W pogoni za American Dream

102

Emigracja w latach 80. i 90. była dla wielu zapowiedzią lepszego niż w Polsce życia i dobrej przyszłości dla dzieci. Taką przynajmniej mieli nadzieję. Marzeniem była między innymi Ameryka. W ostatnich latach PRL-u za granicą przebywało około 1,2 mln Polaków – w tym ok. 700 tys. od ponad roku. To sporo, zważywszy, jak trudno było wtedy otrzymać paszport. Część na emigracji żyje do teraz, przez lata próbując spełnić swój American Dream. Jak im to wychodzi? Poprosiliśmy czytelników “Nowego Dziennika”, by podzielili się swoimi doświadczeniami.

Wśród wyjeżdżających za granicę, zresztą podobnie jak teraz, najwięcej było osób między 20. a 40. rokiem życia. Przede wszystkim z tzw. Polski B, czyli województw – podkarpackiego, podlaskiego, warmińsko-mazurskiego i opolskiego. Część z nich brała udział w loterii wizowej, dzięki temu już na starcie mieli teoretycznie łatwiej, bo mogli szukać legalnej pracy.

PYTANIE: CZY WARTO BYŁO?

„Kiedy na początku lat 90. wylosowałam zieloną kartę, wydawało mi się, że to nie tylko Ameryka, ale wręcz świat stanął przede mną otworem – mówi 60-letnia Ewa z Kearny, NJ. – Nie myślałam jednak o całkowitej emigracji. Jak większość rodaków przyjeżdżających do USA, zamierzaliśmy wraz z mężem popracować tutaj przez pewien czas, zwiedzić ten wielki kraj, może również i inne, i wrócić do Polski”. Jak wspomina pani Ewa, przygotowania do podróży upłynęły wręcz w euforii, nie było wielkiego pakowania, bo byli młodym małżeństwem, nie zdążyli się jeszcze wiele dorobić. Ale rzeczywistość, jak to często bywa, już na miejscu szybko zweryfikowała plany świeżych emigrantów. Zielona karta nie otwierała wszystkich drzwi, bo chociaż dawała możliwość legalnego zatrudnienia, to dyplomy polskich uczelni nie wystarczały, by otrzymać dobrą pracę na amerykańskim rynku. Trzeba było się dokształcać, a w międzyczasie brać to, co się trafiało. Mąż zaczął więc od pracy na budowie, a pani Ewa poszła do sprzątania. Zarabiali naprawdę dobrze i w pewnym momencie stanęli przed dylematem: pozostać przy swoich zajęciach, które dawały całkiem niezły dochód, czy też zacząć szukać bardziej ambitnych wyzwań, popartych zdobytą już w amerykańskich szkołach wiedzą. Pierwszy wariant pozwalał na szybszy powrót do Polski, drugi dawał możliwość pracy, o jaką zabiegali tuż po przyjeździe. Zdecydowali się na ten drugi, chociaż oferowane na początek stanowiska okazały się nisko płatne. Ale nareszcie poczuli, że są na drodze do „normalnego” tutaj życia. Sytuacja uległa zmianie, gdy pani Ewa urodziła córkę. Na pewien czas zrezygnowała z pracy, ale pensja męża nie była w stanie zapewnić im stabilizacji finansowej. Zaczęli zastanawiać się nad powrotem i gdy ta decyzja już wręcz zapadła, mąż otrzymał propozycję pracy w dobrej firmie na Manhattanie. „Kiedy po pewnym czasie również ja podjęłam pracę w swoim zawodzie – wspomina pani Ewa – wydawało się, że nasz American Dream się spełnia. Zaczęliśmy wrastać w amerykańską rzeczywistość na tyle, że kupiliśmy dom, urodziłam drugą córkę. Mąż ponownie zmienił firmę i otrzymał wyższe stanowisko, więc chociaż nie osiągnęliśmy stanu jakiejś wielkiej zamożności, to wiedliśmy względnie dobre życie”. Przyszedł jednak kryzys 2008 roku i zmienił wszystko – mąż stracił pracę, niemal dwa lata