiednia. Miał to być bieg z Wiednia do Krakowa.

– Powiedział mi, że w wieku 52 lat zaczął biegać w maratonach. Pobiegł w pierwszym maratonie w życiu w Phoenix w Arizonie w koszulce z napisem „Santo Subito”, czyli „Święty natychmiast”. Zdarzyło się to 14 stycznia 2006 roku. To był jego bieg dla Jana Pawła II.

– opowiada Janusz M. Szlechta. – W 2006 roku po raz pierwszy pobiegł w maratonie nowojorskim. W tym wielkim maratonie biegał potem co roku. Zaliczył do tej pory 13 maratonów nowojorskich. Uczestniczył także w maratonie w Krakowie. W wieku 67 lat pobiegł w 67. maratonie.  “Wygląda na to, że coś  w życiu dogoniłem” stwierdził po tym biegu z uśmiechem.

10 kwietnia 2016 roku Krzysztof Wasielewski wziął udział w maratonie, który co roku odbywa się w stolicy Austrii. Następnego dnia wyruszył z Wiednia razem z przyjacielem, lekarzem Davidem Walkerem. Biegli razem trzy dni. W Senicy, już na Słowacji, pożegnali się. Dave wrócił do Wiednia, aby stamtąd odlecieć do Nowego Jorku, a Krzysztof ruszył dalej.

– Przez te wszystkie lata pobytu w USA czułem taką potrzebę, aby dotknąć stopą tych miejsc, nad którymi lecieliśmy, uciekając z Krakowa do Wiednia. I w pewnym momencie podjąłem decyzję – idę! Postanowiłem pójść z Wiednia do Krakowa. Byłem pewien, że dotrę do takich miejsc na Słowacji, w których się wzruszę, będę miał bardzo osobiste przeżycia – kontynuuje swoją opowieść Krzysztof Wasielewski w książce. – Po stronie polskiej też były takie miejsca, które chciałem obejrzeć z bliska. Chciałem zajrzeć do Milówki. Miejscowość tę rozsławili bracia Golcowie, którzy stamtąd właśnie pochodzą. Golec Orkiestra śpiewa wzruszającą piosenkę „Do Milówki wróć”, więc ja to zrobiłem. Dzień później dotarłem do miejsca, gdzie omal nie doszło do katastrofy (…). Musiałem tam być. Stanąłem dokładnie w tym miejscu, w którym zahaczyliśmy skrzydłami o drzewa. Kawałki gałęzi tych drzew poleciały z nami aż do Wiednia. Uszkodzenia samolotu były straszne. Dotknąłem rękami tych brzóz, zrobiłem sobie zdjęcia na ich tle. Ucałowałem je, a potem otarłem łzy. Podziękowałem też Panu Bogu za to, że jednak nie rozbiliśmy się tam i dolecieliśmy do Wiednia. Kiedy zamknąłem oczy, pojawił się obraz Matki Bożej Czestochowskiej, który towarzyszył mi w czasie ucieczki i przed którym spędziłem godziny na modlitwach przed, po locie, jak i w okresie życia na emigracji. Kiedy biegłem z Jaszczurowej do Wadowic uświadomiłem sobie, jakie jest tam niesamowite przewyższenie terenu i jak było to niebezpieczne dla naszego samolotu lecącego na niskiej wysokości.

Kiedy dotarłem do Żyliny byłem pewien, że zakończę bieg w Czernichowie. Miało to być symboliczne zakończenie biegu i powrót do miejsca, z którego wylecieliśmy. Tym bardziej, że odwiedziłem wcześniej kilka razy to miejsce. Ostatni raz byłem tam z córką w marcu 2011 roku. Do tego miejsca, z którego wystartował nasz samolot, nie udało nam się wówczas dotrzeć. Usytuowane było w strefie powodziowej, a od tamtego czasu dużo się zmieniło na brzegach Wisły i w jej pobliżu. Zmieniła się topografia tego rejonu, nie ma już tak dogodnego dostępu do tamtej łąki.

W Żylinie otrzymałem wiadomość, że moja żona chce wraz ze mną przejść ostatni etap i zakończyć ten bieg. Z Basią, przebywającą w Poznaniu i żywo uczestniczącą w obchodach 1050-lecia Chrztu Polski, umówiłem się na spotkanie w “papieskich” Wadowicach. Basia pragnęła zakończyć swoją pielgrzymkę w tym szczególnym miejscu, gdzie ochrzczony był Karol Wojtyła. Zamówiła dla nas pokój w  eleganckim hoteliku. Następnego dnia mieliśmy razem udać się do Krakowa, a nie do Czernichowa. Po drodze planowaliśmy zajrzeć do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Z żoną spotkałem się na rynku w Wadowicach, przed  bazyliką Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Po lewej stronie ołtarza w tejże bazylice znajduje się chrzcielnica, w której został ochrzczony Jana Paweł II. Przy tej chrzcielnicy, przy której narodził się dla Pana Karol Wojtyła, czas stanął w miejscu dla mnie i dla stojącej obok mnie żony. Basia, przerywając moje długie modlitewne rozważania, powiedziała szeptem: „Tam gdzie chrzest, tam i nadzieja”. Jakże wielką radością jest możliwość poczucia przynależności do wspólnoty wiary.

