Wracamy z pozytywną energią

0
0

W jaki sposób zrodził się pomysł na tak trudną wyprawę, jaką był projekt WheelchairTrip?
Geneza jest dosyć długa, a jej początki sięgają czasów, w której przestałem chodzić i musiałem usiąść na wózku inwalidzkim. Byłem załamany. Pomogli mi wówczas przyjaciele, którzy zabrali mnie w pierwszą, dużą podróż do Mongolii. Trwała ona 3,5 miesiąca i połączona była z jazdą na koniu oraz kręceniem filmu o grupie Nomadów mieszkających w górach. Właściwie od tego wszystko się zaczęło. Po powrocie stwierdziłem, że podróż była piękna, mimo że bardzo trudna. Później organizowaliśmy kolejne wypady z przyjaciółmi. Natomiast projekt WheelchairTrip zaczęliśmy z Maciejem Kamińskim w 2012 roku. Objechaliśmy razem dookoła Europę zahaczając o Maroko. Po powrocie do Polski, gdy upłynęło już trochę czasu i nasze organizmy przetrawiły te wszystkie informacje, które zdobyły w podróży, zaczęły domagać się czegoś więcej, chciały ruszyć dalej i zdobyć jakiś kolejny cel. I tak powstał pomysł na kontynuację WheelchairTrip, tym razem po Ameryce.

Jak doszło do tego, że mając grupę przyjaciół, z którymi podróżowałeś wcześniej, na wyprawę WheelchairTrip wybrałeś Macieja Kamińskiego?
Często spotykaliśmy się w szpitalu, leżeliśmy obok siebie na jednej sali. Pewnego razu powiedziałem do niego: „Słuchaj, Maciej, tak fajnie jest podróżować. Może pojedziesz gdzieś ze mną?”. On zapytał mnie, jak sobie to wyobrażam. Odpowiedziałem mu, że kupię samochód i przystosuję go do podróży. I tak się stało. W 2012 roku kupiłem starego volkswagena busa i objechaliśmy nim całą Europę, o czym wcześniej już wspomniałem. Później zadałem Maciejowi kolejne pytanie: „Czy nie chciałbyś podjąć się następnego wyzwania?”. Wyjaśniłem, że chciałbym podjąć nieco trudniejszą wyprawę i objechać Amerykę Południową. Maciej odpowiedział mi, że przeczytał bardzo dużo książek o różnych odkrywcach i Ameryka Południowa jest czymś bardzo odpowiednim dla niego. W związku z tym zaczęliśmy realizować ten pomysł. Jednak zanim doszliśmy do jego sfinalizowania upłynęło dwa i pół roku.