trwało poszukiwanie nowej. I już nie było mowy o żadnym amerykańskim marzeniu. Teraz powrót do Polski nie wchodził w grę. Dzieci, wychowane w Stanach, chociaż uczuciowo związane z krajem rodziców, nie chciały żadnych przenosin. Przetrwali, choć nie było łatwo, wykształcili córki, które obecnie podążają swoimi ścieżkami. „A ja im jestem starsza, tym częściej zdarza mi się zastanawiać nad tym, co przyniosło mi życie w Ameryce – mówi pani Ewa. – Czy tego, co zdobyliśmy tutaj, nie mogłabym osiągnąć także w Polsce? I to być może nawet mniejszym kosztem, bez tych wielkich stresów, przełamywania barier, pokonywania własnych słabości i strachów. Też na pewno mielibyśmy dom i oboje z mężem pracowalibyśmy w swoich zawodach. Mielibyśmy za to na pewno więcej czasu dla siebie, rodziny, a także większe grono znajomych”. Zapytana o bilans amerykańskich lat pani Ewa odpowiada, że American Dream nie stał się jej udziałem. Zresztą też nie był motorem jej poczynań. Przyjeżdżając tutaj nie marzyła o wielkim bogactwie, ale chciała zapewnić swojej rodzinie spokojne życie. Teraz już wie, że spokoju, jakiego pragnęła, zazwyczaj emigrant nie może osiągnąć. Zawsze bowiem gdzieś tam będzie w nim tkwiło pytanie: czy warto było?

LEGALNY POBYT NIE WYSTARCZY

Pani Jolanta urodziła się na Śląsku. Była jedynaczką, jej tata zginął w kopalni, a po jego śmierci wiodła z mamą skromne życie. Jak wspomina, jej koledzy i koleżanki, odkąd pamięta, wyjeżdżali z całymi rodzinami do Niemiec Zachodnich – ich rodzice znajdowali tam krewnych i najszybciej jak mogli opuszczali Polskę. „Ja zawsze marzyłam o Ameryce. Nawet wtedy, gdy już skończyłam szkołę pielęgniarską i miałam dobrą pracą w tyskim szpitalu, a mój mąż pracował w fabryce i wiodło nam się bardzo dobrze jak na ówczesne warunki. Mieliśmy mieszkanie własnościowe z balkonem, mały samochód, dzieci chodziły do szkoły. Jednakże Ameryka zawsze siedziała mi w głowie – oglądałam amerykańskie filmy, marzyłam, że przechadzam się ulicami Nowego Jorku, który dla mnie był zabudowany samymi pięknymi drapaczami chmur” – przyznaje. Była pewna, że gdyby jakimś cudem znalazła się w Ameryce z całą rodziną, byłaby najszczęśliwszą osobą na świecie. W latach 90. usłyszała o loterii wizowej. Wysłała 10 kompletów zgłoszeń. „W marcu 1996 roku otrzymałam wiadomość, że zostaliśmy wylosowani – myślałam, że złapałam Pana Boga za pięty. Dzieci miały wtedy po 10 i 11 lat, niezbyt orientowały się o co chodzi, a mój maż nie do końca wierzył, że uda się sfinalizować naszą przeprowadzkę. Nie przeszkadzał, ale też i nie pomagał. Po dokonaniu wszelkich papierkowych procedur, wymaganych po otrzymaniu zawiadomienia o wylosowaniu zielonej karty, udaliśmy się do lekarza wskazanego przez ambasadę, aby dokonać odpowiednich badań lekarskich przed rozmową w konsulacie. W małej zatłoczonej poczekalni było chyba z 50 kandydatów czekających na badanie lekarskie – były to rodziny z dziećmi. Wtedy dopadły mnie pierwsze wątpliwości – to tyle ludzi niemalże codzienne stara się o wyjazd z kraju? I to młode rodziny z dziećmi, no i my też! Ale świadomość tego, że tam czeka cudowne życie, szybko przegnała moje wątpliwości” – mówi. Znajoma anglistka, która pomagała wypełnić wnioski, poradziła, by pani Jolanta postara się też o zaproszenie od kogoś z USA. „Kuzynka