Wciąż walczymy z przeciwnymi wiatrami

123
Komandor PKŻ Tomasz Skrobecki FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

„Plan jest taki, aby utrzymać tych członków klubu, którzy jeszcze są z nami i kontynuować działalność“ – mówi Tomasz Skrobecki, komandor Polskiego Klubu Żeglarskiego w Nowym Jorku.

Polski Klub Żeglarski zakończył w sobotę, 16 października,  sezon żeglarski, którego tak naprawdę nie było. To był i jest trudny czas dla żeglarzy. Jak zatem postrzegasz przyszłość klubu?

– Każdy z nas zadaje sobie pytanie, jaka będzie przyszłość Polskiego Klubu Żeglarskiego. To pokaże czas. Pandemia przyczyniła się do tego, że nie można było wielu rzeczy wykonać. Na początku 2020 roku mieliśmy fantastyczne plany. Chcieliśmy na przykład stworzyć sekcję dziecięcą. Wszystko już było przygotowane, w tym rejs na pokładzie szkunera „Kapitan Borchardt“ w Hiszpanii. Przez pandemię nic z tego nie wyszło.

W styczniu zatonęła Barka. W efekcie ponieśliśmy ogromne straty materialne, ale też nastąpiły duże podziały między członkami klubu. Dla mnie jest to trochę dziwne, bo jeśli ludzi łączy jedna idea, to powinni zrozumieć, że czasami dzieje się coś, na co nie mamy wpływu. Barka była w złym stanie technicznym od lat. Sporo osób robiło wiele, aby ją utrzymać w przyzwoitym stanie. Ale przyszedł taki czas, że zlepek różnych czynników ludzko-technicznych oraz naturalnych poradził sobie z Barką. I teraz trudno jest powiedzieć, kto tu zawinił. Oczywiście można gdybać…

Barka była symbolem klubu, ale też jego ostoją. Przyciągała ludzi. Czy jest szansa, że klub zdobędzie jakąś siedzibę?

– To było wspaniałe miejsce, które mnie przyciągnęło do klubu w 2008 roku. Byłem bardzo związany z Barką, moje dzieci też. Córka często mówi: „Nie ma Barki, to gdzie my będziemy pływać? Tato, a może byście kupili drugą Barkę!“ Wielu rodziców przywoziło tam swoje dzieci, aby uczyły się żeglarstwa. Ileż było tam wspaniałych spotkań i wydarzeń. Teraz musimy sobie poradzić z jej brakiem. Szukamy miejsca na siedzibę klubu podobnego do tego, w jakim jesteśmy teraz, czyli w City Island Yacht Club, ale na to potrzeba ogromnych funduszy. Gdybyśmy uzyskali jakąś pomoc od sponsorów to może by się udało, ale w sytuacji, w jakiej jesteśmy, jest to nierealne. Aktualnie klub liczy blisko 50 osób, które płacą niewielkie roczne składki – i to jest nasz dochód.

Kupić nową Barkę? Można taką kupić dosyć łatwo, są na rynku, ale gdzie ją wstawić? Do Moonbean Gateway Marina na Brooklynie już nie wrócimy.

Żeglarze to twardzi ludzie, którzy nie poddają się przeciwnym wiatrom. Jak zatem zamierzacie z tymi wiatrami walczyć?

– Plan jest taki, aby utrzymać tych członków klubu, którzy jeszcze są z nami, kontynuować działalność i przyciągać  nowe osoby. Przede wszystkim będziemy organizować kursy żeglarskie dla dorosłych, które będą przyciągać nowych ludzi. Chcielibyśmy też organizować kursy dla dzieci, ale nie mamy sprzętu. Gdyby udało się nazwiązać współpracę z jakimś klubem, na przykład z City Island Yacht Club, to byłoby realne. Bo musimy mieć miejsce, w którym można się spotykać i prowadzić zajęcia teoretyczne, a potem uczyć żeglowania. Pandemia wciąż sprawia, że jest to okres martwy. Rodzice nie poślą dzieci na zajęcia w niepewnym czasie. Jeśli wszystko wróci do normalności to zapewne uda się zebrać grupę dzieci i młodzieży, pojechać dokądś z nimi i pokazać im prawdziwe żeglowanie.

Cały czas współpracujemy z polskimi klubami w USA i w Kanadzie i jeśli uda się coś wspólnie stworzyć to na pewno to zrobimy. Na razie, ze względu na pandemię, jest to trudne, ale na pewno za jakiś czas będziemy mogli robić to, co planujemy.

Nie mamy siedziby i nie ma na razie żadnych szans na jej stworzenie. Chcielibyśmy kupić duży jacht, ale to wszystklo zależy od ceny. Gdyby znaleźli się jacyś sponsorzy, to może by się udało. Ten jacht pływałby między Nowym Jorkiem i Karaibami. Byłby świetnym miejscem dla klubowiczów i ich rodzin. Mogliby sobie zorganizować fajne wakacje właśnie na Karaibach i to w dostępnej cenie. Kursy dla dorosłych organizowane by były właśnie na tym jachcie. Mamy wprawdzie klubową Babę Jagę, ale to już jest stary jacht i wciąż trzeba coś tam naprawiać.

Zgłaszają się ludzie z Polski, którzy chcieliby dołączyć do nas i uczyć się żeglarstwa. Przed pandemią mieliśmy kontakt z organizacją w Polsce, która chciała wysłać do nas grupę kursantów. Chcieli wynająć jacht, ale na określonych warunkach. Żaden z naszych jachtów tych warunków jednak nie spełniał. Stąd też kupienie dobrego, nowoczesnego jachtu sprawiłoby, że klub miałby szanse coś zarobić, a także zdobywać nowych członków.

Jeśli ktoś chciałby dołączyć do naszego klubu i wesprzeć go to może się kontaktować przez stronę internetową www.zeglarzeny.org lub przez Facebook. Każdy, kto jest chętny, zostanie przyjęty i każda pomoc się liczy.

Dziekuję Ci za rozmowę. Życzę całemu zarządowi wytrwałości i powodzenia w walce o przyszłość klubu.

Rozmawiał: Janusz M. Szlechta