Jak wam się udało zdobyć fundusze na pokrycie kosztów związanych z przygotowaniami, jak również na samą podróż?
Nie było to zbyt łatwe zadanie, zwłaszcza na początku. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której podchodzimy do jakiegoś potencjalnego sponsora i mówimy, że chcemy przebudować samochód, wysłać go do Ameryki Południowej, polecieć tam i później tym autem przejechać cały kontynent. Sami, we dwójkę, poruszając się jednocześnie na wózkach inwalidzkich. Wszyscy patrzyli na nas z niedowierzaniem i trudno było ich przekonać, zwłaszcza pierwszych sponsorów. Dlatego też samochód kupiliśmy za własne pieniądze, a dopiero później zaczęli się pojawiać ludzie wierzący w nasz projekt. Wsparło nas dużo różnych firm, ale także wiele osób prywatnych. Pomoc okazała nam również moja serdeczna znajoma Izabela Stawicka, którą poznałem, gdy chciałem rozpocząć akcję crowdfundingową. Przez 3 miesiące próbowałem nagrać film, będący zwiastunem naszego projektu z prośbą o wsparcie finansowe, niestety, nie potrafiłem tego dobrze zrobić. W związku z tym ona sama, bez mojej wiedzy, zainicjowała akcję i nazwała ją „Don't tell him”. W ciągu 3 dni na moim koncie pojawiło się całkiem sporo pieniędzy. W ten sposób Izabela przyczyniła się do zrobienia milowego kroku związanego z naszym startem. Postanowiliśmy podziękować wszystkim sponsorom i ludziom, którzy wsparli naszą akcję.  Wymyśliliśmy, że w przypadku firm nakleimy na nasz samochód ich logotypy, natomiast w przypadku osób prywatnych złotym flamastrem zostaną wypisanie ich imiona i nazwiska. W dniu wyjazdu na defenderze było 450 podpisów. Tworzą one symbol bezinteresownej pomocy, jaką otrzymaliśmy, by zrealizować swój cel, oraz jaką otrzymują inni podróżnicy i ludzie ciekawi świata – co często podkreśla Piotr Chmieliński, nasz koordynator medialny, człowiek wspierający na różne sposoby wiele ekspedycji polskich i międzynarodowych. Zwykł on mawiać, że pomaganie komuś, kto chce sięgać po swoje marzenia i zdobyć własną „Amazonkę”, czymkolwiek by ona była: małą rzeczką, górą, trawersem przez kontynent, jest swoistym zobowiązaniem i wyrazem wdzięczności za wsparcie, które się samemu otrzymało.  Zdobyte wówczas środki wystarczyły tylko na przebudowanie samochodu i przygotowanie wyprawy. Przed rozpoczęciem podróży stanęliśmy znowu przed dylematem braku pieniędzy. Wpadłem wówczas na pomysł, by zgłosić naszą wyprawę na Kolosy (coroczne Ogólnopolskie Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów). Kapituła Kolosów przyznała nam Nagrodę im. Andrzeja Zawady za przygotowanie najlepszego projektu podróżniczego. Nagroda jest przyznawana od 2002 roku, a jej fundatorem jest miasto Gdynia. To jedyne w swoim rodzaju wyróżnienie, w ramach którego laureaci, podróżnicy, którzy nie przekroczyli 35. roku życia, otrzymują zarówno rekomendację niezależnej kapituły, złożonej z podróżniczych autorytetów, jak i realne wsparcie finansowe na realizację wymarzonej wyprawy.

Dlaczego zdecydowaliście się akurat na land rovera defendera?
Nigdy nie miałem doświadczenia z samochodami terenowymi, ale gdy widziałem defendera, to zawsze chodziły mi ciarki po plecach, i właśnie taki samochód sobie wymarzyłem. Z drugiej strony – jego kanciasta karoseria była najlepsza na doczepienie wind i innych elementów. Pod tym względem wydawał mi się praktyczny. Okazało się jednak, że nie jest on zbyt wygodny, jeżeli chodzi o samą jazdę.

W jaki sposób planowaliście trasę swojej wyprawy?
Wybierając się do Ameryki Południowej chcieliśmy koniecznie dotrzeć do Ushuaia, na Salar de Uyuni i do Peru. To były główne punkty naszej podróży, a reszta powstawała w drodze i była na bieżąco ustalana. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy w stanie wjechać do miasta i wybrać się np. do jakiejś katedry, ponieważ to wiązało się z zostawieniem samochodu na parkingu, z wyjściem z niego, wyciągnięciem wózków, dojechaniem do tej świątyni i z powrotem itd. W naszym przypadku nie było to możliwe i wiedzieliśmy, że nie możemy sobie na to pozwolić. Natomiast chętnie spotykaliśmy się i rozmawialiśmy z ludźmi np. na stacjach paliw, gdzie mogliśmy się na chwilę zatrzymać i odpocząć. Dla nas to była w pewnym sensie ekspedycja, ponieważ podróży dwóch niepełnosprawnych osób przez Amerykę nie można nazwać typową podróżą. Samo nasze wejście i wyjście z samochodu zajmowało sporo czasu i wiązało się z bardzo dużym wysiłkiem. Musieliśmy się do tej wyprawy odpowiednio przygotować i mieliśmy świadomość pewnego ryzyka, jakie z nią się wiązało.