mieszkająca gdzieś poza Nowym Jorkiem, w New Jersey, obiecała przysłać dokument, ale pod jednym warunkiem – nie odbierze nas z lotniska i nie zamieszkamy u niej. Nawet się ucieszyłam, nie chciałam mieszkać w jakimś New Jersey, ale w Nowym Jorku, i to na Manhattanie. Mój mąż przypomniał sobie o koledze ze studiów który ‘siedział’ w Ameryce wtedy już 5 lat, i poprosił go o pomoc poprzez jego rodziców. Po pewnym czasie przyszła wiadomość, że nam pomoże. Obiecał że odbierze nas z lotniska, załatwi nam mieszkanie i rozejrzy się za pracą dla męża” – opowiada pani Jolanta. Rodzina zaczęła się powoli przygotowywać do wyjazdu. Sprzedali auto, część mebli z mieszkania, złożyli wypowiedzenia z pracy i czekali na koniec roku szkolnego. Na początek zdecydowali, że wyjadą sami bez dzieci, którymi zgodziła się zaopiekować mama pani Jolanty – byli pewni, że do nowego roku szkolnego urządzą się tak, że najbliższy wrzesień dzieci rozpoczną w amerykańskiej szkole. „Powoli nawet mąż zaczął się przekonywać do wyjazdu. Tylko moja mama była niepocieszona – wiedziała, że jak dzieci wyjadą, zostanie w Polsce całkiem sama. Ale pocieszałam ją, że jak się urządzimy, to na pewno zabiorę ją do siebie. Pierwsze tygodnie po przyjeździe wspominam jak jakiś jeden wielki koszmar. Po wyjściu z lotniska uderzyła w nas fala gorącego i niezwykle wilgotnego powietrza, trudno było złapać wręcz oddech. Kolega męża zawiózł nas do wynajętego mieszkania gdzieś na obrzeżach Borough Parku. Dwupokojowe lokum – sypialnia i living room mieściło się na 3. piętrze starego budynku. Do dziś pamiętam wspinanie się na wysokie schody z walizami, zapach jakichś środków czystości na klatce i drzwi z typowym amerykańskim judaszem. Mieszkanie było stare, ciemne, z oknami do połowy zasłoniętymi klimatyzatorami i wychodzącymi na małe podwórko, na które nigdy nie dochodziło słońce. Meble były stare i zużyte, kuchnia długa i ciemna z podłogą pokrytą brudnym linoleum, zresztą podłoga w pokojach też nie była lepsza, rozjeżdżające się deski starego parkietu skrzypiały przy najlżejszym kroku. W nocy nie dawało spać wszechobecne gorąco i zapachy dochodzące z sąsiednich mieszkań, gdzie sąsiedzi gotowali sobie jakieś pikantne potrawy, że nie wspomnę warkotu starych klimatyzatorów. Gdzie ta Ameryka, gdzie te piękne wysokie bloki i szerokie ulice gdzie ten Manhattan? Przecież w Polsce żyliśmy w o niebo lepszych warunkach” – stwierdza pani Jolanta. To nie był koniec rozczarowań, mąż dowiedział się, że pomimo legalnego pobytu, długo nie znajdzie pracy w zawodzie inżyniera – do tego należało znać bardzo dobrze język angielski i nostryfikować dyplom. „Drugi raz usłyszałam to określenie, gdy ze swoim dyplomem pielęgniarskim i zaświadczeniami o ukończeniu dodatkowych kursów zjawiłam się w polskiej klinice. To był dla nas ciężki moment, bo okazało się, że mój mąż – magister inżynier z perspektywami na wicedyrektorowanie w Polsce – może na początku pracować na budowie. W dodatku jako zwykły pomocnik. Drugiego dnia usłyszał, że lunch może jeść siedząc na końcu stołu, a jak popracuje dłużej, to będzie mógł siadać tam, gdzie chce. Z kolei ja, dyplomowana pielęgniarka, mogę liczyć na pracę na ‘opiece’ i sprzątaniu” – relacjonuje początki emigracyjne pani Jolanta. – Nigdy nie zapomnę pierwszego ‘plejsu’. Gdy