Następnego dnia rano, w czwartek, otrzymaliśmy wiadomość, że w Kolbuszowej umarł wujek Basi – Zbyszek, najmłodszy brat jej ojca i jej chrzestny. Postanowiliśmy wtedy, że na tym zakończę bieg i pojedziemy na pogrzeb. Trasa mojego biegu z Wiednia do Wadowic liczyła 266 mil, czyli 428 kilometrów. Pokonałem ją w ciągu 10 dni. Tak więc codziennie przebiegałem trochę więcej niż maraton.

Pojechaliśmy niemal natychmiast do Krakowa i tam spędziliśmy jeden dzień z moją mamą. W sobotę, 23 kwietnia odbył się pogrzeb wujka w Ulanowie. Do Krakowa wróciliśmy 1 maja. 15 maja pobiegłem w Cracovia Marathon.

Krzysztof Wasielewski na rynku w Wadowicach. Tutaj zakończył swój bieg
FOTO: BARBARA WASIELEWSKA

Tym biegiem Krzysztof Wasielewski, w symboliczny sposób, zamknął historię  ucieczki w stanie wojennym.

– Ten lot będę pamiętał do końca życia – podkreśla. – Natomiast po biegu ostatecznie pogodziłem się z tym, co się stało. Sprawiłem sobie specyficzną terapię i przyszła ulga, odprężenie. Na tej drodze, którą biegłem, znalazłem odpowiedzi na wiele pytań, które nie dawały mi spokoju. Teraz już nie mam żadnego żalu do Andrzeja. Jestem w stanie uścisnąć Andrzejowi i Jurkowi dłonie, uśmiechnąć się do nich. Byłoby cudownie, gdybyśmy spotkali się, porozmawiali. W końcu tamto już jest przeszłością, a żyć trzeba. Przyszła cisza i spokój. Żałuję tylko, że stało się to tak późno.

Książki – owoc pracy dziennikarskiej

Książki autorstwa Janusza M. Szlechty są swoistym  podsumowaniem jego pracy w „Nowym Dzienniku“. W ciągu niemal 23 lat pracy w naszej gazecie napisał wiele wywiadów i reportaży, które ukazywały się również w mediach polskich, m.in. w „Polityce”, „Dzienniku Polskim” w Krakowie, tygodniku „TeMI” w Tarnowie i wielu innych. Ukazuje w nich tęsknoty, sukcesy i realizację marzeń Polaków żyjących w USA. Napisał też serię reportaży o polskich bezdomnych, którzy wylądowali nad Passaic River w miejscowości Passaic w stanie New Jersey. Reportaże te niekiedy dosyć długo się rodziły, gdyż starał się być wierny temu, czego na studiach dziennikarskich nauczył go jego „guru” Krzysztof Kąkolewski. To właśnie ten mistrz reportażu uczył przyszłych dziennikarzy tego, o czym powinni zawsze pamiętać: „Jeżeli piszecie o ludziach, piszcie tak, abyście mogli do tych ludzi wrócić“.

Wierny tej zasadzie napisał zbiór reportaży o polskich bezdomnych „Ulica włóczęgów”, które wydało warszawskiego wydawnictwo Fabuła Fraza w roku 2018. Warto podkreślić, że nie tylko pisał o tych ludziach, którym w życiu coś nie wyszło. Będąc z nimi, starał się im pomóc. Przynosił im jedzenie i ubrania kupione za własne pieniądze. Starał się znaleźć dla nich pracę czy mieszkanie. Czasami kończyło się to dobrze. Czasami…

W 2019 roku wydawnictwo Fabuła Fraza wydało drugi zbiór jego reportaży zatytułowany „Oswajanie Ameryki”. Są to reportaże bardziej pozytywne, opisują bowiem losy rodaków, którym coś w życiu się udało, którzy osiągnęli na amerykańskiej ziemi sukcesy.

Wcześniej Instytut Wydawniczy Kreator w Białymstoku wydał dwa zbiory jego wywiadów. “Widziane stąd“ jest to zbiór wywiadów z Polakami pracjącymi, żyjącymi i osiągającymi sukcesy w USA, natomiast „Widziane stamtąd“ jest to zbiór wywiadów z Polakami próbującymi ułożyć sobie życie w różnych krajach świata i również sięgającymi po sukcesy, m.in w Danii, Szwecji, Rosji a nawet w Republice Południowej Afryki. Co istotne, prawie wszystkie te wywiady autor przeprowadził ze swoimi bohaterami osobiście i wszystkie są autoryzowane.

Janusz M. Szlechta i jego książki FOTO: Archiwum J. M. Szlechty

Pierwszą książkę Janusz M. Szlechta wydał w roku 2013. Jak na dziennikarza przystało, jest to zbiór wierszy zatytułowany „Pieśń niedokończona“. Wiersze te wzruszają i wyciskają łzy, jako że ukazują tęsknotę autora za opuszczoną ojczyzną, za rodziną, która pozostała w Polsce, no i zachwyty kobietami, które spotkał na swojej drodze życia. Zbiór ten wzbogacony jest kapitalnymi rysunkami jego córki Justyny, która niebawem bronić będzie pracę doktorską z dziedziny nauk biologicznych. Tomik ukazał się nakładem wydawnictwa abakus sc w Kolbuszowej.

***

Książki Janusz M. Szlechty można kupić m.in. w EK Polish Bookstore, tel. 201-355-7496, email: [email protected], www.ekbookstore.com