Co było dla was najtrudniejsze podczas tej podróży?
Okazuje się, że te najtrudniejsze rzeczy były dla nas jednocześnie tymi najfajniejszymi, ponieważ często wiązały się ze sobą, a poza tym z perspektywy czasu najchętniej do nich wracamy pamięcią. Należy do nich m.in. ugrzęźnięcie na trzęsawisku w Peru na wysokości 4700 m n.p.m. Wówczas nasz 3-tonowy defender zakopał się w błocie i musieliśmy czekać na pomoc. Kolejną sprawą było poparzenie moich nóg podczas gotowania oraz upadek z dachu samochodu. Do niezapomnianych przygód należy również choroba żołądkowa na statku, gdy płynęliśmy z Pucallpy do Iquitos, czyli stolicy peruwiańskiej dżungli. Na tym statku nie było nic przystosowanego dla osób niepełnosprawnych, co jeszcze bardziej komplikowało moją chorobę. I to są wydarzenia, których nie zapomnimy nigdy w życiu.

A jeżeli chodzi o najciekawsze wydarzenia?
Na pewno należy do nich zaliczyć spotkanie z szamanami w Pucallpie w Peru. Oczywiście wcześniej starałem się zebrać wiadomości na temat grupy Shipibo, która leczy roślinami z dżungli oraz pieśniami Ikaros, a także starszych pań od lat uprawiających tę ceremonię, i mających tę samą energię, co moja babcia, a do których chciałoby się przytulić i pozostać tam na zawsze. Podczas tych spotkań wydarzyło mi się wiele spraw, które trudno opisać słowami, ponieważ współpraca z szamanem nie jest prosta i dopiero po upływie około 10 godzin, gdzieś nad ranem, przychodzi jakaś odpowiedź, widać efekt tejże pracy. Na pewno było to coś, czego nigdy nie zapomnę, i cieszę się, że miałem okazję to przeżyć, bo to odmieniło moje życie. Sądzę, że te wnioski, które udało mi się wyciągnąć po spotkaniu z Shipibo, sprawią, że będę dalej tym, kim jestem. Ale na naszej drodze byli nie tylko szamani. Na początku naszej wyprawy spotkaliśmy siostry zakonne, które pracowały przez 20 lat w szpitalu w Boliwii, ratując rannych przy drodze śmierci. Wówczas pierwszy raz w życiu siedziałem z siostrą zakonną i jadłem obiad, a wyjeżdżając po 10 dniach pobytu z nimi płakałem jak dziecko. Są to przeżycia trudne do opisania, ponieważ różne są opinie na temat wiary, natomiast podczas tej podróży spotkaliśmy przedstawicieli różnych religii i wiele sytuacji, które między sobą się wykluczają. To wszystko dało nam jednak bardzo dużo dobrej energii, z którą teraz wracamy do Polski.

Jak dokładnie wygląda takie spotkanie z szamanami?
Do spotkania z Shipibo trzeba się przygotowywać około dwóch tygodni. Nie można wtedy jeść mięsa ani kiszonych produktów, pić alkoholu i palić tytoniu. Przede wszystkim należy oczyszczać swój umysł, żeby móc przyjąć tzw. medycynę. Szamani chcieli uzdrowić moje ciało i duszę. Ciała jednak nie udało im się uzdrowić, ale nad duszą trochę popracowali. Wygląda to w ten sposób, że wchodzi się do dużego moloka, czyli wielkiego szałasu, w którym wszyscy kładą się na ziemi i odpoczywają. Później pije się specjalną miksturę wytwarzaną z roślin z Amazonii, gasi się światła i szamani zaczynają śpiewać. To trwa około pół nocy, po czym substancja zaczyna działać w organizmie, co nie jest zbyt przyjemne, ponieważ czuje się, że przychodzą demony, które wyciągają z nas najtrudniejsze sprawy. Mówią nam np. o tym, co robimy źle, i faktycznie to się odczuwa. W moim przypadku działy się również rzeczy zupełnie dla mnie niesamowite, których nie potrafię sobie wyjaśnić. Normalnie, leżąc, mam problem, żeby się podnieść i usiąść, jeżeli nie zastosuję specjalnej techniki. Natomiast w obecności Shipibo udało mi się bez problemu usiąść. I mimo że jestem osobą twardo stąpającą po ziemi, to wiem, że był to wpływ szamanów. Podczas tej ceremonii oni cały czas śpiewają. Gdy przychodzi poranek i zaczynamy analizować, co się wydarzyło w nocy, to wszystko jest bardzo trudne do wytłumaczenia i opisania słowami.