dotarłam pod wskazany adres i otwarto mi drzwi, nie mogłam uwierzyć własnym oczom – w brudnym domu pełnym małych dzieciaków stała młoda kobieta w ciąży i na migi, bo też nie znała języka angielskiego, pokazywała mi, od którego pomieszczenia zacząć. Nie wiedziałam, czy mam najpierw poukładać ubrania do szaf, czy zbierać zabawki, czy zacząć płakać. Wytrzymałam tam 8 godzin, posprzątałam pokoje i umyłam okna – nie miałam już siły zmierzyć się brudną, zatłuszczoną kuchnią i zagraconymi łazienkami. Mąż tej kobiety zapłacił mi nie jak za 8 przepracowanych godzin, lecz jak za 4, bo nie skończyłam pracy. Powoli zaczęła dochodzić do mnie prawda – emigracja to ciężki kawałek chleba. Co z tego, że mieliśmy legalny pobyt, jak nie potrafiliśmy pracować w swoich zawodach”. Po jakimś czasie zaproponowano pani Jolancie pracę sprzątaczki w szpitalu, a później jako opiekunki do osób starszych. Z kolei mężowi – mechanika samochodowego w polskim warsztacie. Zdecydowali, że dzieci zostaną nieco dłużej w Polsce, a oni będą się dalej urządzać. Praca poniżej oczekiwań odbiła się na ich relacji. „Zapomniałam o moim dyplomie pielęgniarskim i o tym, jak to ja uczyłam i instruowałam młode pielęgniarki, jak należy opiekować się chorymi, coraz częściej bolał mnie kręgosłup i nogi. Wykonywałam pracę, która w Polsce robiły salowe, i to nie w pojedynkę – podmywałam leżących ludzi, zmieniałam pościel, karmiłam, prałam, gotowałam, a czasem nawet sprzątałam. Rzadko moi podopieczni mi dziękowali, uważali, że to oni robią mi łaskę, dając mi pracę. Bywało, że byłam rozliczana co do centa z zakupów i słyszałam wyrzuty, że kupuję w zbyt drogim sklepie, bywało, że nie pozwalano mi odpoczywać w pokoju z podopiecznymi, tylko miałam przygotowane krzesełko w przedpokoju i tam jadłam lunch” – mówi pani Jolanta. – Spotykając się z innymi Polkami słyszałam opowiadania nauczycielek, że pierwszego września idąc na opiekę czy plejs popłakują sobie z tęsknoty za przeszłym życiem zawodowym, spotkałam skrzypaczkę, która miała poparzone ręce kwasem, który jej gospodyni wlała do wiadra, gdy szorowała zatłuszczony piekarnik, a nawet poznałam paru polskich lekarzy, dla których szczytem marzeń byłaby praca w polskiej aptece lub dyżury w rosyjskim pogotowiu, oczywiście w charakterze pielęgniarza. Okazało się że nostryfikacja dyplomu to mur nie do przebicia nie tylko dla mnie i mojego męża. Oczywiście byli tacy, którym się to udawało i zdobywali pracę w wyuczonym w Polsce zawodzie, oczywiście były i takie kobiety, które sprzątały luksusowe mieszkania i domy lub opiekowały się niesprawiającymi kłopotu starszymi ludźmi – ale ja o takich tylko słyszałam osobiście ich nie spotkałam” – twierdzi. Po kilku latach rozstała się z mężem. On wrócił do Polski, ona dała sobie „jeszcze trochę czasu”. Przyznaje, że nie do końca jest w stanie wytłumaczyć, dlaczego zwlekała z powrotem. Dzieci, które przyjeżdżały tylko na wakacje, nie chciały zamieszkać w Ameryce. „Teraz zbliżam się do wieku emerytalnego, obliczono, że będę miała około 700 dol. emerytury i jakąś tam emeryturę w Polsce. Za to, co zarobiłam, kupiłam mieszkania dla dzieci i udało mi się utrzymać mieszkanie, które kiedyś mieliśmy z mężem. Kolejne oszczędności poszły na leczenie, mam coraz większe kłopoty z kręgosłupem i kolanami. Nie widziałam, jak