Jakie znaczenie dla ciebie miała ta wyprawa z psychologicznego punktu widzenia?
Najprościej mówiąc dała mi poczucie większej siły, ale tak naprawdę nie wiem, czy moja dojrzałość wynika z wieku, ponieważ jestem starszy o parę lat, czy też z doświadczeń zdobytych podczas podróży. Muszę tutaj podkreślić, że ta wyprawa od narodzenia się pomysłu do dziś trwała 4,5 roku. Na pewno jestem ogromnie szczęśliwy, że udało nam się zrealizować tę podróż, mimo że jednocześnie jestem bardzo zmęczony. Wiem jednak, że teraz, po powrocie do Polski, będę mógł trochę odpocząć, chociaż mam świadomość, że po tym czteroipółletnim okresie wszystko będę musiał zaczynać na nowo. Jako grafik na pewno nie będę mógł już pracować na tym poziomie, na jakim byłem zatrudniony wcześniej, ponieważ przez ten czas wiele rzeczy się zmieniło. Po prostu wypadłem z rynku. Miałem również w Polsce wielką miłość, która jednak nie wytrzymała rozłąki, więc wrócę i będę sam, nie mam nawet domu. Co prawda tuż przed wyjazdem mieszkałem u Macieja, ale on teraz chce mieszkać sam, żeby odpocząć. Tak więc po powrocie do kraju czeka mnie wiele nowości, z którymi będę musiał sobie poradzić. W związku z tym mam trochę obaw, ale ta pozytywna energia, którą zdobyłem podczas podróży, pozwoli mi z uśmiechem wejść w każdą nową sytuację.

Podczas tej podróży przemierzyliście wiele państw i krain geograficznych, mieliście okazję widzieć małe wioski, ale także nowoczesne miasta, jak np. Los Angeles. Jakie obrazy pozostały w twojej pamięci, do których chętnie będziesz wracał wspomnieniami?
Są to przede wszystkim miejsca związane z ludźmi, których tam spotykaliśmy. To właśnie jest dla mnie najpiękniejsze i na takie przygody byłem najbardziej wrażliwy podczas tej podróży. Oczywiście przyjemnie było usiąść sobie w jakimś ciekawym miejscu i popatrzeć na ocean lub góry, pomyśleć o miłych sprawach, ale to było bardzo ulotne, a spotkania i rozmowy z ludźmi pozostały w pamięci. W peruwiańskiej dżungli, w Iquitos spotkaliśmy Polkę Dominikę, która od 28 lat pracuje jako świecka misjonarka w Amazonii. Historie, które opowiadała nam przy stole, wywoływały gęsią skórkę na ciele. Mówiła głównie o tym, jak człowiek może szkodzić drugiemu człowiekowi. Mając 21 lat przyjechała do Peru i kolejnych 28 lat poświęciła na pomoc innym ludziom. To jest coś niesamowitego i na pewno nigdy o tym spotkaniu nie zapomnę. Często rozmawialiśmy także z osobami bezdomnymi, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, w Peru i Boliwii. Często podczas postoju mieliśmy otwarte drzwi w samochodzie, ponieważ było w nim duszno, i wówczas podchodzili do nas ludzie mieszkający na ulicy. Przychodzili zapytać nas, co my tam robimy, dlaczego śpimy na zewnątrz, a nie w hotelu, dlaczego mamy wózki inwalidzkie przypięte do samochodu itd. Byliśmy również w polskich ambasadach, gdzie przyjmowano nas jak prawdziwych podróżników na czerwonym dywanie. Tak więc przekrój ludzi, z którymi mieliśmy okazję się spotkać, był bardzo duży.