dorastają moje dzieci, nie byłam przy mamie, jak się starzała, chorowała i w końcu odeszła. Od lat nie byłam w kinie, teatrze czy koncercie, nigdy nie wyjeżdżałam poza Nowy Jork – Statuę Wolności oglądam z okna wagonika, jak jadę metrem Q do koleżanki, podobnie było z wieżowcami World Trade Center czy teraz Wieżą Wolności, raz byłam w Central Parku, od lat nie byłam na urlopie, poza krótkimi pobytami w Polsce, święta spędzam z obcymi ludźmi albo sama, szczęście, że w końcu nauczyłam się obsługiwać Skype’a – dzięki temu znam swoje wnuki. Moje dzieci mają lepszy kontakt z drugą żoną ich ojca niż ze mną. Wolny czas spędzam w wynajętym mieszkaniu dzielonym do spółki koleżanką (podobno mam zagracony pokój jak mówi moja córka), oglądam polską telewizję, w każdą niedzielę idę do polskiego kościoła, na obiad do polskiego baru. W tygodniu na parę godzin chodzę ‘na opiekę’ do 90-letniej kobiety mówiącej po rosyjsku” – mówi. Pytana. kiedy planuje wrócić do Polski, twierdzi, że może za rok, na święta Bożego Narodzenia. Jednak zaraz dodaje, że będzie jej to czwarty „pewny” termin powrotu do kraju. Ameryka ją rozczarowała, ale ma o to pretensję do samej siebie. Twierdzi, że była zbyt naiwna. „Każdemu, kto radził się mnie w sprawie emigracji, mówiłam nie oczekuj nic oprócz ciężkiej pracy. American Dream? Mnie się chyba nie spełnił” – przyznaje z żalem pani Jolanta.

AMERYKA ZABRAŁA MI SZCZĘŚLIWE MAŁŻEŃSTWO

„W Ameryce znalazłam się przez mojego męża, a raczej przez jego politykowanie. Wymyślił sobie chyba, że zostanie drugim Wałęsą. Mieszkaliśmy w Nowej Hucie, mąż pracował w zakładzie na walcowni, ja prowadziłam dom i opiekowałam się trójką dzieci. W grudniu 1980 roku mąż powiedział mi, że wraz z kolegami zapisali się do Solidarności i że będą walczyli o wolną Polskę” – mówi pani Halina. Kilka razy, w trakcie naszej rozmowy podkreśla, że nigdy nie narzekała na warunki życia w Polsce. Mieli mieszkanie spółdzielcze, liczną rodzinę na wsi, co roku wyjeżdżali na wczasy pracownicze. “W stanie wojennym męża internowano – przesiedział prawie rok, do grudnia 1982. Był to dla mnie ciężki czas, ale pomagali mi rodzice, jakieś komitety związane z solidarnością, proboszcz z naszej parafii – jednakże ciągle drżałam, że mąż może wcale nie wrócić i zostanę sama trójką dzieci. Po wyjściu z więzienia wrócił do pracy w hucie, ale dawny entuzjazm polityczny już się skończył – wspomina Polka. – Siadaliśmy przed rozłożonym atlasem i wybieraliśmy miejsca, do których chcielibyśmy emigrować – tym bardziej że takich jak mój mąż, to nawet chętnie się pozbywano z kraju” – twierdzi pani Halina. Najpierw wyjechał sam, przez obóz dla byłych więźniów politycznych w Austrii. Po jakimś czasie znalazł się w Nowym Jorku. Pani Halina dołączyła do męża po trzech latach. „Mieszkanie, do którego nas przywiózł, było ładne, mieściło się na parterze dwupiętrowego domku w Borough Parku. Mieliśmy trzy sypialnie, kuchnię i living room. Nawet z tyłu był nieduży ogródek. Meble były nowe, duży telewizor, duża lodówka – no po prostu Ameryka, myślałam sobie. Dzieci też były zachwycone. Dziewczynki zamieszkały w większym pokoju, syn dostał mniejszy, my także mieliśmy ładną sypialnię, no i ten piękny living room i kuchnia. Mąż pracował na budowie, był brygadzistą, zarabiał całkiem dobre pieniądze, ale i ja planowałam, że jak tylko będzie możliwość, to pójdę gdzieś do pracy. Choć na kilka godzin” – mówi pani Halina. Gdy zaczęła się cieszyć Ameryką, życie po raz kolejny ją zaskoczyło. “Po kilku tygodniach naszego pobytu do drzwi zapukała atrakcyjna brunetka w moim wieku. Przedstawiła się grzecznie i powiedziała coś, co na zawsze zmieniło moje życie: chciałabym, by pani wiedziała, że pani mąż jest ojcem mojego dziecka, i pomimo że już nie jesteśmy ze sobą, będę nalegała na jego kontakty z synem i nie zrezygnuję z alimentów. Wszystko było prawdą – mąż nie wyparł się niczego – okazało się, że nie tylko mnie zdradził, ale będzie musiał swoje dochody dzielić z inną kobietą. Całe moje szczęście prysło jak bańka mydlana – gdybym o tym wiedziała w Polsce, nigdy nie zdecydowałbym się na przyjazd tutaj z dziećmi – a teraz nie było już do czego wracać. Pomimo zapewnień męża, że tylko ja się liczę i tylko my jesteśmy dla niego ważni, wiedziałam, że już nigdy nie stworzymy szczęśliwej rodziny. Mogłabym zrozumieć zdradę, ale zaraz jakiś związek, zaraz dziecko? Byłam zrozpaczona, nawet nie miałam się komu wypłakać – żadnych przyjaciółek, żadnych koleżanek, a znajomych męża nie chciałam poznawać, było mi po prostu wstyd” – przyznaje pani Halina. Wtedy postanowiła jak najszybciej znaleźć pracę. W polskiej agencji otrzymała propozycję opieki nad starszym małżeństwem. „Mąż był niezbyt zadowolony, że nawet weekendy będę poza domem, ale wiedział, że jego zdanie przestało się już dla mnie liczyć. Udało się pogodzić prowadzenie domu z opieką nad przemiłymi staruszkami i od tej pory zaczęłam być niezależna. Nie rozeszliśmy się z mężem, jednak nigdy nie wróciła dawna serdeczność ani zażyłość. Razem wychowaliśmy dzieci, były trudne momenty – był czas, że jedna z córek wpadła w złe towarzystwo, zaczęła palić trawkę, uciekała ze szkoły nie wracała do domu po prostu znikała na całe tygodnie – razem chodziliśmy na terapię, szczęśliwie wyszła z tego, syn zachorował bardzo poważnie na astmę, do tej pory wymaga odpowiedniej terapii. Pewnego dnia mąż uległ wypadkowi na budowie, spadł z rusztowania i doznał jakichś urazów. Zanim dostał odszkodowanie, utrzymanie całego domu spadło na mnie – nawet z zarobionych przeze mnie pieniędzy mąż płacił alimenty na swojego syna. Obecnie niewiele się zmieniło, ja ciągle opiekuję się starszymi ludźmi, moi pierwsi podopieczni już dawno zmarli, ale ich dzieci poleciły mnie innej rodzinie. Mam dobre zarobki i pracę, którą bardzo lubię, mąż wrócił do pracy, choć pracuje mniej. Mamy różne konta, każde z nas dokłada do wspólnych wydatków, ale ja nigdy nie połączę swoich i męża pieniędzy. Żyjemy jakby razem, ale osobno – syn i jedna córka jeszcze mieszkają z nami, kształcą się. Nie wiem, co będzie, gdy dzieci odejdą z domu, nie rozmawiamy o tym, tak jak nie mamy wspólnego konta, tak nie mamy wspólnych planów na starość. Pewnie finansowo jest mi lepiej niż byłoby w Polsce – dużo zwiedziłam. Mogę powiedzieć, że Ameryka dała mi pieniądze i może ciekawsze życie, niż byłoby w Polsce, ale zabrała mi szczęśliwe małżeństwo” – ocenia pani Halina. Nie wie, co zrobi, gdy dzieci opuszczą dom, przyszłości – tylko z mężem – który tak bardzo ją zranił, raczej sobie nie wyobraża. Inaczej też wyobrażała sobie American Dream.