A nie mieliście obaw, że możecie czasem trafić na złych ludzi?
Generalnie nie baliśmy się spotkań z ludźmi. Jedynie obawiałem, że ktoś może nas okraść, bo na przykład nie ma czegoś, czego potrzebuje, a zauważył, że my tym dysponujemy. Podczas spotkania z siostrami zakonnymi otrzymaliśmy od nich bardzo dużo obrazków z podobizną św. Jana Pawła II, które w pewnym stopniu nam pomogły. Mieliśmy taką sytuację w Chile, gdzie pewien chłopak zaczął kręcić się wokół naszego samochodu i wyglądało na to, że chce nas okraść. W pewnym momencie zapytał, skąd jesteśmy. Odpowiedzieliśmy mu, że z Polski. Jednak on nie bardzo wiedział, gdzie leży nasz kraj, nie pomogły również nasze tłumaczenia. Daliśmy mu więc obrazek ze św. Janem Pawłem II i powiedzieliśmy, że to jest Polak. Wówczas odpowiedział, że teraz już wszystko wie. Wziął ten obrazek, ucałował go i poprosił nas o jeszcze jeden, który chciał sprezentować swojej babci. W ten sposób polski papież nas uratował. Poza tym w samochodzie nad lusterkiem mieliśmy powieszone różne elementy. Były tam pióra z Polski, różaniec, aniołki, Matka Boska, symbole buddyjskie, znaki hinduskie i wiele elementów różnych religii świata. Zawsze, gdy mieliśmy jakieś problemy, to odpalaliśmy silnik i włączaliśmy wiatrak, żeby poruszał tymi wszystkimi religijnymi emblematami, które przynosiły nam szczęście. I rzeczywiście tak było, ja to odczuwałem.

Czy zamierzasz opisać te wszystkie przygody?
Książka już powstaje. Dziesięciomiesięczną przerwę, jaką mieliśmy w podróży po tym, jak poddał się defender, wykorzystałem w Polsce nie tylko na budowę nowego silnika, żeby dokończyć naszą wyprawę, ale również na pisanie. Tak więc książka się powoli tworzy.

Czy będziesz się w niej skupiał bardziej na duchowej stronie waszej podróży, o której opowiadałeś, czy też na opisie tego, co widzieliście, przeżyliście i doświadczyliście?
Chcę oddać w tej książce to, co przeżyłem w ciągu ostatnich 17 lat, a co skondensowało się w tej podróży. Inaczej mówiąc chcę opisać to, do czego doszedłem z własnym umysłem, ale jednocześnie pokazać to przez pryzmat tej wyprawy. Podróż ma stanowić tło, a książka ma zawierać moje przemyślenia na temat życia i tego momentu, w którym się teraz znalazłem. Chciałbym wyrzucić z siebie to wszystko, co tkwi w moim wnętrzu. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ pisanie o sobie i publiczne pokazywanie swoich przeżyć jest w pewnym stopniu karmieniem swojego ego, i na to staram się bardzo uważać. Z drugiej strony wiem z doświadczenia, że kiedyś, gdy było mi bardzo źle, dzięki jednemu zdaniu, jakie usłyszałem od spotkanej osoby, całkowicie odmieniło się moje życie. Nie twierdzę, że swoją książką chciałbym zmienić czyjeś życie, ale mam nadzieję, że komuś ona pomoże.