MOJA RECEPTA: WYTRWAŁOŚĆ I ŁUT SZCZĘŚCIA

„Sądzę, że jestem dobrym przykładem zrealizowania amerykańskiego snu – uśmiecha się 57-letni Karol z Wayne, NJ. – Może nie zrobiłem kariery w stylu: od pucybuta do milionera, ale osiągnąłem wysoki poziom finansowy, zaczynając życie w Ameryce niemal od zera”. Przyjechał z żoną do Stanów Zjednoczonych w połowie lat 90., mając za jedyny kapitał jego ukończone studia inżynierskie i jej przerwaną ekonomię. Zamierzali tutaj osiąść na stałe, założyć rodzinę i oczywiście zrealizować swój American Dream. Karol poszedł do pracy w fabryce, jego żona Anna do szwalni. To miał być jedynie początek, zarabiali niewiele, żyli bardzo oszczędnie. Najważniejsze jednak, że godziny pracy pana Karola pozwalały na naukę – zaliczał przedmioty w New Jersey Institute of Technology w Newarku, NJ, których brakowało mu do uznania dyplomu z Polski. „Nie było łatwo – wspomina mężczyzna – ale byłem młody, pełen zapału i miałem wytyczony cel”. Gdy szwalnia żony zbankrutowała, Anna poszła na bezrobocie i też rozpoczęła naukę. Wybrała księgowość. Z czasem zaczęła dorabiać sprzątaniem, ale po skończeniu nauki dość szybko udało się jej dostać pracę w niewielkiej firmie. W niej zdobyła doświadczenie. Teraz pracuje w dużym zakładzie, ma dobre stanowisko, wysoką pensję i benefity. Podobną drogę przeszedł pan Karol, który też zaczynał w niewielkiej firmie, z której przeszedł do innej, aby zatrzymać się na stałe w kolejnej. Obecnie jest w niej jednym z trzech współwłaścicieli. Poprawa sytuacji finansowej pozwoliła małżonkom kupić dwurodzinny dom w New Jersey. Potem go cały wynajęli, a sobie kupili drugi. „Mamy córkę i syna – mówi pan Karol. – Oboje skończyli studia. Uczyli się świetnie, mieli stypendia. Obecnie dobrze zarabiają, córka wyszła za mąż za Amerykanina z irlandzkimi korzeniami. Niedawno przyszedł na świat ich syn. Cała rodzina świata za nim nie widzi. Ponieważ młodzi dużo pracują, więc staramy się im pomagać, tym bardziej że kupili dom w pobliskiej miejscowości”. Pan Karol podkreśla, że bardzo dbają o równowagę między pracą a odpoczynkiem. Latem zwiedzają nie tylko Amerykę, ale też inne kraje. Zimą jeżdżą na narty – ostatnio często do Europy. Czy czuje się człowiekiem spełnionym? „Tak – odpowiada niemal bez zastanowienia – ale jest to nie tylko kwestia pieniędzy. Owszem, dzięki nim mam zabezpieczony byt, ale mam też wspaniałą rodzinę, a przede wszystkim żonę, z którą wspólnie podejmowaliśmy życiowe decyzje, na której mogłem się oprzeć, podobnie jak ona na mnie. Ameryka stała się swego rodzaju testem dla naszego związku. Były różne trudne momenty, ale teraz do ich nie wracam. Przetrwaliśmy”. Pan Karol podkreśla, że otrzymał od losu wiele. „Osiągnąłem to ciężką pracą, konsekwencją i wytrwałością – mówi. – Ale wiem też, że w osiągnięciu celu ważny jest łut szczęścia. Mnie go nie zabrakło”.

Autor: Anna Arciszewska, Jolanta Wysocka