Spędziłeś z Maciejem wiele miesięcy w jednym samochodzie. Czy podczas tak długiej wyprawy nie pojawiały się chwile, w których mieliście siebie dosyć?
Najważniejsze w planowaniu podróży jest znalezienie odpowiedniego teamu. My się poznaliśmy 17 lat temu, gdy razem przebywaliśmy w szpitalu. Wówczas ja przestałem chodzić, a Maciej już nie chodził, tylko leżał na łóżku. Proszę sobie wyobrazić, co obaj przeżywaliśmy, gdy do naszego pokoju ciągle przychodzili studenci, lekarze, rodzina, a my nie mogliśmy się ruszyć z łóżka. Byliśmy totalnie niepogodzeni z naszym losem, w dodatku do wszystkich mieliśmy pretensję. Wtedy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, poznawać się. W ten sposób narodziła się nasza przyjaźń i właśnie to spowodowało, że teraz potrafimy ze sobą spędzać sporo czasu. Po pierwszej wyprawie po Europie wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie razem podróżować. Udało się to także tym razem, chociaż spędzić rok w jednym samochodzie na pewno nie jest prostym zadaniem, zwłaszcza że w naszym przypadku ani jeden, ani drugi nie mógł trzasnąć drzwiami i sobie odejść albo powiedzieć, że robi sobie przerwę i wróci za dwa tygodnie. Zdecydowaliśmy się na wspólny wyjazd i wiedzieliśmy, że musimy go razem ukończyć i wrócić do Polski. Byliśmy po prostu zdani na siebie.

Kończy się wasza wyprawa… Co dalej? Jakie są wasze plany? Czy zamierzacie jeszcze wyruszyć razem w jakąś trasę?
Przede wszystkim chcemy wrócić do Polski, odpocząć i podreperować samochód. Ja muszę wdrożyć się na nowo w procedurę dorosłego i samodzielnego życia. Wydaje mi się, że za jakiś czas defender znowu wyruszy w jakąś trasę. Jest kilka miejsc, które chciałbym zobaczyć. Nie wiem jednak czy będę miał na to siłę, ponieważ znalazłem się na wózku w związku z zanikiem mięśni, a choroba ta ciągle postępuje i z roku na rok jestem coraz słabszy. Przed tą podróżą planowałem, że w ciągu roku kupię i przebuduję samochód, pół roku będę podróżować i wrócę do Polski, a teraz upłynęło już 4,5 roku od tego momentu. Jak wyruszyliśmy na tę wyprawę, to mogłem sam z ziemi wciągnąć się na wózek, a teraz już tego nie potrafię zrobić, więc zastanawiam się, czy będę mógł jeszcze pozwolić sobie na dalsze podróże. Jeżeli tak, to pewnie będę musiał jeszcze bardziej przerobić samochód, żeby być w nim samodzielnym.

Jeżeli zdecydujesz się wyruszyć w podróż, to co to będzie?
Mongolia albo Gruzja. Moja przygoda z podróżami zaczęła się w Mongolii i chciałbym tam pojechać jeszcze raz samochodem.

Przerabiając defendera zastosowałeś wiele swoich rozwiązań technicznych. Czy nie zamierzasz czasem ich opatentować, żeby inni mogli w przyszłości z nich korzystać?
Kończę właśnie stronę internetową, na której opisuję dokładnie, w jaki sposób nasz samochód został przerobiony oraz wyjaśniam wszystkie patenty, które tam zastosowałem. Oczywiście do wszystkiego doszedłem sam i zastosowałem wiele różnych rozwiązań ułatwiających podróżowanie. Tak więc jeżeli ktoś będzie chciał skorzystać z moich pomysłów, to będzie mógł sobie je wykorzystać zupełnie za darmo.

Autor: ROZMAWIAŁ: WOJTEK MAŚLANKA